"Goryl". Tak faceci z brzuszkiem mojego pokroju czyli tzw. w-porywach-"piątki" (według oceny lekko wstawionej kobiety, gdy miała dobry humor) nazywają umięśnionych, przestojnych, owłosionych brunetów, którzy na lajciku wyrywają "ósemki" i wyżej. Tym razem jednak nie będzie o tym, jaka to płeć piękna jest niedobra i w ogóle, lecz o przemocy i niewinności - dwóch tematach stale obecnych w sztuce. A tematem do rozważań będzie znany plakat z okresu I wojny światowej, w którym jako goryla przedstawiono krwiożerczego, brutalnego Niemca.
Jak wiadomo nie ma lepszej propagandy niż propaganda nienawiści. Trudno inaczej niż w ten sposób "obłaskawić" śmierć, bezsens ciągłych ataków, utraty przyjaciół od zabłakanych kul i życia w koszmarnych warunkach w okopach. Wróg jawić się musi jako wcielenie zła, zaś indoktrynowany stać powinien po jasnej strony Mocy. Pomysł szerszego wykorzystania tego zjawiska po raz pierwszy na większą skalę wykorzystano w I wojnie światowej. Przedłużający się konflikt, konieczność zachęcenia coraz to nowych mężczyzn do zapisania się w szeregi wojska i podtrzymania ducha współpracy całego społeczeństwa sprzyjały temu bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. To wtedy w krajach anglosaskich rozwinięto ideę ukazania Niemców jako barbarzyńców, Hunów, następców tych, którzy w swym działaniu chcą zniszczyć kulturę sprzymierzonych państw. Jednym z najsłynniejszych plakatów tego typu w Stanach Zjednoczonych był plakat H.R. Hoppsa, gdzie wróg przedstawiony został jako goryl z pikielhaubą na łbie.
Poza tym od razu widać, że plakat skierowany jest przede wszystkim do mężczyzn. Notatki oficjeli w punktach rekrutacyjnych wskazywały, że faceci reagowali na informacje o krzywdzeniu kobiet, nawet jeśli były to wydarzenia sztucznie wyolbrzymione (jak ucinanie piersi Belgijkom na okupowanych terenach). Tak więc artysta zastosował metodę "kija i marchewki" - pokonaj wroga, dostaniesz kobietę, która będzie Ci wdzięczna do końca życia. A oczywiście nic nie ma o tym, że tak skomplikowaną metodę podrywu okupić można utratą płuc od gazu, nóg od szrapneli, rąk od granatów bądź całkowicie wyzionąć ducha i rozkładać się przez kilka miesięcy w zdradliwym belgijskim błocie.
Historyk sztuki jednak od razu widzi, że H.R. Hopps stworzył plakat z kompilacji ilustracji dwóch typów. Pierwsza to standardowy plakat cyrkowy, gdzie dzikie lub rzadkie zwierzęta zachęcać miały do odwiedzenia wesołego miasteczka. Goryle były chętnie do tego wykorzystywane, a ich dzikość wizualnie powiększana nie zawsze zgodnie z prawdziwym wyglądem trzymanego w klatce zwierzęcia. Z kolei kobieta to nie kto inny jak słynna Wenus Alexandre'a Cabanela, wystawiona na Salonie w 1863 r. Obraz, który obecnie stał się symbolem "płytkości" XIX-wiecznego akademizmu, był wówczas bardzo dobrze przyjęty i o dziwo mało kto wspominał, że jest to malowidło mocno erotyczne.
Wystarczy tutaj przytoczyć fragmenty z "Biblioteki Warszawskiej", ukazującego się w Kongresówce pisma poświęconego nauce, sztuce i przemysłowi. W obszernej relacji na temat Salonu w Paryżu podkreślono, że trzech wybitnych malarzy zabrało się za przedstawienie Wenus: Cabanel, Paul Baudry i Eugene-Emmanuel Amaury-Duval. O wspomnianym obrazie z pełną szczerością autora napisano, że uważane jest "za arcydzieło tegorocznej wystawy: w istocie doskonałości szczytu dosięga"!
O tym, że patrząc na pracę Cabanela mamy do czynienia z kiczem, nie trzeba teraz chyba nikogo przekonywać. Według naszych ocen taki obraz raczej nie trafiłby w chwili obecnej na wystawy nawet podrzędnej galerii. I choć wiele osób (jak np. Tomas Kulka, który w swej znanej książce "Kitsch and art" niechętnie uznał pracę francuskiego akademika za kicz) może mieć na ten temat inne zdanie, to jednak opinia z "Biblioteki Warszawskiej", że "w oczach jej i uśmiechu czytasz całą przeszłość mitologicznych zalotów" wydaje się z obecnej perspektywy co najmniej lekko naciągana.
Hopps użył więc tego, co będzie pojawiać się u współczesnych historyków sztuki poddających analizie dorobek II Cesarstwa i wspomniane malowidło. Najbardziej chyba po Cabanelu "pojechała" sobie Bailey Van Hook pisząc o "rażącym erotyzmie, pozie pin-up girl, zawadiackim wyrazie, bladej cerze i cukierkowej kolorystyce". W wyniku tego amerykański plakacista stworzył konwencję, w której kontrast młodej, obnażonej kobiety z brutalnym ucieleśnieniem męskiej siły stał się nad wyraz widoczny. I na tyle zapadł w pamięć odbiorców, że odwołano się do niego nieraz. W tym oczywiście w kultowym filmie o King Kongu z 1933 r., którego legendę całkiem niedawno próbował "skrzywdzić" Peter Jackson. Co gorsza dostał za to Oscary...
Jaka z tego nauka dla facetów? Chyba tylko taka, że z niektórymi gorylami nie warto polemizować, bo może się to skończyć niefajnie. A dla kobiet? To co duże, owłosione i dzikie fascynuje (tylko znowu bez skojarzeń!). Czasem jednak warto zwrócić uwagę na tych, którzy takimi cechami się nie wyróżniają. Bo można w nich znaleźć o wiele lepsze wnętrze i uśmiech dający rano energię, by poradzić sobie z trudami codzienności.