piątek, 13 lipca 2012
Instytucje kultury krajów EURO - Narodni Galerie w Pradze
poniedziałek, 24 stycznia 2011
Bunt niemieckich chłopów
Czasem tak w dziejach ludzkości już jest, że jedna decyzja prostego człowieka zmienia dzieje świata. W sumie w pewnej mierze tak było i z Marcinem Lutrem, który co prawda był bardzo wykształcony i oczytany (a więc nie “prosty” w tym powszechnym znaczeniu), ale jednocześnie prostolinijny i niechętny do moralnych kompromisów. Tak więc przybił swoje tezy (jak mówi legenda), a właściwie ogłosił (jak mawiali świadkowie tego aktu), rozpoczynając jedno z najbardziej nietypowych wydarzeń w dziejach Europy. A było to coś nietypowego – nagle augustianin z Wittenbergi zanegował podstawy całego średniowiecznego świata, jego oparcia na nieomylności “Pisma Świętego” i papieża, na tym, że co innego sam głosił na kazaniach, a co innego widział podczas podróży do Rzymu. Wreszcie odwołał się do w pewien sposób mitycznej wizji czasów pierwszych chrześcijan, gdzie panowała całkowita równość wszystkich wiernych. Nie dziwi więc, że ta teza mylnie zrozumiana przez wielu uwarunkowała wybuch wojny chłopskiej w Rzeszy w 1524 r. Artyści też przyłożyli do tego rękę.
Ciężko pisać o grafice początków XVI w. i nie wspomnieć o Albrechcie Dürerze. To jeden z tych wybitnych przedstawicieli sztuki, o których trzeba wspomnieć, gdy pisze się o perspektywie, gdy chce się choć pobieżnie nakreślić związki sztuki z prawem (o tym już było w poście o plagiatach – link), wreszcie, gdy w ogóle napisać chcemy cokolwiek na temat sztuki niemieckiej. “Germanus apelles”, jak go zwano, skądinąd słusznie, stał się niejako symbolem wyżyn sztuki niczym Rembrandt w Holandii czy Michał Anioł we Włoszech. Ale tym, co najbardziej chyba wyjątkowe w przypadku Dürera, to jego nieprawdopodobna płodność artystyczna. Setki rycin i druków, przedstawiających wszystko, co mniej lub bardziej mogło sprzedać się na ówczesnym rynku sztuki, wizerunki świętych, jak i prostych ludzi, a nawet chorych na syfilis, o czym było parę wpisów temu. Nie dziwi więc, że umieszczona obok ilustracja z 1521 r. to takie właśnie przedstawienie irlandzkich rycerzy i chłopów. Ale czy, aby na pewno irlandzkich?
W 1520 r. Albrecht znalazł się w tarapatach. Wiemy już, że dzięki patentowi Maksymiliana I mógł dbać o swoje interesy i tępić tych, którzy powielali jego prace. Co więcej cesarz wyznaczył mu nawet rentę, ale po śmierci władcy rada miejska Norymbergi nie chciała mu jej wypłacać. Trzeba więc było zyskać nową zgodę od mającego się dopiero koronować Karola V. Tym razem Dürer nie zostawił swojej żony z dziećmi w rodzinnym mieście (jak uczynił to swojego czasu), ale wraz z nią i służącą wyjechał do Niderlandów. To tam bowiem następca tronu miał na swej głowie poczuć ciężar korony. Pewnie nieraz drżały mu ręce, gdy widział skarby przywiezione przez Corteza z Hiszpanii. I pewnie równie wysoko musiał zadzierać nosa, gdy Antwerpia chciała uczynić z niego swojego miejscowego artystę, proponując mu zatrudnienie. To, co jednak dla nas najistotniejsze, to wiele rycin powstałych na początku lat 20. XVI w., które ukazują, jak wielką zmianę przeszedł w Niderlandach Ambrecht. Przedstawił wielu chłopów, ludzi prostych, ale także takie sławy tamtych czasów, jak choćby Erazm z Rotterdamu. Wśród nich, świadomy pewnie niepokojów w rodzinnych rejonach na skutek nauk Lutra, którego skrycie podziwiał, tych oto chłopów uzbrojonych w wiejskie narzędzia.
Wojna nie trwała długo. Chłopi, dotąd traktowani bardziej jako element wiejskiego kolorytu, w sztuce nie pojawiali się za często, a jeśli już to podczas prac polowych. Sceny miesięcy w “Bardzo bogatych Godzinkach księcia de Berry” czy tła italskich pejzaży ukazują fakt, że pracujący na polu człowiek właściwie jest tylko pobocznym tematem sztuki. Tymczasem przez kilka miesięcy w Rzeszy walczyli oni o polepszenie swojego stanu, choć nieraz zwiastowali też zniszczenie i pożogę zdobytym miastom. Najpierw był zryw Paukera we Frankonii w 1476 r., potem co kilka lat wybuchały kolejne powstania w różnych regionach Rzeszy, wreszcie buntowano się nawet w miastach. Erfurt (gdzie do klasztoru wstąpił Luter), Ratyzbona, Brunszwik, a nawet tak duże miasta jak Kolonia, na początku XVI w. stały się miejscem antyfeudalnych powstań. Nie inaczej było w 1524 r., gdy podniesienie pańszczyzny w położonym przy granicy ze Szwajcarią Stühlingen, spowodowało kilkunastomiesięczne zamieszki.
Aż do końca 1525 r. większa część obecnych południowych Niemiec i zachodniej Austrii buntowała się, a chłopi grabiami, widłami i haczkami siali strach w duszach lokalnej szlachty. Po krwawym zdławieniu powstania (dzięki cesarzowi i Związkowi Szwabskiemu) już tylko raz doszło do powstania chłopskiego (w Müunsterze w 1534 r.). Jak na to zareagowali artyści? Dotąd pozytywnie ich przedstawiający Dürer znalazł się w kolejnej nietypowej dla siebie sytuacji. Wielu drukarzy publikujących pisma przeciw szlachcie i Kościołowi znalazło się w tarapatach, niektórzy spędzali czas w więzieniach. Malarz scen biblijnych Jörg Ratgeb został nawet w czasie powstania oficjalnym stronnikiem chłopów, pełniąc funkcję wojskowego doradcy. Oczywiście, gdy tylko bunt zaczął upadać pochwycono go, a w 1526 r. poćwiartowano na rynku jednego z badeńskich miast. Cóż, jak mawia moja kumpela, która niezbyt udolnie próbuje być artystką, “sztuka wymaga poświęceń”…
Dürer ostatnie lata swoje życia tworzył mniej, a skupił się na tym, by jakoś teoretycznie ogarnąć swoje dokonania. Miał już pieniądze z rady miasta, w którego łaski wkupił się dwuznacznym w wyrazie przedstawieniem “Czterech ewangelistów”. Postanowił więc opublikować pracę, z której pochodzi przedstawiony obok projekt pomnika. W 1525 r. stworzył w Norymberdze książkę pod skróconym niemieckim tytułem “Unterweysung der Messung…”, której tytuł po polsku brzmieć winien “Pouczenie o mierzeniu kompasem i miarką linii, planów i całych powierzchni”. Co by tu dużo mówić tytuł nie zapowiadał jakiegoś bestsellera, ale jest typowy jak na ówczesne czasy podręcznik do praktycznego wykorzystania geometrii. Sto druga stronica przedstawia powyższy projekt, który oznaczony został jako pomysł na pomnik zwycięzców chłopów. Poniżej tego, co przedstawiono na ilustracji Albrecht zapowiadał bazę składającą się ze skulonych i spętanych krów, owiec, świni i “wszelkiej gadziny”. To jednak nie koniec ironii w wykonaniu tego genialnego grafika. Na cielskach zwierząt hodowlanych umieścić chciał kosze, a w nich wyrzeźbione sery, masło, jajka, cebule i rośliny zielne. Tak więc już na wstępie artysta opowiedział się, że to chłopi są podstawą feudalnego społeczeństwa, to oni zapewniają konsumpcję najbardziej elementarnych ludzkich potrzeb.
To, co dalej widać już na załączonym obrazku. Na kamieniu stać miała skrzynia, wyżej kocioł, znów miska z serem, maselnica i dzban mleka. Mamy więc nie tylko przekrój najbardziej powszechnej wówczas żywności (nic tylko cieszyć się, że nie wiedziano wtedy, czym jest “zły” cholesterol…), ale i po raz kolejny dowód na to, co niejako funduje osobę chłopa i jego rolę społeczną. Najzabawniejsze z całe pomnika są cztery drewniane patyczki z rozdzieloną końcówką. Oto bowiem sławiony przez kolejne stulecia jako najwybitniejszy niemiecki artysta i wzór do naśladowania dla wszystkich malarzy i grafików, szkolących się w akademiach sztuk pięknych, chciał w ramach posągu umieścić… skrobaczki do usuwania błota. Trzeba przyznać, że co najmniej oryginalny pomysł, ale w sumie zgodny z dość sarkastycznym charakterem Albrechta, jaki jawi się z posiadanych o nim informacji. Wreszcie na samym końcu przewidywał narzędzia rolę, snop, znów produkty z pól i hodowli (klatkę dla kur i górę smalcu) oraz zasmuconego chłopa, który z życiem pożegnał się przebity od tyłu mieczem.
Jeszcze parę dziesiątek lat temu pomnik Dürera można było znaleźć w wielu książkach, które w marksistowski sposób patrzyły na świat i szukały przejawów walki z feudalizmem. Pomysł nie wyszedł nigdy poza odbite karty - “Underweysung…” bardziej przydawało się jako podręcznik do odmierzania odległości w dziełach sztuki czy drukowania liter, a liczne rysunki ukazują, jak przy pomocy prostych narzędzi stworzyć skomplikowane figury geometryczne przypominające fraktale. Nie zmienia to jednak faktu, że Albrecht w ostry sposób wypowiedział się na temat współczesnego mu świata. Ukazał świat nieprawym, mimo że jeszcze kilka lat wcześniej na chłopów patrzył przez pryzmat ciekawego tematu, na którym można nieźle zarobić. Jeśli więc ktoś kiedyś zajmie się zagadnieniem, którzy graficy początku XVI w. wykorzystywali koniunkturę, by ilustrować życie chłopów na rycinach, będzie musiał odpowiedzieć na pytanie, na ile utożsamiano się z przedstawionymi postaciami. Ja bym strzelał, że to stłumienie buntu w połowie lat 20. mocno zahamowało rozwój tego tematu (jako potencjalnie niebezpiecznego dla artystów), ale głowy nie daję. Może więc, Czytelniku, doszedłeś do innych wniosków…
niedziela, 2 stycznia 2011
Jak przeszkadzać artyście w pracy
O ile mi wiadomo wielu z czytelników tego bloga robi coś związanego ze sztuką albo zajmuje się nią jako pasją lub naukowo. Ale właściwie nie byłoby czym się zajmować, gdyby nie fakt, że dzień do dniu artyści poświęcają wiele swojego wolnego czasu na wykombinowanie czegoś wyjątkowego, potem tego stworzenie, wreszcie eksponowanie w mniej lub bardziej prestiżowych galeriach. Tak więc dzisiejszy post będzie o tym, jak widz albo zleceniodawca przeszkadza artystom podczas wykonywania ich prac. Zarazem też sam ten temat jest sam w sobie ciekawy. Kiedyż to artyści dostrzegają, jak wielką rolę w ich działalności pełni to, że ktoś im płaci za wykonanie pociągnięć pędzla czy wbicia dłuta w “nieożywiony” marmur.
Albertina czyli wiedeński zbiór grafik ma w swoich zbiorach jedną z podstawowych prac do chociażby pobieżnej analizy tego problemu. Powstały ok. 1565 r. rysunek tuszem formatu prawie A4 przedstawia artystę, któremu zza ramienia na nieukończone jeszcze dzieło spogląda zaciekawiony koneser. Obie postacie potraktowane zostały jednak przez Pietera Breughla starszego z dużą dozą humoru. Malarz to nie bynajmniej członek podrzędnego miejskiego cechu, ale członek bohemy krytyczny wobec swojej pracy. Patrzy na nieukazany widzowi obraz z pewną dozą niezadowolenia, skupionymi oczymi i zaciągniętymi brwiami. Coś mu się nie podoba. Tymczasem koneser jest co najmniej zafascynowany - skupia się na walorach artystycznych i umiejętnościach technicznych. A może po prostu jego uwagę przykuł ponętnie wykonany akt modelki? W każdym razie koneser sprawia wrażenie znawcy, którego stereotyp przetrwał aż do dziś. Starszy facet, z dużym doświadczeniem, siedzący w swej pakamerce otoczony ogromem papierzysk i rupieci. Ot, taki typowy pracownik antykwariatu (czy jubiler), który o każdym najmniejszym obiekcie w swoim “królestwie” mógłby opowiedzieć pasjonującą historyjkę. Tutaj jednak (w pracy “Malarz i kupiec”) wyszedł poza swój dotychczasowy rewir i przystanął nad dopiero co ukończonym dziełem. Z czego więc nabija się Breughel starszy? Z tego, że zaraz nastąpi etap targowania się, podczas którego chcący kupić obraz będzie mówił, iż nie podoba mu się to i tamto, zaś to i to należy przemalować? A może z tego, że podczas takiej rozmowy artysta bronić będzie swojej koncepcji równie żarliwie co w tym samym czasie Veronese podczas przesłuchań Inkwizycji? Praca jednak prawdopodobnie zostanie kupiona. Nabywca sięga bowiem już na tym etapie po sakiewkę, przyczepioną do pasa szaty. Korzystający z okularów koneser nie jest jednak zdaniem Breughla tak wyedukowany jak może się wydawać. Okulary to nie tylko pomocne urządzenie w jego wieku, ale także symbol jedynie powierzchownej oceny oglądanych prac. Niderlandzki malarz i grafik żartuje więc sobie z jakimi ludzi dane mu jest pracować…
Znajdujący się w prywatnej kolekcji obraz Emile’a H. Meyera (nie mylić z amerykańskim malarzem Emilem Meyerem z XX w. i francuskim, żyjącym w latach 1823-1893! – nawet znane domy aukcyjne ich mylą) z 1897 r. pt. “Koneser” żartuje po raz kolejny z tego samego schematu. Co prawda tym razem kupujący siedzi i widzimy jak ogląda dzieło, ale po raz kolejny skupia się na jakości szczegółów i technice, a nie treści i przesłaniu pracy. Dla mrużącego oczy okularnika siedzącego niemiłosiernie blisko przed wiejskim pejzażem bardziej istotny jest sposób wykończenai dzieła, a nie w ogóle to co skłoniło malarza do przedstawienia tego tematu. Artysta zaś stoi nieco dalej, przypatrując się temu zjawisku jakim jest oceniający koneser. Urodzony w Maryland malarz, który przed namalowaniej tej pracy zaliczył studia w Monachium (1891), by powrócić potem do Waszyngtonu, nabija się też z tła przedstawionej przez siebie sytuacji. Oto widzimy atelier artysty, wręcz w konwencji XVIII-wiecznej, a nie powoli przeobrażającego się fin-de-siecle’u. Młody malarz, zafrasowany efektami prac konesera, stoi pośrodku odlewów antycznych posągów i niepomalowanych jeszcze płócien. Bardziej jednak zajmująca jest przemiana w zakresie nabywania dzieł. Bliżej nieznana widzowi kobieta dopytuje się konesera, co “widzi”, nachylając się nad nim i być może próbując w ten sposób wpłynąć na jego opinię. Jednak to nie spoglądający na pracę ją ostatecznie kupi, lecz siedzący wygodnie facet w drogim ubraniu po lewej stronie. Koneser jest tylko pomocnikiem, mającym na celu zapewnić, że dzieło będzie nie tylko wartościowe artystycznie, ale też stanowić rozsądną lokatę kapitału. Zmiana ta jest szczególnie istotna w porównaniu z pracą Breughla. Tam jedna osoba musiała mieć środki i fachową wiedzę, teraz zjawisko to zostało rozdzielone. Artysta jest więc już jedynie biernym uczestnikiem tego procesu, wytwórcą niemającym prawie żadnego wpływu na to, jak jego dzieło będzie odbierane i gdzie będzie wisieć.
O ile jednak dwa powyższe malowidła można wyjaśnić tym, że artysta musi z czegoś żyć, więc przyprowadza potencjalnych nabywców do swojej pracowni, to jednak nie jest to jedyna forma przeszkadzania malarzowi w pracy. Jak mawia moja znajoma, która pracuje w jednym ze szczecińskich sklepów, “najgorsi są ci klienci, którzy przychodzą, pooglądają, pogrymaszą i wyjdą bez zakupów – człowiek się na męczy, a kasy z tego nie ma”. Coś w tym jest, ale na szczęście meżczyźni szybciej podejmują decyzje zakupowe, więc przynajmniej w tym możemy pomóc ekspedientkom. Co jednak, kiedy przychodzą osoby zainteresowane, ale niemające dość środków, by cokolwiek nabyć? Taką sytuację przedstawił Pieter Codde w obrazie “Miłośnicy sztuki w pracowni malarza” z ok. 1630 r. Malowidło, które znajduje się w Staatsgalerie w Stuttgarcie, pokazuje jedną z cech, które pozwalają rozpoznać prace Coddego. Ten holenderski artysta, uczeń Fransa Halsa, znany jest z tego, że tworzył dość trywialne sceny rodzajowe, ale za to portrety wykonywał bardzo precyzyjnie. Tutaj mamy coś pośredniego, co wychodziło Coddemu najlepiej – subtelne i dowcipne przedstawienie “wielkiego świata”. Ładnie skrojone stroje zafascynowanych sztuką nijak mają się do tego, co oglądają. Jakieś niezbyt kreatywne pejzażyki na ścianach, niewidoczne dla widza malowidło w centrum pokoju (aby lepsze niż to, co widać), wreszcie inny krajobraz trzymany przez odwróconego tyłem pasjonata. Po raz kolejny stojący w środku malarz z paletą jest biernym obserwatorem. Cóż sam może poradzić, że w czasach nowożytnych wykształcił się zwyczaj umówionych (a często i nie) wizyt miłośników sztuki w pracowni, którzy pod pozorem późniejszego omówienia teorii malarstwa i tego, jak pojmują sztukę zazwyczaj dezorganizują misternie wykoncypowany plan pracy… Z drugiej strony obraz ten sam dla siebie jest “ramą”. Ciekawe, jak takie prace, jak wyżej wymienione analizowane były przez potencjalnych nabywców. Czy także siadali oni z bliska i patrzyli na typowe dla Coddego kładzenie farby w kolorze tabaczkowym oraz kontrastowanie takich plam barwnych z bielą i jasnymi brązami, czy też chwytali w lot intencje artysty, żartującego z tego, jakie są warunki sprzedaży prac?
Jakby nie było pozycja artysty uległa zmianie. Nie była to już wizyta w jego domu-pracowni niczym w przypadku rzemieślników i zlecenia im wykonania konkretnej rzeczy, ale cała otoczka sztuki jako czegoś wyjątkowego, w pewien sposób “trendy”. Kiedy więc spojrzy się na jeden z obrazów wiszący w Niemieckim Muzeum Narodowym w Norymberdze, widać pewną wolność twórcy i bardziej konsensualne formy relacji między artystą a kupującym. Ten obraz nieznanego autorstwa powstały w 1520 r. przedstawia ośmiu członków rady i regimentu miasta, do których przychodzi skulony pokorny artysta, dający jednemu z nich swoje płórno. Żaden ze stojących na podwyższeniu facetów nie kwapi się, by sięgnąć reką po pracę, a jedynie wskazuje, gdzie należy ją położyć. Taka “prezentacja” dzieła wskazuje na to, że właściwie malarz nie bardzo mógł cokolwiek powiedzieć odnośnie uzyskanej przez siebie zapłaty, a jedynie zdany był na łaskę i niełaskę (czyli w tym wypadku gust lub bezguście) kupujących. Widać to wyraźnie na przykładzie A. Dürera, który 1526 r. sprezentował miastu Norymberdze swoich “Czterech świętych mężczyzn” (obraz bardziej znany jest jako “Czterej Apostołowie”). Oczywiście taki prezent nie był wtedy typowym darowaniem, ale poddaniem się pod osąd rajców, ile obraz był warty i ile artysta powinien otrzymać. Dürerowi ostatecznie dano 100 guldenów, co było całkiem sporą kwotą, nawet jak na tak uznanego artystę, jakim był Albrecht.
Tak więc w sumie fajnie, że obecnie artyści często skrzętnie ukrywają swoje prace przed oczymi ciekawskich, kiedy nie są jeszcze skończone. Zaś my możemy pójść do galerii, nawybrzydzać, że “wioska”, że “wszystko już było” (i w ogóle), a potem po dekadzie przeczytać, że krytykowany przez nas artysta święci triumfy na salonach i największych światowych festiwalach. Ale przynajmniej nie przeszkadzamy mu w pracy – on też musi mieć czas dla siebie i na rozmyślanie…



.jpg)