Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grafika późnośredniowieczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grafika późnośredniowieczna. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 października 2011

Kraina leniwych ludzi

Tym razem zaczniemy od obrazka. Zdaje sobie sprawę, że niniejsza mapa nie jest zbyt wyraźna, ale mam nadzieję, że Czytelnicy wybaczą mi to, gdy wyjaśnię co przedstawia. Rycina ta wielkości 49,4 na 57,5 cm przechowywana jest wśród innych zbiorów graficznych Muzeum Narodowego w Norymberdze. Generał austriacki Schrebelin przedstawił w końcu XVII w. krainę, w której chyba prawie każdy z nas chciałby zamieszkać, zwaną po niemiecką "Schlaraffenland". W ten sposób bowiem nazywano na tym terytorium tzw. Kukanię - krainę mlekiem i miodem płynącą, istny raj na ziemi... Zgodnie z XIII-wieczny tekstem o niej "im kto więcej tam śpi, tym więcej zarabia". Innymi słowy byłbym tam milionerem, bo lulu i papu to dwie moje największe potrzeby, których sobie nie odmawiam ;)
No więc opiszmy to miejsce, gdzie rozrywka przeplata się z rozrywką i przy okazji także znaczną wolnością seksualną. Autor opowieści o magicznej krainie podaje, że ściany domów są w tym kraju zrobione z ryb, a dachy z wędzonego boczku, zaś na ulicach pieką się nieustannie na rożnach gęsi. Jak widać zatem zapachy w domu niekoniecznie są najprzyjemniejsze według dzisiejszych standardów, ale któż z nas choć raz nie myślał o tym, by wzgryźć się zębami w ścianę (np. z bólu). Do takiej strawy niezbędny jest odpowiedni napitek, więc mieszkańcy udają się nad rzekę, która jest koloru czerwonego niczym po jednej z biblijnych plag. Tym razem to jednak nie wina siły wyższej, ale wina wina, i to nie byle jakiego, bo w smaku ponoć zbliżonego do wina z Beaune, a w połowie białego (coś pośredniego między winem z La Rochelle i Tonnerre). Jak widać autor opowieści znał się na rzeczy, bo do dziś o Chablis (jednej z miejscowości w Tonnerre) pisze się, że robi cudowne białe wino z rześką goryczką. Na marginesie mogę dodać, że Henryk IV te wina przedkładał nad wszelkie inne wina burgundzkie, ale o wiele ciekawsze jest to, że w 1705 r., gdy w okolicznym Coulanges wybuchł pożar z braku wody, gaszono go produkowanym w okolicznych winnicach trunkiem. Ale cóż, o winach mógłbym pisać godzinami, tak więc wróćmy do naszej Kukanii...
Monachijskie Alte Pinakothek mieści jedno z najważniejszych malowideł przedstawiających tę mistyczną krainę. Pieter Breughel starszy w 1567 r. namalował obraz "Kraj leniwych" ("Luilekkerland"), właśnie ilustrujących naszą Kukanię. Każde jednak tego rodzaju malowidło zdaje się być podszyte ironią, że jednak tego rodzaju kraina nie może istnieć, a życie w niej ze względu na swoją monotonność nie jest wcale tak cudowne jak mogłoby się wydawać. Przykładem tego może być choćby rycina, od której zacząłem, a która wówczas uchodziła za znakomitą satyrę. Zdawał sobie sprawę z tego także XIII-wieczny autor, który w końcu opuścił ten świat mlekiem i miodem płynący i powrócił do rodzinnej Europy. W końcu chyba każdemu mogą się znudzić w ciągu roku cztery Wielkanoce, cztery winobrania oraz dni świąteczne lub niedziele wypadające codziennie za wyjątkiem Wielkichnocy, dni Świętego Jana, Wszystkich Świętych, Bożych Narodzeń i Matek Boskich Gromnicznych (każde po 4 razy w roku). Na szczęście post jest tylko raz na 20 lat ;)
Ale przejdźmy do tego, co Czytelników pewnie interesuje najbardziej, czyli seksu. Ogólnie panny są piękne i chętne do wypoczynku w męskich ramionach. Luźne podejście obyczajowe powoduje, że nikt nie gniewa się, kiedy jego luba lub kochanek poswawoli sobie z inną osobą. Kiedy zaś wpadną sobie oboje w oko, to wystarczy podejść i można nawet na środku ulicy dać upust swojej chuci. W końcu celem tej krainy jest wzajemne uszczęśliwianie się, a nie długotrwały podryw, jak to ma miejsce obecnie.
Przyjrzyjmy się dokładnie tej rycinie z drugiej połowy XVII w., która także znajduje się w Norymberdze. Przedstawia ona pochód króla Kukanii, któremu towarzyszy świta zarówno składająca się ze szczęśliwych ludzi, jak i zwierzaków, już lekko nadgryzionych przez mieszkańców (świnka z nożem w grzbiecie i odciętym kawałkiem boczku). Prawa strona wydaje się na pozór enigmatyczna. Mamy tu bowiem do czynienia z tzw. źródłem życia (czy raczej fontanną życia), która przecież stanowi istotny element wielu obrazów średniowiecznych. Pojawia się choćby w "Ołtarzu Gandawskim" Jana van Eycka czy też bodaj najsłynniejszym dziele Hansa Holbeina starszego. Wydaje się zatem, że jest to reminiscencja legendy, która budziła inspiracje przez cały okres wieków średnich. Zgodnie bowiem z egzegezą chrześcijańską i żydowską, to w Edenie swe źródło mieć miały wszystkie cztery rzeki rozpływające się na cztery strony świata (tak podaje choćby "Księga Rodzaju" 2,10). Poszukiwano zatem tego miejsca, szukając ujścia wielkich rzek pogranicza Europy, Azji i Afryki. O wodzie tej powstały zatem liczne legendy, jak choćby ta, że łyk z fontanny lub źródła pozwalał zachować młodość, co z kolei przekładało się na młode ciała postaci zbawionych wokół tejże fontanny. Nie może zatem dziwić, że nawet podczas wypraw Kolumba członkowie załogi pili wodę z prawie każdej napotkanej rzeki licząc, że to właśnie rzeka doprowadzi ich do mistycznego Edenu.
Oczywiście zatem tego rodzaju fontanna istnieć musiała w Kukanii. Kto wypił choć łyczek, cofał się do wieku lat trzydziestu. Autor tekstu zatem postanowił podzielić się tym pragnieniem ze swoimi znajomymi i wrócił do rodzinnej Francji. Stamtąd jednak nie potrafił już odnaleźć drogi powrotnej. Przestrzegał zatem potencjalnych czytelników, że "jeśli jest wam dobrze na waszej ziemi, nie opuszczajcie jej, bo kto pragnie odmiany, ten traci". Czyżby więc ostatecznie doszedł do wniosku, że lepiej przyjąć świat taki, jaki jest niż żyć marzeniami o bezhierarchicznym społeczeństwie, gdzie wszystko przychodzi z łatwością?
Kukania nie była jednak jedynym tego rodzaju marzeniem, które potem przekształciło się w pragnienie odkrycia Eldorado, Utopię Thomasa More'a czy parę innych wizji świata doskonałego. Pewne znaczenie w rozwoju tego mitu mogła mieć moim zdaniem legenda o królestwie Jana Prezbitera - tajemniczym państwie, gdzie w Indiach lub Etiopii, które z racji swej potęgi mogłoby być dobrym sojusznikiem w walkach krucjatowych, a potem z Mongołami. Dowodem miał być sfałszowany list, jaki ponoć otrzymał cesarz Manuel I Komnen, co z kolei spowodowało, że papierze wysyłali swoich emisariuszy do Azji w poszukiwaniu owego tajemnego chrześcijańskiego imperium. Efektu oczywiście to nie przyniosła, ale przynajmniej potwierdziło istnienie nielicznych nestoriańskich ekumen na terenie Półwyspu Indyjskiego. W każdym razie aż do przełomu XVII i XVIII w. na pograniczu znanego świata sytuowano owe państwo, analogicznie jak wolne przestrzenie morza ozdabiano fantastycznymi morskimi stworzeniami. To, co jednak najciekawsze, to sam fakt, jak bardzo legenda ta była żywa mimo braku jakichkolwiek informacji. Przedstawiana obok scenka z "Liber chronicarum" Hartmanna Schedla (autorstwa warsztatu Michaela Wolgemuta) z 1493 r. to tylko jedno z wielu wyobrażeń króla-kapłana w typie zbliżonym do biblijnego Melchizedeka. Jeszcze ciekawszy jest w tym zakresie XIV-wieczny drewniany biust Księdza Jana, jaki do dziś przechowywany jest w skarbcu kościoła św. Urszuli w Kolonii. Postać uśmiechająca się podobnie do anioła czy "Księcia tego świata" z katedry w Reims wpasowuje się w ówczesną tendencję nietypowego, delikatnego uśmiechu jako elementu wyróżniającego postaci wyższego stanu. Budzi owa postać zaufanie, pobłażliwość, a jednocześnie utrwala w wiarę w wyimaginowany świat, gdzie dość sztywne schematy świata średniowiecznego nie mają takich wyraźnych granic. Czy to zatem nie pragnienie wyrwania się ku lepszemu życiu (notabene: ideowy składnik kapitalizmu) nie jest tym, czego przede wszystkim uczy nas opowieść o Kukanii? Że świat doskonały na ziemi na pewno nie istnieje, ale trzeba dążyć do realizacji swoich pragnień pod warunkiem, że są one w miarę realne do spełnienia...  

poniedziałek, 26 września 2011

Wizerunek Mahometa

Jak wiadomo ten blog ma nie tylko bawić i uczyć (w pakiecie pokazując, że przedstawianie wizualne poszczególnych zagadnień społecznych i politycznych stanowi nieodłączny dodatek kształtowania się współczesnego świata). Drugim jego elementem jest podejmowanie tematów kontrowersyjnych. Czas więc na jeden z nich, czyli dotyczący tego, jak w średniowiecznej i nowożytnej Europie przedstawiano Mahometa. O ile bowiem zakaz w oczywisty sposób wiązał wyznawców islamu, to w przypadku chrześcijan należało odpowiedzieć sobie na pytanie: jak przedstawiać tego, którego religia jest wroga wobec katolicyzmu. Można było w tym zakresie zastosować konwencje przyjęte w przypadku nauczania przez Jezusa, ale zapewne podjęto decyzję, że tego rodzaju przedstawienie zrównywałoby obie postaci. Bliżej więc sztuce europejskiej do przedstawień związanych z prorokami (co w przypadku Mahometa jest oczywiste), ale i przedstawieniom kaznodziejów. Oddajmy się zatem podróży po księgach i freskach, na których widnieją wizerunki tego, którego dosyć rzadko przedstawiano w krajach, gdzie dominowała religia muzułmańska (z czasem, pod koniec europejskiego średniowiecza, w Persji i Egipcie w pewnym stopniu zliberalizowano ten zakaz, czego przykładem jest choćby kaligraficzny wizerunek proroka powstały w Persji ok. 1570 r., który oglądać można w jednym z muzeów w San Francisco).
Oto scenka z manuskryptu opartego o książkę Boccaccia "De Casibus Virorum Illustrum", które na polski tłumaczyć należałoby jako "O przypadkach sławnych mężów". Urodzony we Florencji pisarz stworzył dwa niezmiernie interesujące dzieła, swoiste bestsellery, które czytano powszechnie w Europie przez kilka następnych stuleci. Sławniejszym z nich jest "De mulieribus claris" - fenomenalna opowieść o dziejach 104 kobiet - powstała w latach 1361-1362 r. i poprzedzająca równie interesujące dzieło Christiny de Pisan "Miasto kobiet" (dosłownie "Księga o mieście kobiet"). Boccaccio znalazł się pisząc "O sławnych niewiastach" w nietypowym położeniu i niektórzy naciskali na niego, by analogiczną pracę poświęcił mężczyznom. Tak też się stało i w 1373 r. światło dzienne ujrzała książka o 56 mężczyznach, których los nie był zbyt szczęśliwy. Ostatnią ósmą księgę Giovanni poświęcił osobom z okresu szeroko pojętego średniowiecza, mieszcząc tam m.in. Dioklecjana, Petrarkę, a nawet dwie kobiety - królową Zenobię i Rosamundę, władczynię Longobardów. Do tej pracy stworzono wspomnianą ilustrację, a dokonał jej nie byle jaki artysta, bo sam Jean Fouquet w jednym z pierwszych ilustrowanych wydań książki Boccaccia (1458 r.). Całość zaś oglądać można w Monachium w Bayerische Staatsbibliothek.
Przedstawiona scena nie napawa optymizmem. Niemniej przedstawiona rzeźnia nie miała miejsca w rzeczywistości, a jest jedynie ilustracją licencia poetica florenckiego mistrza. Zabijane postaci stanowić mają odpowiednio cesarza Maurycjusza (facet w purpurze), zaś wokół umieszczeni zostali członkowie jego rodziny. Triumfalnie wjeżdżający na koniu władca to przyszły cesarza Fokas, dokonujący przewrotu pałacowego. Oczywiście dziś wiemy, że nie tak to się rozegrało, a bunt w 602 r. wynikał ze słusznej strategicznie, ale niesłusznej politycznie decyzji, by bizantyjskie wojska w trakcie kampanii przezimowały na północnym brzegu Dunaju. Wszyscy wiemy, jak się to skończyło - podoficer Fokas zajął Konstantynopol, synowie Maurycjusza zginęli na jego oczach, a cesarz z kolei skonał w męczarniach na oczach swojej żony i córek. Widać zatem, że przedstawiona scena nie mogła mieć miejsca. Nie to nas jednak w tej chwili interesuje, ale druga strona ilustracji z "kaznodzieją" Mahometem. Przedstawiony przy pulpicie mówniczym, otoczony tłumami, bardziej przypomina napominających wiernych franciszkanów i dominikanów niźli arabskiego proroka. Artysta użył tutaj europejskiej konwencji, zapewne wyobrażając sobie, że analogicznie to musi wyglądać w krajach, których nigdy nie widział. Co ciekawe, Mahomet nie jest tu krytykowany - przy bliższym przyjrzeniu się ilustracji widać Ducha Świętego zstępującego na proroka i dającego mu natchnienie do wygłaszania płomiennych kazań. Jeśli przypomnimy sobie wizerunki Savonaroli czy potem Lutra, nie ulega wątpliwości, że ta sama konwencja przetwarzana była nieustannie, by pokazać zarówno tych kaznodziejów, z których opiniami się zgadzano, jak i tych, którzy głosili niewygodne treści.
W tym samym czasie pojawiają się jednak negatywne wizerunki Mahometa, które także nie mają wiele wspólnego z jego prawdziwym wyglądem. W przeciwieństwie bowiem do Jezusa nie wykształcił się jeden model przedstawiania rysów tego proroka, lecz artyści za każdym razem zmuszeni byli opracować swoje własne, indywidualne rozwiązanie. Tak też uczynił Giovanni da Modena, który do figury udręczonego mężczyzny, co jest klasycznym elementem przedstawień Sądu Ostatecznego dodał wizerunek diabła i podpis, że jest to założyciel religii muzułmańskiej. Giovanni da Modena tym oto sposobem dodatkowo podkreślił różnice pomiędzy dwoma kaplicami, w których tworzył freski. Na podstawie woli zmarłego w 1408 r. Bartolomea Bologniniego postanowiono dobudować do bazyliki San Petronio w Bolonii (do dziś jednego z największych kościołów w Europie) kaplicę tego rodu. Zmarły poprosił w swej ostatniej woli, by kaplicę przyozdobiły malowidła przedstawiające Raj i prawdopodobnie z tego powodu w mieście pojawia się rok później Giovanni, o którym wcześniej nic nie wiadomo. Musiał jednak być w miarę znanym artystą, skoro dostał tak prestiżowe zadanie. Kiedy już uporał się z tą pracą, pojawiło się nowe zlecenie - tym razem kazano mu namalować Piekło. Tak więc, w kaplicy San Abbondio w latach 1420-1421 wraz z kilkoma towarzyszącymi mu artystami stworzył niezwykle przejmujący wizerunek z gigantycznym, czarnym, włochatym Lewiatanem, któremu z ust wystają merdające nogi jakiegoś nieszczęśnika. To właśnie tam umieszczono torturowanego proroka islamu. Warto zatem przy okazji dodać, że w malarstwie italskim, gdzie pojawia się wiele tego typu przedstawień (vide: słynny "Sąd Ostateczny" Giotta w kaplicy Scrovegnich) miała miejsce swoista gradacja potępionych. Przede wszystkim pod względem zachowań dzielono ich na różne grzechy (analogicznie czynił to także Hieronymus Bosch), zaś co do niektórych postaci miały one przy sobie swojego własnego diabła, który nie dawał im spokoju. Wystarczy w tym miejscu przywołać "Boską komedię" Dantego, by przypomnieć sobie, że nie była to tylko cecha malarstwa freskowego, ale także innych form sztuki, a kolejne kręgi pokazywały coraz to bardziej cierpiących grzeszników.
Europa nie byłaby sobą, gdyby dość szybko nie zaczęto wykorzystywać nowych odkryć technologicznych dla rozrywki. Trudno bowiem inaczej tłumaczyć ten oto drzeworyt anonimowego autora zamieszczony w "Reysen und Wanderschaffen durch das Gelbote Land" z lat 1481-1482, opisującej jak sama nazwa wskazuje podróż do Ziemi Świętej. Tam też znalazło się i miejsce, by w nienajprzychylniejszych słowach opisać proroka religii muzułmańskiej. Nabijano się m.in. z jego uzależnienia od wina, mimo że jak powszechnie wiadomo islam posiada bardzo restrykcyjne nakazy w zakresie spożywania tego trunku. Przedstawiona obok ilustracja jest jedną z dwóch jakie znam, które zawarto w tej publikacji. Pierwsza obrazuje pijanego proroka w towarzystwie robiącej mu wyrzuty żony. Łatwo dostrzec, że w ten sposób artysta próbował oczernić Mahometa na dwóch polach - wspomnianym już nieumiarkowaniu w spożywaniu napitku, jak też zakwestionować jego męskość, ukazując go jako niepotrafiącego przeciwstawić się żonie, co w patriarchalnym społeczeństwie feudalnej Europy po wielokroć uznawane było za jedną z największych obraz, jakie mógł usłyszeć XV-wieczny facet. O tym jednak, że tego rodzaju ilustracje nijak miały się do tego, co pielgrzym do Palestyny mógł zobaczyć była już mowa na tym blogu wcześniej, m.in. przy analizie przedstawień mitologicznych stworów, które ponoć miały zasiedlać te tereny jeszcze pod koniec średniowiecza (link). A już na pewno pielgrzym nie mógł spotkać Mahometa, tak więc anonimowy rytownik przedstawił przede wszystkim swoją niechęć wobec muzułmanów, a nie realistyczną wizję proroka.
Udajmy się zatem jeszcze bardziej na północ ku bliższym nam czasom, a dokładnie jak widać po strojach przedstawionych postaci mniej więcej ku XVII wiekowi. W niewielkim kościółku w Gothem na Gotlandii znajduje się cykl barokowych fresków, a obecne wyposażenie rzeźbiarskie pochodzi mniej więcej z przełomu XVII i XVIII wieku. To w tym kościele, który głównie interesuje badaczy sztuki gotyckiej (w zakresie rzeźby i kamieniarki wyszczególnili kilku anonimowych artystów nadając im nietypowo brzmiące pseudonimy "Neoikonikus", "Egypticus", "Fabulator", "Calcarius" i "Globus"), przedstawiono św. Krzysztofa niosącego Dzieciątko, co jest jednym z niewielu tematów świętych dopuszczonych przez ortodoksyjną politykę w zakresie obrazów w ramach polityki protestanckiej. Uwagę powinno zwracać umieszczenie po obu stronach olbrzyma, dwóch jego wrogów - w tym wypadku byłby to papież z typową trójdzielną tiarą oraz Mahomet przedstawiony niczym szwedzki szlachcic. Znaczenie propagandowe i symboliczne pracy jest więc oczywiste: należało przedstawić Szwecję jako państwo, w którym następuje ucieleśnienie prawowitej religii chrześcijańskiej, zmuszonej stawić odpór katolickiej kontrreformacji, jak i rosnącej potędze wiary muzułmańskiej. Czemu jednak w tak odległym od jakichkolwiek ekumen, tak nietypowy program ikonograficzny i to w państwie, które nawet nie miało ambicji kolonialnych w krajach, gdzie można było się natknąć na wyznawców islamu? To pozostaje dla mnie nieodgadnioną zagadką.
Przedstawienia Mahometa w sztuce europejskiej mają zatem nietypowy wydźwięk. Z jednej strony ściśle związane są ze współtworzeniem przez islam od VII wieku historii znacznych połaci tego kontynentu, a z drugiej jednak oparte są na dość dziwnym dla chrześcijan zakazie ikonicznego przedstawiania pewnych treści. Odnowienie tego problemu miało miejsce dopiero w okresie ponownej fascynacji Orientem, jaka nastąpiła na przełomie XVIII i XIX w. Kultura arabska wydała się na tyle interesująca, że wiele publikacji poświęconych islamowi i mieszkańcom północnej Afryki, Imperium Osmańskiego czy Arabii ilustrowano przedstawienia Mahometa nauczającego lub dostępującego objawień w obecności archanioła Gabriela. Wówczas jednak opierano się na konwencjach wypracowanych już w krajach muzułmańskich, a jedynie przetwarzano je zgodnie z duchem europejskich publikacji książkowych czy czasopism. O wiele rzadziej natomiast sięgano po motyw Mahometa w malarstwie. Chlubnym przykładem, który na pozór niewiele różni się od scen typowo orientalnych, jest "Nauczający Mahomet" Grigorija Gagarina - rosyjskiego malarza i uczestnika wojen kaukaskich w latach 40. i 50. XIX w. (link) To tego rodzaju prace utorowały w Rosji fascynację nieodkrytymi do tej pory kulturami południowych przestrzeni rozrastającego się szybko imperium Romanowów (o tym, jak wojny rosyjskie obrazowane były w tym czasie na wystawach sztuki, było już w poście na temat Wasilija Wierieszcziagina - link). Mimo to nadal przedstawienia Mahometa w Europie stanowią rzadkość. Zapewne wynika to z tolerancyjnego podejścia do religii muzułmańskiej i uwzględnienia istotnego dla wyznawców tej wiary zakazu przedstawień proroka. Tego rodzaju zakaz miał chronić wiernych przed pułapką bałwochwalstwa, jaką w oczach niektórych wyznawców innych religii może być kult oddawany Jezusowi czy przede wszystkim Maryi w ramach wiary chrześcijańskiej. Osobiście wydaje mi się, że wbrew pozorom najpełniej po polsku ujął to Karol Libelt w jednej z pierwszych polskich książek o teorii sztuki, a mianowicie "Estetyce, czyli umnictwo piękne" (chociaż też nie w pełni uchwycił specyfikę muzułmańskiego zakazu). Pisał tam, że "u nich [u muzułmanów] sztuka jest naśladowaniem natury, a człowiek nie powinien Boga w dziele tworzenia naśladować, bo to jest kuszeniem się djabła (...). W tych odpowiedziach mahometańskich leży zdrowa krytyka sztuki, pojmowanej w przymiocie samego naśladownictwa natury. Zapewne: po co tworzyć ciało, kiedy mu duszy wlać nie można".

sobota, 24 września 2011

Niebiański jednorożec i mleko dziewicy

"A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas". Takimi słowami niezwykle enigmatyczny opis Wcielenia kończy św. Jan Ewangelista (J 1,14). Jak wiadomo powyższa fraza stała się podstawą dla analizy przez wielu badaczy "Pisma Świętego", co uduchowiony (w tym wypadku dosłownie) autor miał na myśli. Oczywiście interpretowano to na różne sposoby, ale jeden z nich wydał mi się szczególnie zajmujący, a mianowicie przyrównanie Chrystusa do jednorożca. I o tym problemie będzie w dzisiejszym poście, tak więc cytując Wilhelma Kleryka opowiem wam o jednorożcu...
Jak pisał ów normandzki twórca najdłuższego bestiariusza francuskiego pod tytułem "Bestiariusz boski":
"jest to zwierz, który ma tylko jeden róg umieszczony w samym środku czoła. To zwierzę jest tak zuchwałe, tak napastliwe i waleczne, że zadziera ze słoniem, najgroźniejszym ze zwierząt, jakie istnieją na świecie [o tym, że wówczas myślano w Europie, że słoń ma pazury było już tutaj - link]. (...) Słoń nie może się przed nim obronić, kiedy jednorożec go atakuje, bo tak mocno wali go w brzuch swoim kopytem, tnącym jak ostrze noża, że całkiem go rozpruwa". Taki oto ma być ów przerażający zwierz, którego trzeba pochwycić sposobem, bo w zwykłym starciu nikt nie z nim szans (pomimo że czego innego uczy nas jeden z odcinków serialu "Merlin"). Jak widać zatem cechy te niezbyt odpowiadają przymiotom Chrystusa. Skąd więc pomysł, by zrównać z nim drapieżnego leśnego rozbójnika, nieznającego litości?
By wyjaśnić ten problem proponuję udać się do Memmingen - 41-tysięcznego miasta na pograniczu Bawarii i Badenii-Wirtembergii, gdzie znajduje się ewangelicki kościół Naszej Pani. Świątynię zaczęto wznosić w XIII w. i obecnie znana jest przede wszystkim z zachowanego tam cyklu fresków, zwłaszcza tych najważniejszych, a więc poświęconych Maryi. Kościół przebudowano w latach 40. i 50. XV w., a następnie nowe partie pokryto wspomnianymi malowidłami. Jednym z nich jest właśnie przedstawiona scena anioła grającego na trąbce w trakcie polowania na jednorożca. Nie jest to jednak zwykły jednorożec ani polowanie. Co prawda aniołowi towarzyszą gończe psy, to jednak jednorożec wbiega na kolana Maryi niosąc na swoim grzbiecie Dzieciątko. Sytuacja jest więc co najmniej dwuznaczna, bo widz ma przed oczyma typową scenę Zwiastowania, połączoną z niezwykle dogłębnym pokazaniem, do któregoż to łona wciela się boski pierwiastek. Wreszcie całość ukazana jest w konwencji polowania, co wydaje się na pozór nie mieć wiele wspólnego z zapłodnieniem.
Wspomniany Wilhelm Kleryk, którego dalej cytuję za przetłumaczoną i wydaną niedawno książką Jacquesa Le Goffa (J. Le Goff, "Niezwykli bohaterowie i cudowne budowle średniowiecza", tłum. Katarzyna Marczewska, Warszawa 2011) podaje, że "to niezwykłe zwierzę, które ma na głowie tylko jeden róg, przedstawia naszego Pana Jezusa Chrystusa, naszego Zbawiciela. Jest On niebiańskim jednorożcem, który zamieszkał w łonie Dziewicy, godnej uwielbienia; w Niej przyjął ludzką postać i tak pojawił się ludzkim oczom, a Jego lud Go nie poznał. Przeciwnie, Żydzi czyhali na Niego i wreszcie pochwycili Go i związali, zaprowadzili Go przed Piłata, i skazali Go na śmierć". Czyli mamy tutaj wszystkie elementy zagadki: fakt, że jednorożec daje się obłaskawić jedynie w towarzystwie nieskalanej białogłowy (toteż musiała być dziewicą) powoduje, że przyrównano tajemnicę Wcielenia do sceny, w której dziki zwierz podchodzi ufnie do pułapki-wabika, jakim staje się tu wspomniana kobieta.
Przy okazji mamy też wyjaśnienie psów gończych i niechęci do Żydów, jaka wielokrotnie pojawiała się w historii Europy. Ich obecność już przy scenie Zwiastowania może zatem symbolizować, że już od samego początku Jezus musiał się zmagać z przeciwnościami, jak choćby rzeź niewiniątek czy konieczność urodzenia się w ubogiej stajence. To tylko jedno z kilku wyjaśnień pojawienia się psów, ale akurat w tym wypadku nieprawidłowe (za to możliwe do zastosowania w innych pracach tego typu). Jak łatwo zauważyć nad jednym z psów zachował się jeszcze tekst "Prawda", a więc odniesienie się do jednej z cech Boga, które miały odegrać istotną rolę w procesie zbawienia. Pozostałe psy daje się zatem identyfikować jako "Pax" (Pokój), "Misericordię" (Miłosierdzie) oraz "Justitię" (Sprawiedliwość). Jest to zatem wyraźne odniesienie się do kilku fragmentów "Ewangelii", gdzie Jezus informuje, jaka rola została mu wyznaczona i co w imieniu swojego Ojca przynosi na ziemię.
Wróćmy jednak na nasze podwórko do Gdańska, gdzie znajduje się takie oto przedstawienie sceny Zwiastowania. Dzieło to jest powstało mniej więcej w latach 70. XV w. i nie jeszcze nie łączy obu konwencji tak ściśle jak fresk w Memmingen. Tutaj mamy bowiem wskakującego na Maryjne łono jednorożca, dmącego w trąbę archanioła Gabriela (co ciekawe, bez skrzydeł, ale za to z krzyżem na głowie) oraz Dzieciątko przychodzące bezpośrednio do Maryi z nieba wysyłane przez Boga-Ojca tuż za Duchem Świętym. Widać zatem, że artysta starał się nawiązać bardziej do teologii chrześcijańskiej, pokazać wszystkie zaangażowane we Wcielenie osoby, a nie przedstawił tego tak prosto, jak we fresku kościoła Naszej Pani. Sam pomysł utożsamienia Chrystusa z jednorożcem wywodzi się z "Fizjologusa" - publikacji o charakterze stale rozbudowywanego przez kolejne stulecia bestiariusza, gdzie często prawdziwym zwierzakom przypisywano nadzwyczajne umiejętności (vide: pelikan biorący swoje dzieci do dzioba, by je uchronić przed niebezpieczeństwem czy samospalająca się salamandra).
Kolejny warty uwagi element do typowe tło XV-wiecznych przedstawień Zwiastowania, a więc Maryi w ogrodzie (słynne hortus conclusus będące uosobieniem niedostępnego dla śmiertelników raju). Już więc sama konwencja powodowała, że przedstawienie to trzeba było odczytywać alegorycznie. Maryja de facto tronowała w tym ogrodzie niczym władczyni fenomenalnego zamku, a to zaś można było także powiązać z historią o jednorożcu. Zgodnie bowiem z mitem opisanym przez "Fizjologusa", gdy tylko jednorożec dostrzeże dziewicę wskakuje jej na kolana i tuli się do jej łona (hm, ponoć my mężczyźni też tak czasami robimy...). Kiedy więc Albert Wielki - nauczyciel św. Tomasza z Akwinu - w traktacie "O zwierzętach" napisał, że jednorożec nie tylko może być parzystokopytnym stworzeniem, lecz półrybą, pojawiło się coś więcej niż tylko zwykła fascynacja tym zwierzęciem. Okazało się bowiem, że jednorożca można dostrzec i pochwycić, a z jego rogu zrobić lekarstwo. Utożsamiono bowiem informacje, jakie posiadano o nosorożcu z narwalem, a rzadkość zjawiska spowodowała, że zaczęto mu przypisywać zdolności magiczne. Ponoć sproszkowany róg nosorożca miał być jednym z najlepszych medykamentów i być fenomenalną odtrutką (zaś jak podaje Le Goff jakimś dziwnym sposobem udawało się zaspokajać popyt na ten specyfik).
Jednorożec to jednak nie tylko atrybut Maryi, ale także innych świętych. Wydaje się to o tyle dziwne, że są to nie tylko dziewice, ale także mężczyźni. Co więcej dla mnie osobiście niepojętym jest, jak do historii o jednorożcu, wpleciono element karmienia go mlekiem kobiety. Zgodnie bowiem z niektórymi wersjami opartymi o "Fizjologusa" z chwilą, gdy jednorożec zaczyna tulić się do łona dziewicy, ona powinna poić go swoim własnym mlekiem. Skąd mleko w piersi dziewicy, tego legenda już nie wyjaśnia. No chyba, że nie o to mleko chodzi, ale to już prowadzi mnie ku co najmniej kosmatym myślom...
W każdym razie drugą po Maryi świętą osobą, którą przedstawiano z jednorożcem jest św. Justyna z Padwy, którą na załączonej ilustracji namalował Alessandro Bonvicino, bardziej znany pod pseudonimem Moretto da Brescia. To malowidło z ok. 1530 r. oglądać można w wiedeńskim Kunsthistorisches Museum, gdzie widać jak wielki wpływ na artystę wywarł Tycjan, u którego pobierał nauki jako młodzieniec. Symbolika tej pracy jest o tyle wyjątkowa, że Justyna wywodziła się z terenów, które w tym czasie były terenem spornym między imperium Habsburgów a coraz bardziej zagrożoną marginalizacją Wenecją. Kim jednak jest ów donator po jej lewej stronie pozostaje sprawą sporną, niemniej warto zwrócić uwagę na krajobrazowe tło. Moretto bardzo dobrze odnalazł się w świecie sztuki naddunajskiej, gdzie właśnie pejzażowi nadano pierwszorzędne znaczenie, a artyści tego pokroju, jak choćby Albrecht Altdorfer do dziś zapamiętani zostali jako twórcy jednych z najlepszych krajobrazów w dziejach malarstwa.
W Galleria dell'Accademia w Wenecji można natomiast oglądać inne przedstawienie jednorożca, tym razem autorstwa Tintoretta, powstałe w latach 1551-1552. Scena "Stworzenia zwierząt" sprawia wrażenie niezwykle realistycznej, zaś każde zwierzątko przedstawiono z oddaniem pełni wiedzy anatomicznej. A jednak po prawej stronie tuż przy ramie obrazu pojawia się jednorożec tak, jakby jego istnienie było potwierdzone. Całość zaś ma niezwykle dynamiczny wyraz - jedne stworzenia odpływają ku dalekim morzom, inne już zaczynają szukać dla siebie norek, zaś zwierzęta leśne kierują się ku zaroślom. Pofałdowana szata Boga-Ojca i jego postać otoczona świetlistą glorią staje się zatem prawdziwą siłą sprawczą całej kompozycji, a widz odnosi wrażenie, że rzeczywiście przed jego oczami powstaje nowa rzeczywistość.
Wróćmy jednak do świętych, bo z mężczyzn warto wspomnieć o św. Cyprianie z Kartaginy, którego także ukazywano z jednorożcem. Wyjaśnienia tego przedstawienia szukać trzeba w biografii świętego i jego konspiracyjnej działalności. W III w. został biskupem swojej rodzinnej miejscowości, ale w trakcie prześladowań udało się go pochwycić i wygnać z miasta. Działając na pustyni postanowił jednak kierować rozwojem religii w mieście, rozsyłając listy po zaufanych osobach z poleceniami co czynić, pomimo antychrześcijańskiej polityki za czasów cesarza Waleriana. Niestety wszystko się wydało i w 258 r. św. Cyprian, podobnie jak wspomniana wyżej św. Justyna, został ścięty mieczem. Jednorożca powiązano z nim zatem w ten sposób, że to zwierzę miało być równie nieuchwytne i chować się tam, gdzie rzadko kiedy pojawia się ludzka stopa. Być może nawet pewne znaczenie mógł mieć fakt, że historia o jednorożcu wywodzi się z informacji, jakie posiadano na temat nosorożców, tak więc wątek afrykański mógł mieć tu znaczenie. To jednak moim zdaniem wymaga dokładniejszych badań, jako że nawet sam "Fizjologus" w swej pierwotnej wersji powstał między II a IV wiekiem w Aleksandrii.
Ostatnim świętym, któremu przypisano jednorożca jako atrybut, był św. Gebhard z Salzburga, który piastował funkcję kanclerza Henryka III, a także był legatem papieskim. Tym razem jednorożec miał nawiązywać do kultu Jezusa i wiary w potęgę modlitwy. Ponoć twierdził, że modlitwa jest najlepszym lekiem i porównywał ją tym samym z rogiem jednorożca. Co ciekawe do chwili obecnej Gebharda oficjalnie nie uznano świętym, a wszczęcie jego procesu kanonizacyjnego odbyło się na fali wspierania Habsburgów w trakcie wojny trzydziestoletniej (w 1629 r.). Niemniej jego kult rozwinął się w Austrii właśnie w okresie baroku, także z tego faktu, że wspominano polityczne zaangażowanie Gebharda, który na różne sposoby próbował przeciwdziałać objęciu tronu przez Henryka IV.
Jak widać jednorożec, to nie tylko zagadnienie Maryi i Dzieciątka, ale problem bardziej skomplikowany. Jest to jednak o tyle dziwne, że rzadko przy opisie znaczenia jednorożca w sztuce średniowiecza wspomina się o pozostałych świętych, a więcej uwagi zwraca ku jednorożcowi jako symbolowi czystej miłości, gdyż w tym znaczeniu przedstawiano go na francuskich i prowansalskich tapiseriach. Wreszcie w wizji przypisywanej kiedyś Joachimowi z Fiore jednorożec pojawia się w XV w. w scenie przedstawiającej papieża Grzegorza XII. Duchowny siedzi w niej na tronie w zbliżony sposób jak Maryja czy dziewice w ówczesnych malowidłach, jednorożec skacze w kierunku biskupa Rzymu, a po jego drugiej stronie pojawia się mały człowiek (karzełek), któremu  udzielane jest błogosławieństwo. Jak jednak to przedstawienie ma się  do rozwoju motywu jednorożca w XV w., pozostaje wątkiem dotąd niezbyt przebadanym. A może warto przyjrzeć się temu zwierzęciu, bo bynajmniej jego obecność w dziełach przełomu średniowiecza i renesansu nie jest wyrazem przypisywanej tym czasom niechęci do kobiet, a i moim zdaniem teza o androgynicznym charakterze średniowiecza też nie się zawsze na tej podstawie obronić.

poniedziałek, 7 lutego 2011

Patronka łyżwiarzy

Dzisiaj czas na kolejnego posta poświęconego nietypowym świętym. Tym razem w związku z mającymi za miesiąc zacząć się kolejnymi mistrzostwami świata w jeździe figurowej (w tym roku najlepszych sportowców będzie pod koniec marca gościć Tokio), warto skupić się na tej, która powoduje, że większość jakoś radzi sobie z nietypowymi kombinacjami tulupów, rittbergerów i axeli w rytm muzyki. Zwłaszcza, że patronka łyżwiarzy przeżyła to, co grozić może tym, którzy niefortunnie wylądują, dotkliwie się obijając. A jak łatwo się domyślić może każdy Czytelnik tego bloga, który zapoznał się z postem o zabawach zimowych na początku okresu nowożytnego (link), opiekunki uprawiających tę dziedzinę sportu szukać możemy nie gdzie indziej niż w Niderlandach. Święta Lidwina, bo tak była na imię tej pobożnej dziewczynie ze Schiedam, żyła wiele lat, zmagając się ze skutkami bolesnego upadku. Oby więc taki nie zdarzył się nikomu podczas mistrzostw w Tokio…

lidwina 1498

Umieszczona obok ilustracja pochodzi z książki franciszkanina Johannesa Brugmana, opublikowanej w 1498 r. w oficynie wydawniczej w rodzinnym Schiedam. Małe miasto położone niedaleko Rotterdamu znane jest obecnie przede wszystkim jako miejsce, gdzie powstaje narodowy trunek Holendrów czyli gin o nazwie Jenever. Powstały z melasy napój przez wiele stuleci stosowany był także jako środek leczniczy, można więc przypuszczać, że podawano go także chorej Lidwinie po jej upadku, ukazanym na obrazku obok. Urodzona w 1380 r. uboga szlachcianka nagabywana była przez rodziców, by jak najszybciej wyjść za mąż, zwłaszcza że nie brakowało jej adoratorów. Ale jak na późnośredniowieczne kobiety przystało (i wiele obecnych), nie bardzo paliła się do tego. Wzorem św. Katarzyny ze Sieny chciała wieść życie “singla”, a nawet modliła się, by zostać przez Boga oszpeconą. Stało się jednak inaczej i to właśnie wydarzenie, gdy miała 15 lat spowodowało, że została patronką łyżwiarzy.

lidwina - gouda lub lejda

Ta rycina powstała ok. 1500 r., a więc kiedy kult Lidwiny osiągnął swoje apogeum (m.in. dzięki biografii Tomasza a Kempis), lepiej oddaje urodę nastoletniej dziewczyny niż poprzednia ilustracja, gdzie na około dałbym jej lat co najmniej dwa razy tyle. Ale do rzeczy! Lidwina wraz ze swoimi koleżankami poszła pojeździć na okolicznym jeziorze (miasto właściwie żyło z tam, polderów i portu, choć oczywiście nie na tak wielką skalę, jak ma to miejsce obecnie w Rotterdamie). Jedna z nich przypadkowo popchnęła Lidwinę na bryłę lodu i dziewczę złamało sobie żebro. Co więcej wypadek był tak niefortunny, że żadne leki nie chciały działać. Stan Lidwiny zaczął się pogarszać, z czasem wdała się gangrena, dziewczyna straciła władzę w rękach i nogach i jak podają hagiografowie “musiała czołgać się po ziemi jak robak”. Dzisiaj powiedzielibyśmy, że została przykuta do wózka, ale w XV-wiecznej Holandii właściwie oznaczało to spędzenie całego życia w łóżku rodzinnego domu. Choroba jednak postępowała i przebiegała zupełnie inaczej niż mogliby wszyscy przypuszczać. Lidwina nie mogła jeść, a jedynym posiłkiem, jaki była w stanie przyjmować była Komunia święta. Dziś niektórzy lekarze uważają, że stała się ofiarą paru rzadkich chorób. To z Lidwiną wiązać też można jedną z cech stygmatyczek, jaką jest inedia, a więc brak konieczności odżywiania się. W takim stanie Lidwina przetrwała aż 28 lat!

speculum adhortationis, kolonia 1507

Wyżej mieliśmy rycinę powstałą w Goudzie lub Lejdzie, teraz kolejna, należąca do książki “Speculum adhortationis” z Kolonii, wydanej w 1507 r. Pomijając dość nietypowe, metaforyczne przedstawienie Ukrzyżowanego, oddającego swoją krew do kielicha (prawdopodobnie odniesienie do przeistoczenia w trakcie mszy świętej), jest także Lidwina, która towarzyszy pobożnym po lewej stronie i zarazem stoi w opozycji do złych postaci po prawej, kuszonych przez szatana.

To, co szczególnie interesujące w przypadku Lidwiny to fakt, jak obecnie analizuje się jej stan zdrowia, w jakim przeżyła aż do swojej śmierci w 1433 r. Musiała leżeć na wznak i mogła poruszać jedynie głową i lewą ręką – reszta ciała była bezwładna. Można więc założyć, że mamy do czynienia z paraliżem. Dziwi natomiast informacja, że do otwartych ran (Lidwina dostąpiła daru stygmatów) właziła robactwo i w żaden sposób nie można było go wykorzenić. Wreszcie, na siedem lat przed śmiercią, oślepła na jedno oko, a drugie krwawiło przy zapalonym świetle. Coś czuję, że raczej nikt nie chciałby być na jej miejscu…

bazylika św. lidwiny

To jednak nie wszystkie cierpienia, jakie musiała przetrwać w swoim życiu. Jej stan pogarszały febra, gorączka, bóle głowy i puchlina, a także trzy wrzody. Jej ciało mimo to wydzielało przyjemną woń, a odwiedzający ją pielgrzymi twierdzili, że to zapach na pograniczu cynamonu i imbiru. Mnie osobiście najbardziej zaskakuje fragment mówiący o tym, że zrzucała skórę, odpadały od niej kości, a nawet części jej jelit (które także pachniały) i przykuwały taką uwagę, że trzeba je było pochować w tajnym miejscu. Lidwina przyjmowała jednak wszystko spokojnie i jakoś sobie radziła z bólem. Na tyle, że najwięksi religijni myśliciele tamtych czasów w Holandii traktowali ją z najwyższą pobożnością. Poddana próbie przeszła ją pomyślnie i potrafiła rozpoznawać Hostię konsekrowaną od niepoświęconego opłatka. W ten sposób ustalono, że jej wizje krzewu różanego (anioł przepowiedział jej, że umrze, gdy na krzewie zakwitną wszystkie pąki) są prawdziwe, podobnie jak i stygmaty. Być może więc do tego odnosi się ilustracja z Kolonii, gdzie Lidwina potwierdzać miałaby prawidłowość przeistoczenia się ciała i krwi Chrystusa w eucharystycznym kielichu.

Wróćmy jednak do choroby. Część objawów daje się wyjaśnić tym, że Lidwina cierpieć mogła na stwardnienie rozsiane i wówczas byłby to jeden z lepiej udokumentowanych przypadków tego typu. Jak wiadomo ta choroba układu nerwowego atakuje całe ciało i ma bardzo nietypowy przebieg. Co więcej zapadają na nią zwłaszcza ludzie młodzi i dopiero rozpoczynający dorosłe życie. Nie wyjaśnia to oczywiście wszystkich objawów, które związane być mogą z jej wypadkiem. Może więc Lidwina cierpiała na kilka dziwnych chorób, które nawet dziś są dla nas w pewien sposób tajemnicze. Faktem jest jednak, że nie złamało to jej hartu ducha i z takim nastawieniem dotrwała ona do swojej śmierci w wielkanocną środę 1433 r. (stąd też do dziś obchody jej imienia są 14 kwietnia). Z tych oto powodów Lidwina obecnie uznawana jest nie tylko za patronkę łyżwiarzy i rodzinnego Schiedam, ale także przewlekle chorych. Sam zaś kościół Matki Boskiej Różańcowej, zwany obecnie bazyliką św. Ludwiny (z niej fotka umieszczona powyżej) staje się właśnie tego dnia miejscem uroczystości na rzecz lokalnej świętej.

Jak widać, łyżwiarzom nie przypadła patronka, która miała łatwe i fajne życie. A szkoda, bo swoimi skokami zawsze budzą podziw, co wrażliwszych na piękno tego sportu (ja osobiście na łyżwiarstwie i jeździectwie zasypiam…). Kiedy więc w Tokio po raz kolejny komentatorzy zżymać się na będą na preferowanie par kanadyjskich i chińskich, warto wspomnieć też tych, którym nie dane jest jeździć tak dobrze jak chociażby Aleksiej Jagudin czy Mao Asada. Bo, jak mawiał Sokrates, “dla cierpiących najmniejsza radość jest szczęściem”…