sobota, 15 września 2012

Najsłodsze malowidła

Powrót do powakacyjnej rzeczywistości przebiega na tyle pomyślnie, że lenię się całe dnie zamiast pisać posty na blogu. Czas więc nadrobić zaległości, więc pochwyciłem tabliczkę czekolady, siadłem przed kompem, wyjąłem kilka książek, zrobiłem dwugodzinny research… już miałem skrobnąć co nieco o XIX-wiecznej fotografii we Florencji, gdy… tabliczka mnie olśniła. Co prawda nie błyszczała szczególnie kusząco w świetle nocnej lampki (trudno jej się dziwić – w końcu to “łaciata” czekolada), ale zainspirowała. Dlaczego jeszcze nie pisałem na blogu o słodyczach? Nieodłączny element mojego życia, jak i pewnie wielu Czytelników, też miał swój epizod w sztuce. I to nie byle jaki! Niderlandzcy i niemieccy malarze zafascynowani tym, co zaczęło się pojawiać na ich stołach od końca XVI w., nie omieszkali pominąć cukru. Produkt, który dziś jest w każdym domu (choć to ponoć biała śmierć i “zło wcielone”) do tego czasu traktowany był jako lekarstwo i ze względu na cenę używany jedynie przez najbogatszych. Przyjrzyjmy się zatem nieco owej słodyczy.

georg flegel - martwa natura z chlebem i słodkościami

Jednym z obrazów, na widok którego (takiemu żarłoczkowi jak ja) zaczyna cieknąć ślinka jest ten obraz Georga Flegela “Martwa natura z chlebem i słodkościami”, znajdujący się we Frankfurcie nad Menem. Urodzony w Ołomuńcu artysta w tym niemieckim mieście dokonał żywota. Nim jednak zasmakował słodkiego, wiecznego żywota na ziemskim padole spróbował nieco nowego przysmaku, który podbijał stoły bogatych biesiadników. Poza chlebem każdy jadalny produkt ukazany na obrazie obok pokryty został warstwą kandyzowanego cukru. Gruszki pokryte cukrem czy owoce umieszczone w misce sugerują zatem pełnię słodyczy, jakiej dostępuje ich właściciel. Nawet motyl ubrudził sobie skrzydełka okruszkami cukru, próbując zasmakować w tej obfitości. Jak jednak na typową martwą naturę przystało, Flegel nie uczynił tego bezcelowo. Badacze dopatrują się w pokrytych cukrem owocach dwóch liter – O, które jest dość łatwo widoczne przy stopce kielicha i A, nieco pochylonej litery między chlebem a dolną krawędzią obrazu. Odniesienie do “Alfy i Omegi” jest więc jednoznaczne, aczkolwiek na pozór dziwne, zwłaszcza że chleb i wino kojarzą się raczej z innym aspektem Chrystusa. Czy cukier zatem został tutaj potraktowany jako zapowiedź szczęśliwości wiecznej? Odniesienia do świata zmysłowego stają się tu zatem czymś pozytywnym, pokazują, że można zasmakować w radości po śmierci jeszcze zanim ona nastąpi.

Można też zaryzykować inną tezę. Łakocie przywołały owady, które niechybnie zaczną się nimi karmić (motyl już to uczynił). Tam gdzie jest niebywała przyjemność, tam jest i niebezpieczeństwo, że trzeba jak najszybciej się nią nacieszyć. W przeciwnym bowiem razie może ta przyjemność zostać swoiście “pohańbiona”, utracona na rzecz tych, którzy na nią nie zasługują. Czy zatem Flegel z jednej strony przestrzega przed uleganiem pokusie i nawołuje do umiłowania umiarkowania, a z drugiej nakazuje cieszyć się zbytkiem, skoro jest darem od Boga? Czy z tego obrazu można dojść do konkluzji, że poprzez martwą naturę pokazuje dostatek stanowiący łaskę Bożą, a zatem powód do chluby? Tak często czyniono w martwych naturach i w ten sposób próbuje wyjaśniać się to, że mieszczanie chętnie wieszali w swoich domach obrazy “egzotycznego”, wystawnego jedzenia, na jakie było ich stać, a jakie nie było udziałem ich ojców i dziadków. A tak na marginesie, historycy sztuki mówią o pewnych obrazach w kontekście “haptyczności” i “optyczności” czyli tego na jakie zmysły dzieło bardziej zdaje się oddziaływać: wzrok czy dotyk. U mnie przy malowidle Flegela zmysł smaku dał o sobie znać. Czyżby był to jeszcze jeden rodzaj malarstwa?

jan steen - leczący syropem

W Stadtmuseum w Emden znajduje się równie interesujące malowidło pokazujące jak szybko cukier i inne słodkie produkty kształtowały życie społeczeństwa w okresie nowożytnym. Dotąd to miód jako dający słodką przyjemność wychwalano w pieśniach i literaturze. Oczywiście nie zabrakło odniesień religijnych (jak choćby w dziewiętnastym psalmie, gdzie “sądy Pańskie prawdziwe, wszystkie razem są słuszne. Cenniejsze niż złoto, niż złoto najczystsze, a słodsze od miodu płynącego z plastra” – Ps 19, 9-10). Medyczny charakter słodkich produktów nadal trwał mimo stopniowego upowszechniania się od ok. 1600 r. cukru w diecie. Najpierw w słodyczach rozsmakowano się na południu Europy (Turcy wprowadzili lody i tą pasją zarazili Włochów, którzy z kolei rozpropagowali lody na reszcie kontynentu). Niemniej słodkie produkty popularne były już dużo wcześniej. Ruch krucjatowy poza kultem św. Jerzego i masą relikwii na zachód Europy przyniósł też modę, że jedzenie nie musi być pikantne i tłuste, ale może być słodkie. W średniowieczu ze słodkiego napoju słynęła m.in. Antiochii i produkt ten importowano nawet na Wyspy Brytyjskie. Traktowany jako lekarstwo płyn miał konsystencję zbliżoną do syropu i miał leczyć nawet poważne rany. Obawiam się jednak, że chyba własnymi siłami napoju tego bym nie stworzył, bo ze średniowiecznego przepisu udało mi się ustalić tylko część roślin, m.in. dąbrówkę dziś traktowaną jako roślina ozdobna, truskawki (na które jestem uczulony) i stokrotki: “To make drync of Antioche Take bugle, auence, strawberywyses, redcolecrop, dayse, of iche a good handful… of femaille hempe v croppes… putte alle dese herbes in a pot, and do derto a galoun of qwyte wyn, and sethe it… do der-to als moche of honey”. Syrop, jak widać, był dość gęsty, a mimo to cieszył się popularnością i ponoć jego skuteczność była doceniana.

Takim syropem raczy się na umieszczonym powyżej obrazie Jana Steena “Leczący syropem” mężczyzna na pierwszym planie. Sięgnąć musimy jednak do głębszej przeszłości, by wyjaśnić dlaczego przez tyle stuleci cukier był uznawany wyłącznie za lek. Najstarsze cywilizacje pogranicza trzech kontynentów traktowały słodkości jako coś normalnego – Asyryjczycy rozsmakowywali się w syropie figowym, Lidyjczycy natomiast w płynie ze słodkiego tamaryndowca. W Mezopotamii z owoców palm daktylowych robiono papkę przypominającą konsystencją ziemniaczane puree, podczas gdy w Syrii rośliny te dawały olej. Jednym z pierwszych, którzy w cukrze odnaleźli lekarstwo był Pliniusz, ale nie przeszkodziło to stosować cukier jako dodatek do posiłków. I tak, wspomniana papka daktylowa dodana została w najstarszej książce kucharskiej w Europie (“O gotowaniu” Caeliusa Apiciusa z końca IV w.) do mięsa oraz sosu rybnego (ten ostatni pomysł napawa mój żołądek lękiem!). Dostęp do cukru był jednak ograniczony. Archeolodzy od dłuższego czasu debatują nad kontaktami świata rzymskiego z Chinami i być może w tym aspekcie ówczesny handel cukrem może ujawnić jakieś wskazówki. Pliniusz pisał, że cukier wywodzi się z Indii lub Arabii, a właśnie do Indii dotarł on ok. 5000 r. p.n.e. z Nowej Gwinei. Od czasów wspomnianej księgi Caeliusa Apiciusa zaczęto wytwarzać cukier w większych kawałkach (dziś byśmy powiedzieli rafinować, ale technika była eufemistycznie mówiąc nieco “chałupnicza”). Europejski ośrodek produkcji cukru pojawił się na Cyprze, ale wiernych fanów słodkości zyskały głównie wśród Arabów, gdyż narody Europy poprzestały na jego medycznych właściwościach. Jak jednak druidzy zdobywali kawałki cukru do wyrobu swojej melasy, nie udało mi się ustalić.

Nie jest nowością, że podbój Hiszpanii przez Arabów pchnął większość półwyspu na szybszą ścieżkę rozwoju. Założono tam całe kompleksy budynków i pól produkujących cukier, a w samej Granadzie w 1150 r. czternaście młynów zajmowało się mieleniem “cukru”. Nie dziwi więc, że na całym Półwyspie słodkie produkty zyskały wierne grono wielbicieli aż do dziś (czego przykładem są znakomite słodkie portugalskie wina), skoro cukier rafinowano nawet na Maderze. Najpierw Arabowie, a potem Aragończycy osłodzili sycylijską kuchnię – słodkie ciastko zwane “pan di Spagna”, marcepany i inne podobne produkty w okresie świąt Bożego Narodzenia i wielkanocnym pojawiały się dość powszechnie na talerzach mieszkańców południowej części “apenińskiego buta”.

XVI wiek przyniósł pierwsze poważne zmiany w europejskich nawykach, bo wreszcie można było odpowiednio dozować ilość cukru przy tworzeniu leków. Specjalna aparatura medyczna pozwalała przekształcić cukier w odpowiedni syrop (co nie omieszkał przedstawić Jan Steen), precyzyjnie ustalając jego skład. W 1573 r. zaś w Augsburgu założono pierwszą niemiecką rafinerię cukru, działającą co prawda na lokalne potrzeby, ale niezależną od Wenecji i Lizbony, które zdominowały handel tym znakomitym produktem. To zaś wyjaśnia, dlaczego niedługo później Fleger mógł przedstawić kandyzowane produkty na swoim obrazie. Nie było to jednak apogeum tego, co można było wówczas stworzyć z cukru. Wyższe sfery uwielbiały wystawne przyjęcia, na których starano się czymś zaimponować zgromadzonym. Przykładowo na ceremonii ślubnej Marii Amalii i Karola III w 1738 r. na stół wjechał model Wezuwiusza wykonany z cukru! To się nazywa eksplozja smaku!

Po takiej dawce słodyczy nie spojrzę już na czekoladę innym niż przychylne okiem. I wstyd się przyznać, ale w mgnieniu owego oka tabliczka zniknęła pozostawiając po sobie najpierw słodki smak, a potem gorycz pustki…