Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grafika dziewiętnastowieczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grafika dziewiętnastowieczna. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 lipca 2013

Bałwan: ten “swój”

Pogoda nas rozpieszcza, a niestety moje bułgarskie pochodzenie w znikomym stopniu wpływa na łatwiejsze radzenie sobie z wysoką temperaturą. Raczej przez większość dnia wyglądam jak padające ze zmęczenia stworzenie, które spocone, nie ma ochoty na jakąkolwiek aktywność intelektualną, że o ruchowej nie wspomnę. Stąd też pisanie różnych mniej lub bardziej naukowych tekstów w nocy, a jedynie w dzień czytanie i szperanie w zgromadzonych materiałach. W jednym z nich moją uwagę przykuła pewna, jakże prosta fotografia zmęczonych, ale dumnych z siebie żołnierzy, którzy w marcu 1915 r. wykonali ze śniegu figurkę. Prostą, zgrabną, dobrze wyprofilowaną. Pani Bałwankowa jednak nie była taką, jak w bajkach dla dzieci, a więc przysadzistą kluską w typie Mamy Muminka, ale panną w sposób ewokujący kosmate myśli spoczywającą nago w pozycji horyzontalnej. Cóż dziwnego jest w tym, że znudzeni i będący z dala od rodzin żołnierze postanowili ulepić bałwana i była nim kobieta, o jakiej pewnie niejeden z nich marzył? No właśnie, po co ludzie w ogóle lepią bałwany?

pani śniegu, marzec 1915

“Pani Śniegu” – tak rzeźbę zatytułował “Das interessante Blatt”, który 18 marca 1915 r. reprodukował fotografię. Pomimo oczywiście jednoznacznej seksualnie pozy fotka przeszła niemiecką cenzurę, jaką objęta była prasa, opublikowano ją w piśmie może nie pierwsze sortu, ale zajmującego się ciekawostkami i właśnie odpowiedniego dla takich nietypowych treści – pokazującego żołnierzy jako zwykłych wojaków, a nie herosów frontu. Z drugiej strony od razu widać, że jednak prezentują oni całkiem niezły kunszt artystyczny: zwłaszcza na fotografii kobieta wygląda jak żywa, zadbano o kapelusz w kształcie toczka, intrygujące ułożenie rąk, jedynie do nóg można byłoby się przyczepić – zwykle w marmurowych rzeźbach nogi nie były podciągnięte jednocześnie, lecz jedna bardziej wyciągnięta, a górna podkurczona w kolanie. Ale już odpowiednie wyważenie pracy tak, by dało się zrobić “wpust” pomiędzy prawym ramieniem a partią korpusu musi budzić podziw dla możliwości (i chęci) żołnierzy.

Mi zaś przypomniało to początkową scenę z filmu “The Master” z Joaquinem Phoenixem, Philipem Seymourem Hoffmanem i Amy Adams. Cała trójka całkowicie słusznie została nominowana do Oscara w tym roku, ale niestety nikogo nie uhonorowano statuetką. A szkoda, bo choć Phoenix już trzeci raz dostał nominację, to chyba wreszcie na nią zasłużył (scena niemrugania jest po prostu boska i niezwykle wymagająca!). Wróćmy jednak do początku. Film rozgrywający się w Stanach Zjednoczonych tuż po II wojnie światowej dotyczy prób ułożenia sobie życia przez byłego żołnierza, który stracił miłość swojego życia i przypadkiem natknął się na charyzmatycznego przywódcę niszowego kultu. Jednak to nie fabuła jest w tym filmie najważniejsza, ale gra aktorska, wizja świata, emocje, jakie co scenę rysuje przed odbiorcą reżyserujący film Paul Thomas Anderson (również będący twórcą scenariusza). Na początku oddział głównego bohatera nudząc się na pacyficznej wyspie dowiaduje się, że wojna ma się ku końcowi i niedługo wrócą w rodzinne strony. Koledzy w międzyczasie ulepili z piasku figurkę kobiety leżącej na plecach z dość obszerną dziurą w miejscu genitaliów, z którą postanowili się “zabawiać”. Podszedł do niej też główny bohater (notabene jako pierwszy), odbył stosunek, otrzepał ciało “dziewczyny” w miejscu, gdzie nieco naruszył warstwę piasku i słysząc śmiech kumpli odszedł z powrotem, by pogrążyć się w rozmyślaniach.

I choć scena ta średnio mi się podobała (jakoś niezbyt przepadam za takim filmowym “uzwierzęcaniem” człowieka i redukowaniem jego popędów wyłącznie do żywieniowych i seksualnych), to jednak obie te sceny łączy wspólny mianownik: wystylizowana figurka kobiety gotowej zaspokoić męskie pragnienia, rzeźbiarskie wykonanie, wysiłek włożony w jej powstania, a także swoista estyma i duma z wytworzonego obiektu. Ta antropomorfizacja rzeźby z jednej strony wydaje się oczywista (człowiek chce ożywiać ludzkie figury, jakie wyszły spod dłuta artystów i mowa tu nie tylko o micie o Pigmalionie i Galatei, ale także traktowanie pomnika papieża, Napoleona czy Lenina jako immanetnie związanego z danym papieżem, Napoleonem lub Leninem). Im bardziej realistyczna rzeźba, tym bardziej problematyczna – gdyby Cattalan korzystał z abstrakcyjnego języka, a nie struktur przypominających woskowe rzeźby ze swej natury zmierzające ku maksymalnej realności, to raczej nie spychano by głazu z pleców Jana Pawła II czy obruszano się za naruszanie czci innych osób. Nie inaczej jest z bałwanem. Jaki by nie był – czy to w postaci przysadzistego mężczyzny z miotłą i węglowymi oczkami lub guzikami, czy też wychudzonej, obdarzonej w miarę bujnym biustem kokietki, z jakichś stricte kulturowych względów jest lepiony przez małych i dużych zimą. O ile wyjaśnić można na rysunkach naskalnych budzące grozę zwierzęta, co naturalnie powodowało, że lęk przez nimi próbowano “oswoić” poprzez dokonanie ich symbolicznych przedstawień, to po cóż biały puch przekuwać w kolejną humanoidalną postać?

bałwan w kołomyi

Czasem można to wytłumaczyć potrzebą chwili: fotografie z obu wojen światowych ukazują bałwany przypominające przywódców poszczególnych państw, ucieleśnienie wrogów lub odwrotnie – władców, którzy wysłali dane wojsko na front. Jednak taka rzeźbiarska forma ze względu na nietrwałość medium i jego specyfikę przesuwa granicę przedstawienia raczej w kierunku karykatury, nieco prześmiewczego ukazania tego, do kogo bałwan był upodabniany. Ilustracja obok, wykonana w Kołomyi, prawdopodobnie na początku 1916 r., nie może budzić wątpliwości, że przy wykonywaniu bałwana można było wykorzystać ironię o wiele bardziej niż w przypadku innych form plastycznych. Gdyby coś takiego pojawiło się jako rysunek lub karykatura w niemieckich gazetach wykonane przez niemieckiego artystę, to… No właśnie, taki rysunek by się nie pojawił, lecz mógłby mieć miejsce dopiero wtedy, gdy rysy postaci mniej przypominałyby Wilhelma II i Paula Hindenburga, a bardziej dowódców i władców wrogich państw. Tymczasem niemiecka Trzecia Armia pozwoliła sobie na wykonanie takiego bałwana, który jednoznacznie ma prześmiewczy charakter. Bałwan jest więc podwójnie ironiczny i nie może być brany na poważnie. Z jednej strony przez to, co przedstawia i swoistą umowność wizualną: węgiel jako guziki i oczka, czerń węgla, by zaznaczyć jakieś rysy, ale z drugiej, jakże istotniejszej, strony także przez to, że jest epizodyczny. Jest efemerydą, żartobliwą konwencją, swoistą jednoczesną trwałością i nietrwałością zakodowaną w materiale, z jakiego jest wykonany. Niczym zabawka, którą nie żal porzucić nie dlatego, że się znudziła czy zepsuła, ale dlatego, że nigdy za wartościową zabawkę nie była uważana.

Łatwo zatem zapytać, jak traktować bałwana. Znany podział Jacquesa Lacana na “ja” i “obcego” (Innego) przeanalizowano już chyba w przypadku prawie każdego aspektu ludzkiego życia oraz twórczości. Osobiście dość pobieżnie szukałem czegoś na ten temat, właśnie w przypadku bałwana, ale nie znalazłem niestety. Czyżby bałwan nie był intrygującym aspektem ludzkiego życia? Sam nie będę się zbytnio w filozofię wywodzącą się z nurtu psychoanalizy zagłębiać (bo i nie czuję się w niej zbyt pewnie), ale skoro bałwan towarzyszy ludzkości co najmniej od średniowiecza – najstarszy zachowany pochodzi z 1380 r. i umieszczono go na marginesie “Księgi Godzinek” z Koninklijke Bibliotheek w Hadze (ilustracja poniżej) – to czemu, tak mało o nim wiadomo. Czy poza tradycją jest coś, co w jakiś nieuświadomiony sposób motywuje człowieka, by gdy tylko spadnie zimą z nieba odpowiednia ilość śnieżnobiałego puchu, zabrać się za lepienie przypominających istotę ludzką figur?

bałwan z godzinek (1380)

Smutny bałwanek w Hadze topi się nad płonącym kociołkiem. Nie brzmi to jak porządny ikonograficzny opis ilustracji, ale taki jest charakter tej ilustracji. Płomienie powoli wdają się na ciało bałwana – pośladki są już sczerniałe, ogień trawi partię nieposiadanych przez niego ramion. Można mieć wątpliwości, czy rzeczywiście postać na ilustracji to bałwan, ale od razu widać dominację jednego żywiołu nad drugim. Żywiołu, który poprzez swoją obecność zaburza jednolitość konsystencji tożsamości postaci – jej spójność, samookreślanie się. Gdyby wczuć się w to, co ów bałwan miałby czuć, to zapewne byłby to lęk przed mocą sił przyrody, żywiołem całkowicie przeciwstawnym wodzie i lodowi, który powoduje, że jego ciało powoli przekształca się w zupełnie inny stan skupienia. Być może taka jest przyczyna tego, że zimą ludzie wychodzą poza mieszkania i domy i ze śniegu lepią figurę. W ten sposób niejako oswajają się ze zmianą pogody. Niegdyś nastanie zimy, zwłaszcza ostrej, wiązało się z głodem, trudem i – jak sprawdzałem do jednej z prac seminaryjnych podczas studiów – analizując prawie czterysta lat pewnego zachodniopomorskiego rodu również trzykrotnie większą śmiertelnością dzieci. To nie była przyjazna pora roku jak dziś, gdy można ponarzekać na 20-minutowe spóźnienia autobusów, ale o czym nie trzeba nikogo przekonywać, to to, że ze śniegu da się stworzyć naprawdę cudeńka. A ludzka potrzeba personifikacji świata (albo chociaż animizacji) może mieć swój wyraz w utworzeniu owego “śniegowego ludzika”.

Daleko mi do zrozumienia arkanów filozofii Lacana (a Zizka po prostu nie trawię), ale przyjrzyjmy się tym, czy bałwan jest “swój” czy “obcy”. Agata Tymczyszyn skracając najważniejsze tezy francuskiego filozofa stwierdziła, że “podmiot często, wbrew własnym deklaracjom i założeniom, podporządkowuje się mu [Innemu] i rozpoznaje w nim swoje pragnienie i horyzont znaczenia. Inny jest asubstancjalnym punktem odniesienia dla życia jednostki, źródłem, z którego wypływa mowa, choć może wypełnić się pewnym wyobrażeniem, fantazmatem, najczęściej w postaci ideologicznej lub religijnej. (…) Zwykle jednak mandat ten nie jest do końca kompletny i zrozumiały, zawsze istnieje w nim jakaś anonimowa cząstka niewiedzy i właśnie ta niewielka cząstka ma na podmiot najsilniejszy wpływ” (Agata Tymczyszyn, Jacques Lacan. Pragnienie Innego, “Psychoterapia”, nr 3 (150)/2009, s. 11). Jest w tym sporo racji, ale przede wszystkim różnica między “ja” a “nie-ja” przejawia się w tym, że “nie-ja” nie tylko konstytuuje to jak samego siebie postrzegamy (jak i swoje własne cielesne i niematerialne granice), ale także stanowi swoiste zagrożenie. “Nie-ja” jest tym, co należy w jakiś sposób obłaskawić, chociażby zrozumieć, by nie było “obce”, lecz zostało włączone w naszą przestrzeń życia. Wyobrażenie Innego jest więc swoistym konstruktem idealnym, jest tym, co człowiekowi daje się dostrzegać jako przekraczające jego granice. Gdzie zatem umiejscowić bałwana? Kreowanie zwykle jakiejś formy jest tworzeniem, a więc tym, co całkowicie pozostaje w gestii człowieka. Twór przez przez to, że jest jedynie produktem, ma więc rolę podrzędną, choć nie raz potrafi być przedmiotem kontemplacji, fenomenem, który nie daje się uchwycić słowami (jak choćby najbardziej nietypowe dzieła sztuki). Mimo, że przekracza pewną granicę – sięgając zdaniem niektórych badaczy aż Absolutu! – jest wykształcony z materii i choć może żyć “własnym życiem” w oderwaniu od swojego twórcy, to jednak od razu widać, że ma on niższe znaczenie niż istota ludzka lub zwierzęca.

Słusznie zatem niektórzy badacze (by wymienić George’a Batesona) zwracają uwagę, że to świadomość jest ową różnicą, która pozwala organizować informacje. Echa cybernetyki i biologii pobrzmiewają nie tylko u tego badacza (jak zrecenzował myśl amerykańskiego naukowca Adam Skibiński: “Zdolność autonomicznego tworzenia informacji jako różnicy, która czerpie różnicę, to definicyjna właściwość organizmów żywych. (…) Książka, zapisana kartka czy ekran komputera nigdy nie zawiera w sobie informacji. Informacja, którą może zawierać, jest naszą informacją, przez nas tworzoną, dla nas wyłącznie dostępną i zrozumiałą”; za: Adam Skibiński, Gregory Bateson i kontekstowa teoria komunikacji, w: Emanuel Kulczycki, Michał Wendland (red.), Komunikologia: teoria i praktyka komunikacji, Poznań 2012, s. 74). Jeśli zatem przyjąć taki podział, to bałwan jest nieożywionym tworem, którego “krótkie trwanie” jest niejako wpisane już w sam proces tworzenia. Jest przewidywalny (bo się roztopi, gdy tylko temperatura się nieco podniesienie), nie jest zagrożeniem (bo w każdej chwili można zaburzyć aż do ostateczności jego tożsamość), a zarazem jest symbolem konkretnych warunków, w których bytuje “ja”. Użycie śniegu, stworzenie istoty o zarysach człowieka, umowność przedstawienia – to wszystko powoduje, że bałwana nie sposób traktować jako rzeźby w typie Canovy czy lipowych Piet. Bałwan jest sam z siebie umowny, ze swej natury niedoskonały, podrzędny (skoro stać musi zziębiony na dworze z miotła i garnkiem na głowie), jest wręcz zimową formą chochoła czy stracha na wróble. I dlatego jest tak bardzo “swój”, a jego tworzenie związane jest z radością, zwykle tych najmłodszych. Bo jest dodatkiem, ale takim, który przez swoją obecność pozwala poczuć kontrolę nad trudnymi warunkami pogodowymi – jest symbolem przemijania pór roku, bo z czasem – choćby nie wiadomo, jak ciężkie te warunki były – jego obecność przekształci się w stopniowo rosnącą kałużę.

Z drugiej strony tę “słabość” bałwana wielokrotnie wykorzystywano w sztuce i to nie tylko, by pokazać zimowe zabawy dzieciaków. Zamieszczone poniżej dwie ryciny Christiana Gottfrieda Heinricha Geisslera z ok. 1820 r. (które oglądać można w zbiorach Stadtgeschichtliches Museum w Lipsku) pokazują, że czasem może stać się on wręcz przedmiotem naigrywania niczym kukły podczas karnawałów czy różnorodnych ludowych imprez. A może wytłumaczenie jest inne i Czytelnikom rysy twarzy postaci też przypominają Napoleona I Bonaparte?

geissler - bałwany 1820

niedziela, 25 grudnia 2011

Św. Mikołaj jako wytwór propagandy wojny secesyjnej

Tym razem krótki pościk o tym, że jeden z moich tekstów wylądował na Histmagu (link) pod adresem: http://histmag.org/?id=6221 ("Święty Mikołaj na amerykańskim froncie").
O tym, jak św. Mikołaj stał się patriotycznym przedstawieniem zamiast dostojnego biskupa wspierającego uciśnionych i biednych, postanowiłem skrobnąć kilka słów. A wszystko to zasługa niemieckiej tradycji Rycerza Ruprechta, który przetworzony został przez Thomasa Nasta w trakcie wojny secesyjnej, a potem uzyskał jeszcze bardziej familiarny wygląd w trakcie I wojny światowej (vide poniżej: pierwsze przedstawienie św. Mikołaja z "Harper's Weekly" 3 stycznia 1863 r.).
Tak więc zapraszam do czytania, zwłaszcza że z okazji Świąt Histmag tradycyjnie podrzucił trochę artykułów na ten temat, jak choćby fragmenty z gazet na temat spędzania Bożego Narodzenia w mroźnej Warszawie w 1980 r.

poniedziałek, 3 października 2011

Magiczna moc kołtuna

O plica polonica napisano już chyba w polskich książkach i czasopismach wszystko. Kołtun polski, bo tak należałoby tłumaczyć tę po łacinie brzmiącą chorobę, w czasach nowożytnych i w XIX w. uznawany był za zjawisko występujące właściwie wyłącznie na terenie Rzeczypospolitej. A że napisano już wszystko, toteż nie pozostaje mi nic innego jak udowodnić, że wbrew pozorom to groźne (powodujące ponoć niekiedy nawet śmierć) choróbsko ma swoje ciekawe przedstawienia w sztuce tego czasu. Skoczmy zatem ku czasom nam najnowszym i przetaczającej się na ziemiach polskich słabiej niż w Europie zachodniej i środkowej (ale jednak) rewolucji 1848 r. Przyjrzyjmy się zatem drukowi ulotnemu z tych czasów, by poznać kołtuna od środka...
Czas na ilustrację, której jak dotąd nie widziałem w polskich książkach poświęconych kołtunowi (to na marginesie tego, że wszystko już na ten temat w Polsce o kołtunie napisano). Rycina ta miała przedstawiać położenie wojsk pruskich na ich wschodniej granicy, ilustrując zarazem uzbrojenie buntujących się chłopów. Naszą uwagę przykuć powinny jednak nie ostre jak brzytwy kosy, lecz kobieta w centrum, której kołtun rozczesywany jest przez jednego z wojaków. To bowiem ten element wyglądu stał się przez wiele stuleci symbolem braku higieny polskiej ludności, chorującej przez to na różnorodne psychiczne przypadłości. Ale najlepiej będzie oddać głos piszącemu wówczas lekarzowi dla Akademii Umiejętności w Krakowie:
"Kołtun powstaje najpospoliciej ze zmartwienia i niepomyślności i niemal każdy człowiek go ma, lecz niekażdemu kołtun sprawia dolegliwości. Niemało też mają się przyczyniać do jego rozpowszechnienia żydzi po karczmach, podając wódkę, po wymoczeniu w niej kołtun; kto bowiem takiej wódki wypije, dostaje kołtuna i zarazem staje się pijakiem. Odróżniają "kałtun kaściawyj" w kościach przebywający, "k. mużczyńskij" zwijający się w kształcie kosmyków ("kóski")(sic) i "k. żanockij" w kształcie czapki. Objawy kołtuna, a mianowicie bóle najrozmaitsze a szczególnie w głowie i kościach, rany, guzy, przykurczenia etc. występują zwykle tylko wtedy, gdy kołtun zostanie w ten lub inny sposób podrażniony. Skoro się więc rozpozna kołtun, unikać przedewszystkim należy wszystkiego, czego kołtun nie znosi, lub co go podrażnić może, a więc np. wystrzegać się powinno w pokarmach grochu oraz bobu, którego kołtun nie lubi, nie wolno go obcinać, szczególnie, gdy się zacznie zwijać, i owszem należy mu w tem pomódz, a więc nie czesać się, nie myć głowy etc. gdyż równocześnie ze zwinięciem się wszystkie dolegliwości słabną."
No to super, mieć na głowie chorobę, która tak właściwie to nie pozwala nic ze sobą zrobić, a jedyne co można zrobić to pozwolić jej się rozwijać aż włosy same odpadną ;/ I to jeszcze ponoć wina Żydów, którzy specjalnie zatruwają wódkę. Aż trudno uwierzyć, że coś takiego było jednym z głównych aspektów rozpraw poza granicami elekcyjnej Rzeczypospolitej na temat jej ludności. W rzeczywistości sytuacja była jeszcze bardziej tragiczna, dla tych dotkniętych wspomnianym choróbskiem. Jak wiadomo, w czasach nowożytnych o higienę nie dbano specjalnie, a tendencja w tym kierunku zmieniła się wraz z epidemią dżumy w XIV w., gdy pojawiła się teza, że naturalna warstwa brudu na człowieku nie pozwala przedostać się do organizmu różnym zarazom. Jeśli więc kto kąpał się co kilka miesięcy (jak choćby królowa Elżbieta I), momentalnie uznawany był za "czyściocha" i budził tym zainteresowanie. Łatwo więc sobie wyobrazić, że gdy raz na głowie zalęgły się wszy czy jakieś inne przewlekłe grzybice i zapalenia skóry, to tylko peruka mogła ratować sytuację. Dodajmy w pakiecie syfilis - powszechny wśród wyższych sfer - i mamy mniej więcej wizję typowego arystokraty w XVII i XVIII w. Zaś wioskowe kumy skazywano potem na ogniste tortury za to, że ponoć powodowały swoimi czarami kołtuna u szlachcianek...
Przedstawiony obok rysunek oparty jest na sztychu z XVIII w., znajdującym się w jednej z książek Biblioteki Narodowej. To bodaj najbardziej znane (a na pewno najczęściej reprodukowane przedstawienie kołtuna w sztuce). Skoncentrujmy się jednak na tym, jak wielkim zagrożeniem dla zdrowia musiało być posiadanie czegoś takiego już nie tylko na głowie, ale i na całym organizmie.   Pierwotnie nie wiedziano, skąd owa plica polonica się bierze. Jeszcze w 1789 r. poradnik medyczny pisał, że kołtuny rodzić mogą się przede wszystkim z czarów, a także stanowić chorobę dziedziczną. Mnie osobiście najbardziej jednak zaciekawiły sformułowania, że "są też niektóre wody takie (...), z których picia kołtuny na głowach wyrastają". Tematem zajęli się natomiast lekarze pruscy, gdzie poziom higieny osobistej był wyższy niż w Polsce (przynajmniej według obecnych standardów). Przykładem może być wydana na początku XVIII w. we Frankfurcie nad Odrą księga medyczna pt. "Plicaelogia" cała poświęcona nauce o kołtunie - notabene autor Franz Gottlieb Boehm spędził kilka lat w Poznaniu badając zjawisko na żywych organizmach. Kilkadziesiąt lat później z problemem tym zmierzył się także pewien inny śląski medyk, który podszedł do problemu socjologicznie: "[choroba] Szerzy się zwłaszcza wśród Żydów i pospólstwa, gdyż tym ludziom trudniej uchronić się przed zarażeniem. Bardzo rzuca się ta zaraza na nogi i palce u nóg, powodując zgrubienie i chropowatość. Cierpienia tej choroby zwiększa niesłychana ilość wszy, które zwykły się trzymać osób zarażonych, a których w żadne sposób nie można się pozbyć". Dalsze porady i opis zjawiska przyprawić mogą o palpitację serca: "Jeśli się zaniecha obcinania i nastąpi ponownie zarażenie, to drugi i trzeci kryzys może się przenieść w gęstwę włosów oddalonych już od głowy albo nawet poza głowę, na włosy istniejące na ciele. W ten sposób niektóre osoby mają kołtun długi na wiele łokci i muszą go nosić wszędzie ze sobą w czymś w rodzaju worka, ponieważ wielu wierzy w przesąd, że obcięcie kołtuna jest wyjątkowo szkodliwe".
Co ciekawe dopiero w XIX w. zauważono, że choroba ta dotyczy nie tylko ludzi, ale także zwierząt. I tak niejaki Jan Oczapowski, autor poczytnego poradnika "Praktyczny wykład chorób kołtunowych" napisał, że kołtuny występują także u koni. Co więcej, we wschodniej Europie uważano, że takie konie - bardziej żywiołowe i narowiste z oczywistych względów - mają większą siłę od pozostałych, bo wcielają się w nie złe duchy. Aż boję się myśleć, jakież to wszy i inne paskudztwa przejść mogły z końskiej grzywy na owłosienie partii wokół siodła... Inni autorzy byli równie kreatywni - pisali np. o kołtunach u świń, a nawet kołtunowych gołębiach. Tak a propos, to o tekście J. Oczapowskiego ówczesny "Rocznik Wydziału Lekarskiego UJ" pisał, że jego praca odznacza się "duchem prawdziwie badawczym, dalekim od czczej spekulacji, jak od prostego empiryzmu" (tu mi się włos na głowie jeży...).
Skupmy się jednak na tym, jak radzić sobie z tym czymś, co zwykle miało w sobie rozliczne elementy smoły, odpadków, nagromadzonego naskórka i oblepione było gigantycznymi ilościami łoju i tłuszczu. Ba, niektórzy medycy pisali nawet, że tym wszystkim "poruszały" lęgnące się w środku wszy. Jak widać, lubująca się wolności Sarmacja nie bardzo radziła sobie z tym problemem. Medycyna ludowa wytworzyła więc kilka środków leczniczych. Pierwszy to oczywiście z kołtunem nic nie robić, póki nie obeschnie i wtedy go ściąć. Nadto przydatne ponoć było spanie na chomącie zamiast poduszki, mycie głowy mlekiem oraz jedzenie ugotowanego mięsa jeża (sic! - jak to miało pomóc nie mam pojęcia, ale jeśli już, to lepiej jeść ugotowane zwierzątko niż surowe). Kiedy już jednak poczynimy starania i obetniemy kołtuna, to by się nim nie zarazić, najlepiej go zakopać w ziemi lub w mrowisku, spalić albo wrzucić do bieżącej wody.
Tym, co nadal wierzyli w magiczny charakter kołtuna, nie pozostawało już nic innego, jak pozbyć się uroku. "Cioty" (jak wówczas zwano powszechnie czarownice) miały zdaniem Oskara Kolberga miały skazywać ludzi na kołtuniarskie męczarnie, zaklinając progi domów, skraje miedz czy bezpośrednio konkretne osoby. Znany etnograf podał nawet jakimi słowami ("Bodaj cię kołtun skręcił"), ale i na to znalazł poradę. Okazuje się bowiem, że w walce z kołtunem można było liczyć na pomoc św. Benona z Miśni (to ten od atrybutu z rybą z kluczem w pyszczku) i przywołać do niego skróconą modlitwę: "Święty Benonie, idź precz kołtunie!" Czy działało, tego dostępne mi publikacje nie podają...

PS. Odnośnie kołtuna w sztuce, warto sięgnąć do świetnej książki jednej z najbardziej podziwianych przeze mnie polskich pań doktor z historii sztuki, tj. "Wiecznej prośby i dziękczynienia" Jowity Jagli z 2009 r. Książka jest ogólnie o przedstawieniach wotywnych i m.in. kołtun też tam się łapie odnośnie relacji między medycyną a sztuką. A co bodaj najciekawsze, nie wiedzieć czemu ta książka sprzedawana jest w jednej z poznańskich księgarni mocno poniżej kosztów wydania. Spisek czy też po prostu ludzie nie czytają dobrej literatury naukowej?