poniedziałek, 3 października 2011

Magiczna moc kołtuna

O plica polonica napisano już chyba w polskich książkach i czasopismach wszystko. Kołtun polski, bo tak należałoby tłumaczyć tę po łacinie brzmiącą chorobę, w czasach nowożytnych i w XIX w. uznawany był za zjawisko występujące właściwie wyłącznie na terenie Rzeczypospolitej. A że napisano już wszystko, toteż nie pozostaje mi nic innego jak udowodnić, że wbrew pozorom to groźne (powodujące ponoć niekiedy nawet śmierć) choróbsko ma swoje ciekawe przedstawienia w sztuce tego czasu. Skoczmy zatem ku czasom nam najnowszym i przetaczającej się na ziemiach polskich słabiej niż w Europie zachodniej i środkowej (ale jednak) rewolucji 1848 r. Przyjrzyjmy się zatem drukowi ulotnemu z tych czasów, by poznać kołtuna od środka...
Czas na ilustrację, której jak dotąd nie widziałem w polskich książkach poświęconych kołtunowi (to na marginesie tego, że wszystko już na ten temat w Polsce o kołtunie napisano). Rycina ta miała przedstawiać położenie wojsk pruskich na ich wschodniej granicy, ilustrując zarazem uzbrojenie buntujących się chłopów. Naszą uwagę przykuć powinny jednak nie ostre jak brzytwy kosy, lecz kobieta w centrum, której kołtun rozczesywany jest przez jednego z wojaków. To bowiem ten element wyglądu stał się przez wiele stuleci symbolem braku higieny polskiej ludności, chorującej przez to na różnorodne psychiczne przypadłości. Ale najlepiej będzie oddać głos piszącemu wówczas lekarzowi dla Akademii Umiejętności w Krakowie:
"Kołtun powstaje najpospoliciej ze zmartwienia i niepomyślności i niemal każdy człowiek go ma, lecz niekażdemu kołtun sprawia dolegliwości. Niemało też mają się przyczyniać do jego rozpowszechnienia żydzi po karczmach, podając wódkę, po wymoczeniu w niej kołtun; kto bowiem takiej wódki wypije, dostaje kołtuna i zarazem staje się pijakiem. Odróżniają "kałtun kaściawyj" w kościach przebywający, "k. mużczyńskij" zwijający się w kształcie kosmyków ("kóski")(sic) i "k. żanockij" w kształcie czapki. Objawy kołtuna, a mianowicie bóle najrozmaitsze a szczególnie w głowie i kościach, rany, guzy, przykurczenia etc. występują zwykle tylko wtedy, gdy kołtun zostanie w ten lub inny sposób podrażniony. Skoro się więc rozpozna kołtun, unikać przedewszystkim należy wszystkiego, czego kołtun nie znosi, lub co go podrażnić może, a więc np. wystrzegać się powinno w pokarmach grochu oraz bobu, którego kołtun nie lubi, nie wolno go obcinać, szczególnie, gdy się zacznie zwijać, i owszem należy mu w tem pomódz, a więc nie czesać się, nie myć głowy etc. gdyż równocześnie ze zwinięciem się wszystkie dolegliwości słabną."
No to super, mieć na głowie chorobę, która tak właściwie to nie pozwala nic ze sobą zrobić, a jedyne co można zrobić to pozwolić jej się rozwijać aż włosy same odpadną ;/ I to jeszcze ponoć wina Żydów, którzy specjalnie zatruwają wódkę. Aż trudno uwierzyć, że coś takiego było jednym z głównych aspektów rozpraw poza granicami elekcyjnej Rzeczypospolitej na temat jej ludności. W rzeczywistości sytuacja była jeszcze bardziej tragiczna, dla tych dotkniętych wspomnianym choróbskiem. Jak wiadomo, w czasach nowożytnych o higienę nie dbano specjalnie, a tendencja w tym kierunku zmieniła się wraz z epidemią dżumy w XIV w., gdy pojawiła się teza, że naturalna warstwa brudu na człowieku nie pozwala przedostać się do organizmu różnym zarazom. Jeśli więc kto kąpał się co kilka miesięcy (jak choćby królowa Elżbieta I), momentalnie uznawany był za "czyściocha" i budził tym zainteresowanie. Łatwo więc sobie wyobrazić, że gdy raz na głowie zalęgły się wszy czy jakieś inne przewlekłe grzybice i zapalenia skóry, to tylko peruka mogła ratować sytuację. Dodajmy w pakiecie syfilis - powszechny wśród wyższych sfer - i mamy mniej więcej wizję typowego arystokraty w XVII i XVIII w. Zaś wioskowe kumy skazywano potem na ogniste tortury za to, że ponoć powodowały swoimi czarami kołtuna u szlachcianek...
Przedstawiony obok rysunek oparty jest na sztychu z XVIII w., znajdującym się w jednej z książek Biblioteki Narodowej. To bodaj najbardziej znane (a na pewno najczęściej reprodukowane przedstawienie kołtuna w sztuce). Skoncentrujmy się jednak na tym, jak wielkim zagrożeniem dla zdrowia musiało być posiadanie czegoś takiego już nie tylko na głowie, ale i na całym organizmie.   Pierwotnie nie wiedziano, skąd owa plica polonica się bierze. Jeszcze w 1789 r. poradnik medyczny pisał, że kołtuny rodzić mogą się przede wszystkim z czarów, a także stanowić chorobę dziedziczną. Mnie osobiście najbardziej jednak zaciekawiły sformułowania, że "są też niektóre wody takie (...), z których picia kołtuny na głowach wyrastają". Tematem zajęli się natomiast lekarze pruscy, gdzie poziom higieny osobistej był wyższy niż w Polsce (przynajmniej według obecnych standardów). Przykładem może być wydana na początku XVIII w. we Frankfurcie nad Odrą księga medyczna pt. "Plicaelogia" cała poświęcona nauce o kołtunie - notabene autor Franz Gottlieb Boehm spędził kilka lat w Poznaniu badając zjawisko na żywych organizmach. Kilkadziesiąt lat później z problemem tym zmierzył się także pewien inny śląski medyk, który podszedł do problemu socjologicznie: "[choroba] Szerzy się zwłaszcza wśród Żydów i pospólstwa, gdyż tym ludziom trudniej uchronić się przed zarażeniem. Bardzo rzuca się ta zaraza na nogi i palce u nóg, powodując zgrubienie i chropowatość. Cierpienia tej choroby zwiększa niesłychana ilość wszy, które zwykły się trzymać osób zarażonych, a których w żadne sposób nie można się pozbyć". Dalsze porady i opis zjawiska przyprawić mogą o palpitację serca: "Jeśli się zaniecha obcinania i nastąpi ponownie zarażenie, to drugi i trzeci kryzys może się przenieść w gęstwę włosów oddalonych już od głowy albo nawet poza głowę, na włosy istniejące na ciele. W ten sposób niektóre osoby mają kołtun długi na wiele łokci i muszą go nosić wszędzie ze sobą w czymś w rodzaju worka, ponieważ wielu wierzy w przesąd, że obcięcie kołtuna jest wyjątkowo szkodliwe".
Co ciekawe dopiero w XIX w. zauważono, że choroba ta dotyczy nie tylko ludzi, ale także zwierząt. I tak niejaki Jan Oczapowski, autor poczytnego poradnika "Praktyczny wykład chorób kołtunowych" napisał, że kołtuny występują także u koni. Co więcej, we wschodniej Europie uważano, że takie konie - bardziej żywiołowe i narowiste z oczywistych względów - mają większą siłę od pozostałych, bo wcielają się w nie złe duchy. Aż boję się myśleć, jakież to wszy i inne paskudztwa przejść mogły z końskiej grzywy na owłosienie partii wokół siodła... Inni autorzy byli równie kreatywni - pisali np. o kołtunach u świń, a nawet kołtunowych gołębiach. Tak a propos, to o tekście J. Oczapowskiego ówczesny "Rocznik Wydziału Lekarskiego UJ" pisał, że jego praca odznacza się "duchem prawdziwie badawczym, dalekim od czczej spekulacji, jak od prostego empiryzmu" (tu mi się włos na głowie jeży...).
Skupmy się jednak na tym, jak radzić sobie z tym czymś, co zwykle miało w sobie rozliczne elementy smoły, odpadków, nagromadzonego naskórka i oblepione było gigantycznymi ilościami łoju i tłuszczu. Ba, niektórzy medycy pisali nawet, że tym wszystkim "poruszały" lęgnące się w środku wszy. Jak widać, lubująca się wolności Sarmacja nie bardzo radziła sobie z tym problemem. Medycyna ludowa wytworzyła więc kilka środków leczniczych. Pierwszy to oczywiście z kołtunem nic nie robić, póki nie obeschnie i wtedy go ściąć. Nadto przydatne ponoć było spanie na chomącie zamiast poduszki, mycie głowy mlekiem oraz jedzenie ugotowanego mięsa jeża (sic! - jak to miało pomóc nie mam pojęcia, ale jeśli już, to lepiej jeść ugotowane zwierzątko niż surowe). Kiedy już jednak poczynimy starania i obetniemy kołtuna, to by się nim nie zarazić, najlepiej go zakopać w ziemi lub w mrowisku, spalić albo wrzucić do bieżącej wody.
Tym, co nadal wierzyli w magiczny charakter kołtuna, nie pozostawało już nic innego, jak pozbyć się uroku. "Cioty" (jak wówczas zwano powszechnie czarownice) miały zdaniem Oskara Kolberga miały skazywać ludzi na kołtuniarskie męczarnie, zaklinając progi domów, skraje miedz czy bezpośrednio konkretne osoby. Znany etnograf podał nawet jakimi słowami ("Bodaj cię kołtun skręcił"), ale i na to znalazł poradę. Okazuje się bowiem, że w walce z kołtunem można było liczyć na pomoc św. Benona z Miśni (to ten od atrybutu z rybą z kluczem w pyszczku) i przywołać do niego skróconą modlitwę: "Święty Benonie, idź precz kołtunie!" Czy działało, tego dostępne mi publikacje nie podają...

PS. Odnośnie kołtuna w sztuce, warto sięgnąć do świetnej książki jednej z najbardziej podziwianych przeze mnie polskich pań doktor z historii sztuki, tj. "Wiecznej prośby i dziękczynienia" Jowity Jagli z 2009 r. Książka jest ogólnie o przedstawieniach wotywnych i m.in. kołtun też tam się łapie odnośnie relacji między medycyną a sztuką. A co bodaj najciekawsze, nie wiedzieć czemu ta książka sprzedawana jest w jednej z poznańskich księgarni mocno poniżej kosztów wydania. Spisek czy też po prostu ludzie nie czytają dobrej literatury naukowej?