niedziela, 23 października 2011

Tryktrak i mandolina - diabelskie rozrywki

Purytański XVII wiek starał się w wielu przypadkach ograniczyć to, co ponoć odciągało ludzi od Boga. Osobiście jednak uważam, że ustawą wprowadzoną w 1656 r. w Nowej Holandii (kolonii niderlandzkiej u brzegu Rzeki Hudson) przekroczono wszelkie granice. Ówcześnie panujące tam władze postanowiły zakazać nie tylko jakiejkolwiek pracy w szabat, ale także wszelkich rozrywek. Gubernator uznał, że nawiedzanie tawern i miejsc tanecznych, gra w piłkę, kart, tryktraka, tenisa, krykieta, lub kręgle, wycieczki odbywane łodzią lub bryczką, mające miejsce przed, pomiędzy lub w trakcie nabożeństw, winny być zakazane. Analogicznie uczyniono w angielskiej Filadelfii, gdzie np. w  1712 r. aresztowano golibrodę, który strzygł klientów w sobotę. My jednak skupmy się na wspomnianej grze, która nie raz pojawiała się przede wszystkim w obrazach holenderskich malarzy, lubujących się w pokazywaniu nie zawsze pozytywnie odbieranych rozrywek.
Jan Steen namalował "Kłótnię przy kartach", ukazującą karczemną awanturę, jaka pojawić się mogła podczas tej karczemnej rozrywki. Na pierwszym planie jawi się nam jednak plansza do tryktraka, sugerująca że nie tylko karty i alkohol mogły być podstawą sporu. Przy tego rodzaju rozrywkach bowiem dość często dochodziło do oszustw związanych z grami na pieniądze, a nazwiska najlepszych oszustów przetrwały do naszych czasów. Przykładowo w czasach ostatnich Tudorów i dynastii orańskiej działali tacy spece od nieuczciwej rozgrywki jak niejaki hrabia Konigsmarck, St Evrement i noszący szlacheckie nazwiska Beau Fielding i pułkownik Macartney. Theophilus Lucas w 1714 r. pisał, że niejaki pułkownik Panton był swoistym "artystą" w takich grach w karty jak gra w honory, wist czy zapomnianą już grę "L'Ombre" (cień). Z gier planszowych autor wymienia m.in. wiązanego obecnie przede wszystkim z Wyspami Brytyjskimi backgammona, a także tick-tacka i tryktraka. Ów pułkownik był jednak utalentowany nie tylko w tych grach niewymagających wzmożonego wysiłku fizycznego, ale także tych, przy których mięśnie muszą pracować w większym stopniu (tak chodzi mi o tak męczące sporty jak bilard i szachy). Jak dalej podaje ten kronikarz tajników sekretnych zagrań, Pantonowi wiodło się na tyle dobrze, że był w stanie wykupić zabudowania przy całej kamienicy, która dzięki temu nosiła nazwę Panton Street. Nieco więcej o grach popularnych w tym czasie w Anglii podają nam kolejne edycje "Gamestera", który wydawany był aż do 1721 roku. O trick tracku napisano tam, że gra wywodzi się z Holandii, gdzie ponoć grały w nią nawet dzieciaki.
Przyglądając się pracom holenderskich artystów natknąć się można wielokrotnie na przedstawienia graczy, i to zarówno postaci młodych, jak i już bardziej zaawansowanych wiekowo. Przykładowo na obrazie "Wesołej kompanii" Gerarda von Honthorsta z 1623 r., znajdującym się w Monachium, czy u Judith Leyster w "Graczach w tryktraka", malowidle powstałym ok. 1630 r. ukazano nie tylko typowe dla takich scen wnętrze, w którym odbywały się huczne zabawy, ale także formę rozrywki, którą pojmowano jako w pewnym stopniu niegodną porządnego chrześcijanina. O niektórych grach mówiono wtedy w dominiach "diabelskie karty", zaś bardziej szanowanymi sportami był kolf (coś zbliżonego do golfa na lodzie), kręgle oraz jedyna królewska rozrywka wśród karcianych - brydż kontraktowy. Tego rodzaju zabawy, jak wspomniałem na początku, mniej popularne, a wręcz mocniej krytykowane były po drugiej stronie oceanu. W jednej z takich miejscowości, Beverwijck, położonej prawie przy granicy z koloniami brytyjskimi (obecnie są to przedmieścia Albany), całe społeczeństwo świętowało Ostatki, zwyczajowo przebierając się za różne postaci, ubierając maski i bawiąc się w grę o nazwie "ciągnięcie gąski". Tego rodzaju imprezy cieszyły się zwykle dopuszczeniem większej obyczajowej swobody. Stąd też można było dostrzec m.in. mężczyzn w damskich strojach, chociaż i tak bawiono się spokojniej niż w ojczyźnie. W Holandii bowiem taka rozrywka zwykle kończyła się masowym pijaństwem i tańcami, na co raczej nie zwracano uwagi, póki nie naruszano porządku publicznego. W koloniach natomiast archiwa miejscowości podają, że kilku uczestników tych imprez za podobne czyny otrzymało grzywny, których maksymalną wysokość ustalono na 25 funtów.
Problem gry w tryktraka dotyczy nie tylko nowożytności, lecz już kilka wieków postanowiono ograniczyć tę rozrywkę. Niemniej przedstawiony obok obraz Jacoba Ochtervelta pt. "Gracz w tryktraka" z lat 1665-1670 ukazuje z jednej strony tę grę jako akceptowaną formę rozrywki (ale tylko w kuluarach domowych, a nie publicznej karczmie). Przygrywająca na mandolinie ładnie ubrana panna stanowi tutaj podpowiedź, jaki jest cel tej gry. Nie jest nim bynajmniej rozrywka czy rywalizacja pomiędzy graczami, ale jest tu pewien element podrywu, a być może nawet zaczątki gry wstępnej. Analogicznie bowiem rozumieć można słynny obraz Vermeera z lat 1669-1670 "List miłosny", gdzie mandoliniarka otrzymuje od swojej służącej  kartkę napisaną przez wybranka jej serca. Instrument muzyczny jest w tym obrazie prawdopodobnie odwołaniem do ryciny Crispijna de Passe "Amor docet musicam", ilustrowanej wizerunkiem Amora z lutnią. Ukazywanie postaci w XVII w. z mandolinami zamiast lutni jest w 2. poł. XVII w. dość typowe. Wciąż obecne były obrazy z lutniami starożytnymi (jak choćby w "Alegorii słuchu" Jana Breughla starszego z ok. 1615 r., gdzie naga Wenus siedzi na dywanie pełnym najróżniejszych instrumentów - link), stanowiącymi nieodłączne atrybuty Apolla, Orfeusza czy Ariona. Niemniej to mandolina dzięki popularności, jaką wówczas zyskała, zaczęła zastępować lutnię w bardziej swobodnych aranżacjach i kompozycjach. Niektórzy badacze twierdzą nawet, że sama mandolina z racji swoich "kobiecych" kształtów jest wyraźnym nawiązaniem do sfery seksualnej. W ten sposób chociażby próbuje się interpretować "Martwą naturę z instrumentami muzycznymi" de Heema z 1661 r. Martwe przedmioty mają być bowiem w takiej sytuacji swoistą "reprezentacją" życia, które emanować ma z korpusu mandoliny skrzyżowanego z kobzą w tle, której przydaje się bardziej "męski" charakter. Mnie osobiście to nie przekonuje, ale kto wie, co instrumenty ze sobą robią, gdy nie ma kogoś, kto by w nie dmuchał albo (jak mawiają u mnie ludzie na dzielni) "pruł w struny".
Cofnijmy się jeszcze dalej w przeszłość i wróćmy do hazardu, z którym próbowano w średniowieczu walczyć drakońskim ustawodawstwem, za czym bynajmniej nie szła jakaś większa skuteczność jego egzekwowania. Nawet słynny "Codex Manesse" - zbiór pieśni niemieckich i bogato ilustrowany manuskrypt z 1. poł. XIV w., przechowywany w bibliotece uniwersyteckiej w Heidelbergu, przedstawia hrabiego Goeli grającego w tryktraka. Jest to o tyle zaskakujące, że w czasie tworzenia tego kodeksu, we Francji akt królewski z 1319 r. zakazywał pod karą grzywny jakiejkolwiek gry w kości, backgammona, tryktraka, bilarda i kręgle. Tym razem jednak uzasadniano to nie względami religijnymi, lecz tym, że takie rozrywki odciągają mężczyzn od wojskowego drylu i związanych z tym obowiązków. Nie ograniczyło to jednak zainteresowania grami, których "planszowe" zestawy z okresu średniowiecza znajdowano znaczne ilości w zamkach, jak i pozostałościach zabudowań miejskich, co wskazywać może na znaczną popularność tych rozrywek. Udało się nawet odkryć trumny, których jeden z boków zamieniony był na planszę do backgammona lub podobnej gry, co interpretuje się dwojako - albo oprócz dedykowanych plansz grano także na zwykłych deskach, albo po prostu grabarze nudzili się i postanowili sobie jakoś urozmaicić pracę.
Skoro Rzymianie mówili, że do szczęścia potrzebują "wina, kobiet i śpiewu", ograniczając to z czasem do "chleba i igrzysk", to wydaje się, że Holendrzy w tym zakresie byli bardziej rozrywkowi. Ich gry i podejście do spędzania wolnego czasu nie odbiegają znacznie od rozrywek innych społeczeństw, to jednak widać, że traktowano wypoczynek bardziej z przymrużeniem oka. Z drugiej jednak strony spotykało się to z oporem nie tylko władzy obawiającej się hazardu czy autorytetów religijnych, ale także tego, że starano się pielęgnować lokalne tradycje i gry. Np. w Wielkiej Brytanii podkreślano, by nie zapominać o grze "irlandzkiej", która dość podobna była do tryktraka. Podobnych gier było więcej, jednak z różnych przyczyn, to backgammon i tryktrak właściwie rozpowszechniły się na całym świecie. Na tyle, że gdy jeden z angielskich podróżników zwiedzał kraje arabskie w XIX wieku pod wrażeniem był tego, jak bardzo popularne są tam te gry i jak wielką rolę pełnią w tych społeczeństwach. Cóż, czyżby prawdą było jak napisał Terencjusz, że "życie ludzkie jest jak gra w kości. Jeśli nam się nie dostała do rąk ta kość, której oczekiwaliśmy, trzeba się starać jak najlepiej wykorzystać tę, która była nam przez los przesądzona".