sobota, 8 października 2011

NASA i sztuka

O tym, że sztuka potrafi być skutecznym medium politycznym nie trzeba nikogo przekonywać, bo przemawiające do mas billboardy wiszą na ulicach zachęcając do wzięcia udziału w jutrzejszych wyborach. Także takie państwo jak USA ma swoich usługach wielu artystów i nie chodzi tu tylko o kulturowy soft-power propagujący amerykański styl życia, ale bardziej skomplikowane zagadnienie jakim jest powiązanie poszczególnych malarzy i muzyków z konkretnymi działaniami promującymi osiągnięcia Stanów Zjednoczonych. Nie inaczej było w latach 60., gdy jednym z najważniejszych "snów" społeczeństwa było prześcignięcie ZSRR w eksploracji kosmosu i zakończenie pierwszego jej etapu lądowaniem człowieka na księżycu, zgodnie z obietnicą J.F. Kennedy'ego. Dlatego też w dzisiejszym poście zajmiemy się tym, jak NASA postanowiła promować swój projekt kosmiczny z udziałem mniej lub bardziej znanych twórców w tym szalonym okresie apogeum "zimnej wojny".
Kto jeszcze tego nie zrobił, niech na chwilę rzuci okiem na posta poświęconego współczesnemu amerykańskiemu artyście Nicoli Verlato, który namalował obraz "Zasada atropiczna" (link). Skojarzenia z przedstawioną obok ilustracją wydają się więcej niż bezpośrednio. Przedstawiony jednak po lewej obraz powstał już w 1984 r. w związku z pierwszym lotem promu "Discovery", który w mijającym roku wreszcie przeszedł na zasłużoną emeryturę. Robert A.M. Stevens stworzył zatem w tym celu owe majestatyczne przedstawienie wzbijającego się ponad przestworza kosmicznego wahadłowca, nadając samej pracy enigmatyczny, ale i poetycki tytuł: "Z nasion zmiany... odkrycie" (w oryginale brzmi to o niebo lepiej - "From the seeds of change... a discovery"). Skoro pozostajemy w terminologii rolniczej, to nie pozostaje mi nic innego niż uznać, że ten obraz to raczej pokłosie tego co działo się w latach 60. Na początku 80. chciano raczej odnowić tę tradycję - pokazać charakter zmiany, ale jednak udowodnić, że badanie kosmosu to nie tylko misje "Apollo", ale także misje o stricte naukowym i gospodarczym charakterze. To takie funkcjonalne (a nie propagandowe czy polityczne) znaczenie próbowano nadać pracom z lat 60., w ten sposób przekonać Amerykanów, że wyrzucanie setek milionów dolarów w kosmiczną próżnię nie jest wyrzucaniem ich w błoto... By to jednak na tyle skomplikowane, że wzorem czasów New Dealu postanowiono powołać specjalny projekt, w ramach którego artyści mieliby przekonywać o znaczeniu kosmicznej rywalizacji dla świata. I tak powstał Choca... tfu, NASA Art Program.
Jak słusznie zauważyła w 1974 r. Mary A. Holman, NASA w przeciwieństwie do wielu innych agencji musiała mierzyć się z zarzutem nadmiernego wydawania pieniędzy. Łatwiej bowiem przekonać ludzi, że dzieciom potrzebna jest szklanka mleka w szkole niż że o pozycji państwa świadczy wysyłanie człowieka w kosmos w urządzeniach działających równie szybko co proste kalkulatory z początków lat 90. Fakt, że NASA zobowiązana była korzystać ze sztuki, nie świadczy żaden akt, ale jak powszechnie wiadomo to obraz jest często lepszym (i bardziej podatnym na manipulację) nośnikiem informacji niż tekst. Zgodnie zaś ze statutem Agencji - celowo cywilnej, by oddzielić ją od Pentagonu - miała ona za zadanie nie tylko zapewnić USA pozycję lidera w zakresie badań nad kosmosem i obecności w niej człowieka, ale także możliwie szeroko o tej eksploracji informować społeczeństwo. Drugi szef Agencji, James Webb, zainteresował się sztuką dopiero po pierwszym wielkim osiągnięciu NASA, jakim było wysłanie Alana Shepparda w marcu 1962 r. w przestrzeń kosmiczną. To wtedy przybył do niego Bruce Stevenson i zaproponował wykonanie portretu astronauty (dla uściślenia, to nie ten Bruce, który jest jednym z bardziej znanych współczesnych amerykańskich muralistów). I chociaż potem nie udało się zrealizować zamierzonego planu, by Stevenson stworzył cykl siedmiu kosmonautów, to jednak związki Agencji ze sztuką były coraz silniejsze. NASA zwróciła się do waszyngtońskiej National Gallery o pomoc w doborze artystów, ta zaś wydelegowała w tym celu swojego kuratora sekcji malarstwa - Herewarda Lestera Cooke'a. Jak każda decyzja polityczna, także i ta spotkała się z krytyką. Twierdzono np. że życiorysy nie wszystkich malarzy są dość patriotyczne, a innym wypominano lewicowe poglądy polityczne, otwarcie nazywając ich "komunistami".
Program artystyczny był jednak kontynuowany, by wreszcie połączyć się z działaniami Wydziału Edukacji Medialnej (to ten, który do dziś emituje NASA TV). Jaki charakter miały prace w tym czasie, dobrze ilustruje przedstawiona obok mozaika Vincenta Cavallaro, który mimo włoskiego pochodzenia otrzymał w 1941 r. oficjalną nagrodę MoMA za najlepszy plakat wojenny. W latach 60. stał się on jednym z głównych piewców programu kosmicznego, a kolejne mozaiki (jak ta z 1965 r.) w awangardowy, ale jednak figuratywny, sposób przedstawiały znaczenie działalności Agencji. Żeby jeszcze wyraźniej zilustrować specyfikę promocji NASA, warto zwrócić uwagę gdzie umieszczono tę mozaikę. W ramach innego programu w tym czasie (Public Art for Public Schools) NASA zleciła V. Cavallaro w 1963 r. zilustrowanie pierwszego siedmiosobowego planu wysyłania ludzi w kosmos. Widoczny wyżej efekt ukończono dwa lata później i wtedy tę mającą 21 stóp mozaikę umiejscowiono w Szkole Publicznej nr 9 na Manhattanie. Dalsze prace instalowano analogicznie. Przykładowo w 1967 r. tenże artysta stworzył brązową rzeźbę, którą także zakupiła NASA i przekazała do szkoły w Brooklynie. Zaś apogeum współpracy twórcy z National Gallery of Art i Agencją było powierzenie mu wykonania pod koniec lat 60. cyklu poświęconego rakiecie "Saturn V", która wynosiła na orbitę statki kosmiczne wykorzystywane w ramach programu "Apollo". Jeśli więc dokładnie się temu przyjrzeć, to rozwiązanie to właściwie niewiele różniło się od propagandowych kampanii z udziałem Jurija Gagarina czy Aleksieja Leonowa.
Zastanawiać może, dlaczego NASA korzystała z prawie takich samych środków co machina "imperium zła", z którym rywalizowała. Wyjaśnić to może jedno ze sformułowań Cooke'a, który w 1964 r. stwierdził, że malarstwo abstrakcyjne nie nadaje się do przedstawiania podboju kosmosu, bo ma wrażenie, "że sama materia jest już wystarczająco abstrakcyjna". Unikając jednak krytyki ze strony polityków przeciwnych Agencji uznał, że w ten sposób możliwe jest większe zbliżenie społeczeństwa do tego czym zajmuje się NASA, ukazanie ludziom specyfiki problemów i ich złożoności. Nie przeszkodziło to jednak zatrudnić wybitnych abstrakcjonistów tego czasu jak Robert Rauschenberg czy Morris Graves. Ten pierwszy stworzył  nawet litografię "Hot Shot", mającą przekonać, że eksploracja kosmosu stanowi przedsionek zmiany duchowej ludzkości, a nie tylko rozwiązanie problemów ekonomicznych czy politycznych. Do dziś więc Agencja chwali się tą pracę na swojej oficjalnej stronie (link). Wtedy jednak największe nadzieje wiązano z osobami o dossier typowego dumnego Amerykanina - Andrew Wyethem, późnym realistą, uznanym wówczas za jednego z najlepszych w USA czy Mitchellem Jamiesonem, autorem grafik, który bardzo przysłużył się państwu w czasie II wojny światowej i koreańskiej.
Oczywiście największa kampania propagandowa towarzyszyła misji "Apollo 11". Obecny podczas startu rakiety Rauschenberg był nawet pod takim wrażeniem, że uznał cały projekt za bodaj jedyną rzecz w tym czasie niezwiązaną z wojną i zniszczeniem. Zdaniem tego artysty cała rakieta przekształciła się w coś w rodzaju czystego lodu, a jedyne co mógł w tym czasie usłyszeć, to rechot żab i dźwięki aligatorów... Nie pozostaje mi nic innego, jak zastanowić się, gdzie w takim razie on stał, skoro osoby oddalone o kilka kilometrów od miejsca startu słyszeli jedynie przeraźliwy huk. W każdym razie efektem tej epokowej misji było stworzenie takich prac jak "Hybrid", "Local Means" i "Sky Garden", które ukazują wymiar startu rakiety w kontekście lokalnej przyrody, latających ptaków i pobliskich drzew. Jak widać w rozpoczynających tego posta pracach R. Stevensa i N. Verlato ten schemat przedstawiania pozostał do dziś jednym z najwyraźniejszych symboli eksploracji kosmosu.
Wydawać, by się mogło, że obecnie program NASA nie ma już takiego znaczenia, a inne media, jak telewizja i internet w wystarczającym stopniu pozwalają na uznanie działalności Agencji jako korzystnej dla całego świata. Mimo to od lat 60. w ten sposób zamówiono ponad 2500 prac, z których wiele oglądać można w oficjalnym muzeum Agencji. Nadal bowiem aktywność artystów w tym zakresie jest istotna - dla NASA prace wykonywała m.in. Sara Larkin i bodaj najsłynniejsza współczesna fotografka Annie Leibovitz, zaś Agencja w 2003 r. zatrudniła nawet na stałe artystę i to nie byle kogo, bo pionierkę muzyki elektronicznej Laurie Anderson (choć niektórzy bardziej ją znają prywatnie jako żonę Lou Reeda). W jakim kierunku działalność Agencji będzie się rozwijać w rozpoczynającym się dziesięcioleciu, skoro pojawiły się plany wzmożenia aktywności kosmicznej, tylko taka kształtująca przyszłość Agencja raczy wiedzieć. Może jednak tym razem będziemy w stanie liczyć na coś bardziej inspirującego niż filmy Michaela Baya... ;)