Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Käthe Kollwitz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Käthe Kollwitz. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 czerwca 2011

Ranking zapomnianych artystów #2 - Willibald Krain

Drugi odcinek nowej serii o zapomnianych artystach poświęcony będzie grafikowi i karykaturzyście, który pojawia się wielokrotnie jako drugorzędna postać niemieckiego ekspresjonizmu, a potem awangardy w pierwszym dziesięcioleciu istnienia Republiki Weimarskiej. Rzadko kiedy jednak w przypadku Willibalda Kraina pisze się o dalszych losach jego działalności artystycznej, zwłaszcza z ostatnich lat przed śmiercią we wrześniu 1945 r. w Dreźnie. A jako że ten blog ma za zadanie wypełniać luki w powszechnej wiedzy na temat sztuki, to trudno było mi pominąć tego rysownika.
Dlaczego W. Krain jest tak istotny? Bynajmniej daleko mu do technicznego czy warsztatowego mistrzostwa, jakie moim zdaniem ucieleśnia Lorenzo Bartolini z pierwszego odcinka serii. Raczej dla Polski istotny jest związek grafika z faszyzmem, jako że w związku z odwróceniem losów wojny po przegranej bitwie pod Kurskiem zobowiązany był stworzyć co najmniej kilkanaście plakatów mających przekonać ludność polską, by opowiedziała się za niemieckim najeźdźcą, a ni bolszewikami. Wiele z tych prac opatrzono podpisami w języku polskim (i te prace prezentuję), choć kilka z nich jest sporządzonych w niemieckiej wersji. A o Krainie i jego późnej działalności zapomniano, jako że wszelkie podobnego typu transmisje treści propagandowych narazić się mogą na zarzut promocji ustrojów totalitarnych, do czego mi niezwykle daleko. Czas więc przedstawić kilka ilustracji, które wieszano na ścianach i słupach ogłoszeniowych polskich miast, a które jak wiadomo na szczęście nie odniosły pożądanego skutku.
Pod koniec 1943 r. powierzono Willibaldowi Krainowi wykonanie wspomnianych prac. Część z nich powstała jeszcze w czasie, gdy III Rzesza miała mniej lub bardziej realne szanse na zwycięstwo w konflikcie (przynajmniej w Europie), ale prezentowana obok praca daje się datować już na 1944 r. Pomysł zastosowany przez grafika wydaje się w pewnym stopniu odbiegać od brutalnej, silnej, wizualnie "ostrej" propagandy, jaka zwykle występuje w plakatach za czasów Goebbelsa. Tym razem mamy do czynienia raczej z powrotem do pomysłów z pierwszej wojny światowej, mniej "totalnymi", ale nadal bardzo perswazyjnymi. Samo powiązanie żołnierza stojącego na czatach z wycelowanym karabinem (a więc gotowość do obrony) w powiązaniu z dokonującym prac polowych rolnikiem wskazuje, jak silny ma być związek między jednym a drugim. Co prawda ten pierwszy jest tylko wizualnym konstruktem, nie występuje w wiejskiej rzeczywistości, tylko jest gdzieś daleko, lecz jego działalność optycznie przenosi się na świat polskiego rolnika. Taki pomysł nie miał w sobie nic nowego, ale fakt, że zastosowano go we wspomnianym okresie wskazuje, jak bardzo zależało Niemcom na pozyskaniu polskiej opinii publicznej i ukazaniu siebie już nie jako brutalnego okupanta, ale bardziej potężnego partnera w walce ze wspólnym wrogiem. I pomyśleć, że jeszcze w 1928 r. Willibald Krain stworzył plakat z ubraną na czerwono postacią alegoryczną w czapce frygijskiej i podpisem: "Głosuj na socjaldemokratów!". Chociaż już wtedy postać ta skreślała czerwonym piórem nazwisko Marksa i kilku niemieckich liderów partii komunistycznej.
Także ten pomysł z gwałtem kobiet i zabijaniem dzieci nie był nowy, gdyż powszechnie stosowany był w pierwszej wojnie światowej. To wówczas zwrócono uwagę na fakt, iż bardzo wiele osiągnąć można demonizując czy odczłowieczając archetyp przedstawiciela narodu stojącego po przeciwnej stronie barykady. Krwawe łapska, głupawy uśmiech i wielki rozmiar wroga w porównaniu z jego ofiarą pozwalały pokazywać na plakatach propagandowych różnorakie bezeceństwa. Jednakże w pierwszej wojnie w wyjątkowych przypadkach pozwalano sobie na taką dosadność, jak obok widoczna. To dopiero dorobek okresu międzywojennego, który trzeba przyznać Willibald Krain bardzo umiejętnie zaadaptował do swoich potrzeb. Skąd więc u niemieckiego rysownika tak dobra znajomość polskich lęków?
Artysta urodził się w 1886 r. we Wrocławiu i już co najmniej od 1901 r. aktywnie działał w różnych czasopismach jako ilustrator i karykaturzysta. Wykształcony w Akademii monachijskiej miał więc zadatki na dobrego malarza, ale w ówczesnych czasach nie było łatwo utrzymać się wyłącznie z tworzenia obrazów na potrzeby rozlicznych instytucji. Podobnie zatem jak wielu innych młodych adeptów Akademii zwrócił się ku ilustrowaniu pism i... tak mu zostało. Działał m.in. w tak prestiżowych czasopismach jak "Der Jugend" czy ostrych w swych wymowie, mocno ocierających się o żółtą prasę "Kladderadatsch" i "Simplicissimusie". Jego podejście zmieniła dopiero I wojna światowa i podobnie jak wielu wybitniejszych od niego artystów zajął się już w jej trakcie malowaniem okrucieństw wojny. W ten sposób powstała seria grafik pt. "Dedykowane wszystkim ludziom", zaś sam grafik zajął ściśle antymilitarystyczne stanowisko. To stąd pojawia się w książkach jako wyrażający te same tendencje co o słynniejsi od niego Otto Dix czy Käthe Kollwitz.
W tym też kierunku zmierzał Willibald Krain, który 1919 r. rozpoczął silnie związany z artystami chcącymi w swej sztuce przeciwstawić się komunistycznym i anarchistycznym tendencjom, jakie rozsadzić mogły powilhelmińskie Niemcy. I tak w lutym 1919 r. pismo "Vorwärts", będące od 1876 r. organem prasowym Partii Socjaldemokratycznej, opublikowało apel Friedricha Natterotha o założeniu Stowarzyszenia artystów socjalistycznych (potem zmieniło ono nazwę na Związek). Artyści wierzyli bowiem, że taka forma organizacji pozwoli im na założenie przedsiębiorstw artystycznych, umożliwi sprzedaż sztuki i materiałów artystycznych po racjonalnych cenach. Co więcej będą oni mogli działać dla poszczególnych partii i wykonywać dla nich prace polityczne, analogicznie jak czyniono to wówczas w bolszewickiej Rosji czy innych krajach jeszcze niedawno zwaśnionych w globalnym konflikcie. Stowarzyszenie miało też zajmować się tworzeniem wystaw i odnową rynku artystycznego Berlina, który prawie zamarł w późnych latach wojny. Tym oto sposobem artyści jak Krain, wspomniana Kollwitz czy starszy od Kraina wrocławianin Hans Baluschek mogli wystawiać swoje prace, a patronaty nad wystawami obejmowały szacowne przedsiębiorstwa, jak choćby AEG.
 Tak silny związek z socjaldemokracją spowodował, że gdy naziści przejęli władzę (mimo że przecież też wywodzili się z tego korzenia, przynajmniej jeśli chodzi o niektóre tezy ekonomiczno-społeczne), Willibald Krain otrzymał w 1934 r. zakaz wystawiania swoich prac podobnie jak inni artyści nowych kierunków artystycznych. Jak widać jednak zakaz ten później złagodzono, a samego Kraina zatrudniono do tworzenia prac propagandowych skierowanych do Polaków na okupowanych terytoriach. Kiedy jednak w 1945 r. wojska sowieckie przekroczyły granicę Odry i Nysy, sytuacja Kraina zmieniła się diametralnie. Niestety dla niego komuniści pamiętali o jego pracach antykomunistycznych zarówno przed, i jak w trakcie wojny. W. Krain działał wówczas w Volkssturmie ("Szturmie narodowym"), do którego na podstawie dekretu Adolfa Hitlera powołano pod broń wszystkich zdrowych mężczyzn od 16 do 60 roku życia. Jako że te oddziały nie zostały zazwyczaj wyposażone w nowoczesną broń, łatwo poddawały się sowieckiej nawale i nie miały zbyt dużej wartości bojowej. W ten sposób W. Krain znalazł się w rękach Armii Radzieckiej jako więzień. Dokładnie nie wiadomo, jak do tego doszło, ale w trakcie przewożenia więźniów został postrzelony w głowę i kiedy transport dojechał do Drezna, niewiele lekarze byli w stanie zrobić. Ostatecznie rysownik zmarł w szpitalu 11 września 1945 r.
Niniejszy post "ozdobiły" (jeśli w ogóle o zdobieniach można mówić w przypadku totalitarnych propagandowych prac) plakaty, które nie mają większej wartości artystycznej. Są sugestywne nawet dziś, ukazują jak próbowano manipulować polską opinią publiczną, wreszcie pokazują, jak faszyści starali się przekonywać, że są "mniejszym złem" w porównaniu z bolszewizmem. Jeśli mówić o W. Krainie w kontekście dobrych dzieł, to raczej warto zwrócić się ku jego społecznie zaangażowanym rycinom o wymowie antywojennej z lat 20. Wiele z nich pokazuje naprawdę mocno doświadczonych przez los ludzi, inwalidów - żebraków siedzących pod murem i czekających na jakikolwiek gest łaski. To właśnie takie prace pokazano na wystawie w Aschaffenburgu w 2010 r. pt. "Entdeckte Moderne", przywracając nieco blask artyście i jednocześnie uwypuklając różne oblicza awangardy niemieckiej. Obawiam się jednak, że dla polskiego odbiorcy to jednak te kilkanaście plakatów z czasów II wojny będzie miało największe znaczenie, szufladkując tym samym artystę będącego moim zdaniem dobrym wyrazicielem różnych prądów żywych w jego czasach...

czwartek, 23 grudnia 2010

Z frontu na święta

Jednym z najbardziej zaskakujących wydarzeń I wojny światowej był tzw. rozejm bożonarodzeniowy. W wigilijną noc żołnierze wyszli z okopów, zapomnieli o tym, że są wojskowymi i ich celem jest pozbawienie życia jak największej ilości wrogów. W okolicy Ypres niemieckie i walijskie oddziały zdobiły swoje okopy lampkami i skleconymi naprędce bożonarodzeniowymi symbolami. Dzień Bożego Narodzenia 1914 r., kiedy to jak mawiała propaganda po obu stronach kanału La Manche, miało być już po wojnie stał się symbolem porównywalnym do pokojów, jakie panowały w starożytnej Grecji w okresie olimpiad. Zarazem jednak wyrażały pragnienie przeciętnego żołnierza – powrotu do domu, utraty wiary w cel tej wojny, gdzie natarcia i ofensywy kończyły się zazwyczaj “wykrwawianiem” obu stron konfliktu. Znakiem zmęczenia wojną i tym, że człowiekowi o wiele bliższe jest szczęście rodzinne niż codzienne narażanie życia w błotnistych rozpadlinach pełnych szczurów stały się w okresie I wojny światowej choinki. Pięknie udekorowane drzewka ukazywały wtedy bezsens istnienia i odmienność lat 1914-1918 od magii świąt – czasu radości i wyjątkowej, rodzinnej atmosfery.

kollwitz - rodzice

Przedstawiona obok grafika to praca Käthe Kollwitz, jednej z najważniejszych niemieckich artystek XX wieku. Została ona boleśnie doświadczona przez trwający wówczas konflikt. Już wcześniej, bo w 1897 r., gdy wykonała serię akwarel pod tytułem “Powstanie tkaczy” widać było, że niechętna jest światu, gdzie ma miejsce niesprawiedliwość społeczna, nędza, wojny, Jednakże to utrata syna Petera, który w październiku 1914 r. zaginął w trakcie walk, spowodowała, że popadła w depresję. W jej przypadku była to jednak specyficzna forma umartwiania się – stała się o wiele bardziej niespokojna, krytyczna w stosunku do świata, ale postanowiła też stworzyć dzieło wyjątkowe. “Pomnik poległych”, który wówczas zaczęła realizować miał za zadanie ucieleśniać ból rodziców, którzy stracili swoje dzieci, cierpienie tych, w których pamięci pozostały sceny na zawsze machających chłopców odchodzących w stronę zachodzącego słońca. Pomnik ten przedstawiać miał (jak twierdził inny znany niemiecki rzeźbiarz Wilhelm Lehmbruck) rodziców pogrążonych w żałobie, ale nie został nigdy zrealizowany. Z kolei inni uważali, że przedstawianymi postaciami był Peter i członkowie jego jednostki. Niezadowolona zaś z efektów swej pracy Käthe w 1919 r. zniszczyła dzieło, by po kilku latach rozpocząć je na nowo.

W takim stanie apatii, zniechęcenia, by nie rzec głębokiej depresji pozostawała także w 1917 r., gdy wykonała przedstawione obok dzieło. “Rodzice przy choince” z 1917 r. to niejako symbol tego, jak radosne i wspaniałe święto jakim jest Boże Narodzenie może zostać wyzute ze swej wyjątkowości. Przy pomocy kredy i węgla ukazano pewnego rodzaju cienie, które spoglądają na nieudekorowaną choinkę. Bieda ówczesnych Niemców, z których większości nie stać było na chleb czy bardziej wyszukane posiłki, powoduje, że jedynym symbolem świąt staje się niewielkie czerniejące drzewko w centrum rysunku. Znajdująca się w Muzeum Käthe Kollwitz w Kolonii praca to jednak nie tylko wyraz tego, że święta bardzo łatwo pozbawić można ich charakteru i atmosfery. Postaci zdają się być zmęczone z innego powodu – patrzą na drzewko tępo, bez wyrazu, bez pragnień, bez nadziei. Nie mogą liczyć na prezenty, nie chcą nawet kolędować. Rozdzielająca ich roślina jest symbolem rozłąki rodziców z dziećmi, które gdzieś daleko tęsknią o nich, jeśli w ogóle żyją. Przerwana zostaje bowiem spoistość świąt, ich rodzinne znaczenie…

weihnacht 1914

Urodzony w Oslo rysownik i ilustrator książek stworzył z okazji Świąt Bożego Narodzenia 1914 równie dramatyczny plakat, wręcz nie dający pocieszenia, za to silnie oddziaływujący na widza. Śpiący pokotem niemieccy żołnierze (od 1902 r. Olaf Gulbransson mieszkał w Monachium i współpracował z “Simplicissimusem” – jednym z wówczas głównych europejskich pism satyrycznych) marzą o rozświetlonej choince w wigilijną noc. Sposób ich ułożenia daje nadzieję, że jest to tylko sen, a nie że postaci te poległy w przedświątecznym starciu. Widać jednak dwuznaczność tej ilustracji – płonące lampki i gwiazdka są jedynym pragnieniem żołnierzy. Nie wyślą o zwycięstwie czy uzyskaniu sławy w boju, nie wyślą o sobie i o tym, co zrobić, by przestać być armatnim mięsem. To właśnie małe świerkowe drzewko ma być dla nich tym, co spowoduje, że moment ten będzie wyjątkowy. Niestety choinka jest elementem metafizycznym, wyobrażonym, w żaden (nawet wizualny sposób) niepowiązanym z przedstawionymi żołnierzami. Ich Wigilia będzie dniem takim samym jak każdy inny dzień, ich noc, podczas której powinni radować się przyjściem ponownie na świat Chrystusa taką samą nocą jak wszystkie poprzednie.

Ta ilustracja ukazuje też oczywiście samotność żołnierzy i niejako wyzucie ze świata cieszącego się nadchodzącymi świętami. Nie widzimy żadnego świata rzeczywistego – całość dolnej partii plakatu zajmują monochromatyczne postaci, ich brudne od błota płaszcze, ba, nawet w tym samym kolorze ciała. Ich świat rzeczywisty to świat walki, świat jednego koloru, gdzie nie ma zimowej bieli śniegu czy czerni wroga. To świat szarej codzienności, doprowadzonej do maksimum szarości, w którym nie można oczekiwać ani jednego promyku słońca, ani krzty nadziei. I Gulbransson zdaje się mówić, że jest jeszcze drugi świat – rzeczywistość magiczna, świąteczna, tym prostym żołnierzom dostępna jedynie poprzez marzenia. To świat niebiański, z którego zostali nie ze swej woli wyrzuceni. Nie jest to jednak sytuacja analogiczna do wypędzenia Adama i Ewy z raju, którzy sami zawinili, lecz oczywista konieczność tamtych czasów. Żołnierze ci bowiem, chociaż śpiący na strzelbach i trzymający je, by szybko odeprzeć zdradziecki atak (czyżby obawiali się ofensywy przeciwnika w tę wyjątkową noc? – zdaje się pytać propagandowy artysta) wydają się niewinni. Widz odnosi wrażenie, że są tylko trybikami w wielkiej machinie, która nie pozwala im m.in. na świętowanie Bożego Narodzenia.

Te dwie ilustracje w pewien sposób ukazują znaczenie choinki jako symbolu w okresie I wojny światowej. W sumie znaczenie to nie zmieniło się do dziś, z tym, że my mamy szczęście nie doświadczać Bożego Narodzenia w trakcie jednego z najbardziej krwawych konfliktów w historii. Dwie strony medalu, dwie strony rozdzielonego społeczeństwa… Ci, którzy walczyli na frontach i ci, którzy swoją pracą, wysiłkiem i wyrzeczeniami mieli dbać, by gospodarka dostarczyła wystarczającej ilości broni i surowców, by kontynuować walkę aż do zwycięskiego końca. Jest w tym pewna zamierzona ironia, zwłaszcza w pracy norweskiego grafika. On swoją pracę robił dla propagandy – mial pokazać społeczeństwu, żeby uczyniło wszystko co w ich mocy, by druga taka noc się nie powtórzyła. Kollwitz zaś narysowała bardzo wyraziście dwie postacie siedzące wokół pozbawionej ozdób choinki niczym osoby bezdomne ogrzewające się płonącym śmietnikiem w amerykańskich filmach. Cel jest ten sam i to samo znaczenie – pustki duszy nie da się wypełnić, jeśli nie ma kilku elementów, jakie zwykle wiążemy ze świętami: rodziny, bożonarodzeniowego drzewa, wyjątkowej atmosfery i pewnego niedającego się opisać słowami uczucia, które powoduje, że Boże Narodzenie ma zupełnie inny charakter niż pozostałe święta. Tego, że choć za oknem pada śnieg lub nie, jest mroźno albo ciepło i robi się plucha, to jednak Wigilia i kolejne dni zazwyczaj mają swój specyficzny nastrój.

Walczący żołnierze 24 grudnia 1914 r. wymienili się żywnością niczym my, kiedy dzielimy się opłatkiem. Pudding śliwkowy smakował Niemcom, zaś Brytyjczycy otrzymali w zamian beczkę piwa. To pewnie dlatego, gdy rozegrano świąteczny mecz żołnierze II Rzeszy cieszyć się mogli z nieznacznego zwycięstwa 3:2. Zarazem jednak to spontaniczne wydarzenie, pewnego rodzaju sprzeciw wobec dowództwa, które chciało, by szeregowi pozostali w swoich okopach, ukazuje jak wielką siłę mają święta, jak wiele chcemy łączyć (zarówno osoby wierzące, jak i pewnie niewierzące) z tymi kilkoma grudniowymi dniami wypoczynku. I jak często niektórzy czynią wszystko, by tej atmosfery nie poczuć. Sklepy katują kolędami od listopada, skąpo odziane nastolatki siadają na kolanach facetowi przebranemu za św. Mikołaja… Podczas I wojny światowej było podobnie: wtedy też dowódcy świadomi potęgi świąt na okres Bożego Narodzenia zarządzali wzmożony ostrzał artyleryjski, by tylko nie doszło do scen jak pod Ypres. Tym bardziej szkoda, że w trakcie tego spotkania na błotnistym polu w Belgii piłka dość szybko się przebiła, zahaczając o drut kolczasty i żołnierze musieli przerwać dobrze zapowiadającą się rozgrywkę. Bo święta to to, co czuje się w sercu i to jak się je przeżywa. Dlatego życzę każdemu z was, by nadchodzące kilka dni były wyjątkowe i przyniosły wiele prawdziwej radości, jak na wspaniałe święta Bożego Narodzenia przystało ;-)