Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grafika renesansowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grafika renesansowa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 sierpnia 2013

Nowożytne mapy Islandii – cz. 4

Także mapy z XVII w. nie wskazują na powszechne umieszczanie elementów sugerujących postępujące pogorszenie klimatu (za wyjątkiem okresu pomiędzy 1640 a 1670 r.), a tym samym większych trudności w rybołówstwie[1]. Najbardziej znana mapa z tego okresu wydawana od lat 90. XVI w. przez wydawnictwo Gerarda Mercatora przedstawiała wyłącznie informacje topograficzne i jedynymi elementami uzupełniającymi tę wiedzę były nazwa wyspy w kartuszu ozdobionym rollwerkiem, przedstawienie wieloryba oraz cyrkla graficznie dopełniającego zastosowaną skalę (powszechnie stosowanego symbolu dokonania pomiaru, co widoczne jest m.in. w mapie Olausa Magnusa czy dolnej partii mapy Johannesa Janssoniusa przedstawiającej dawne Księstwo Zachodniopomorskie z 1650 r. Dla prawidłowego wyznaczenia długości i szerokości geograficznej islandzki przylądek Reykjanes miał niezwykle istotne znaczenie, gdyż to na nim znajdowała się najbardziej wysunięta na zachód europejska latarnia morska, od którego to miejsca wielokrotnie dokonywano wyznaczania kolejnych współrzędnych (przylądek ten jako południk 0° zastosowano np. w „Wielkiej Mapie Księstwa Pomorskiego” Eilhardusa Lubinusa[2]).
imageSymboliczne oznaczenia geograficzne wyjaśnione były dopiero w towarzyszącym mapie tekście, z którego wynikało. że są to m.in. siedziby biskupstw i klasztorów. Opis oprócz ogólnego wyjaśnienia struktury kościelnej, zawierał również podstawowe informacje o niektórych lokalnych zwierzętach, w tym tych najbardziej fantastycznych jak Hiena i Zyphius (włócznik). Także mapy wydawane przez Jorisa Carolusa w latach 30. XVII w. koncentrowały się na aspektach topograficznych regionu, chociaż skalę ozdobiono pyskami dwóch morskich stworzeń, prawdopodobnie stylizowanych waleni. Bardziej intrygujące wydaje się jednak zdobienie towarzyszące nazwie mapy umieszczone w lewym dolnym rogu karty, w którym powyżej kamiennego postumentu z wpisanym okrągłym kartuszem umieszczone zostały skrzydlate postaci różnej płci przelewające wodę z dzbanów. Z uwagi na fakt, iż te mapy Islandii jako jedyne posiadają przedstawienia takich istot bezsporne rozwiązanie problemu wizualnego nie jest w pełni możliwe, aczkolwiek dopuścić można hipotezę, że w ten sposób odniesiono się do przekonania o istnieniu elfów. Aczkolwiek istoty te znacznie odbiegają od wizerunków huldufólk, jakie zawarte zostały w sagach, to zajść mogła kontaminacja wierzeń ludów kontynentalnej Europy. Artysta nie posiadał jednak szerokiego materiału wizualnego, na którym mógłby się oprzeć, gdyż niderlandzkie odpowiedniki elfów („Alven” lubiące przebywać zwykle blisko akwenów) nie posiadały skrzydeł, aczkolwiek potrafiły się unosić w powietrzu[3]. Analogiczną umiejętność posiadał również „książę elfów” z „Völundarkviða”, który pod koniec utworu (wers 38) potrafił wzbić się i odlecieć.
imageNa wspomnianej mapie oparł się Moses Pitt w latach 1680-1683, którego pracę powielała następnie oficyna rodziny Johannesa Janssoniusa, w której rozbudowano postaci alegoryczne towarzyszące przedstawianej krainie. Przy kartuszu zamiast dwóch uskrzydlonych postaci umiejscowiono putto przykładające do ust róg oraz rodzina syren (dwa dorosłe osobniki różne płci i podobnie ukazane potomstwo). Poprzez przekształcenie kartusza w muszlę ewidentnie podkreślono morski charakter bogactw krainy, a w przestrzeni oceanicznej jedynym elementem był stylizowany wieloryb. Całość jednoznacznie uwypukla, że pomimo coraz większej wiedzy na temat topografii regionu, nie skupiono się na analizie ekonomicznych, społecznych i kulturowych uwarunkowań życia Islandczyków. Duńskie mapy z XVIII w. podkreślały głównie jeden aspekt ekonomii regionu, a mianowicie rozwijające się sokolnictwo i dostarczanie tych ptaków bezpośrednio do Danii, a następnie na inne monarsze dwory. Wskazuje na to mapa fiordów z 1788 r. autorstwa Hansa Erika Minora, w której niezwykle wiarygodnie przedstawiono te chronione zwierzęta spoczywające na górnej krawędzi kartusza.
imagePozostałe mapy również nie zmierzały do wykreowania mylnego obrazu wyspy jako obfitującej w liczne surowce naturalne lub zwierzęta hodowlane. Zgodnie z ogólną tendencją w kartografii doszło do redukcji motywów biologicznych, jak stworzenia morskie, na rzecz bardziej oszczędnej ikonografii i artystycznego indywidualizowania map w oparciu o przetworzone kartusze. Mapa Johanna Gottlieba Friedricha z 1785 r. stanowi typowy przykład tej tendencji zmierzającej do profesjonalizacji wyglądu map kosztem redukcji informacji innych niż topograficzne. Niemniej grafik ukazał skaliste pobrzeże wyspy z klifem, na którym spoczywał ptak (prawdopodobnie sokół lub maskonur), a w dolnej partii herb okalający nieznacznie zakrzewioną skałę. Na pierwszym planie umiejscowiono również owce – najpowszechniejsze na wyspie zwierzęta hodowlane. Urodzajności ziem oraz wód morskich nie zapowiadała również duńska mapa z ok. 1760 r. „Land-kort over Island”, w której co prawda ukazano kilka ryb leżących na brzegu lądu, lecz spoczywający horyzontalnie trójząb nie pozwala odbiorcy na wiązanie z nim jakichkolwiek przypuszczeń odnośnie jego potencjalnego wykorzystania. Wskazane mapy stanowią zatem następstwo nie tylko znacznego zubożenia ludności w okresie nowożytnym, ale także swoistego kolonialnego podejścia duńskich twórców map do Islandii. O ile w przypadku większości terytoriów zamorskich pozostałych państw europejskich wiele map odnosi się do bogactwa i zasobów z jakich słynęła dana kolonia i które kształtowały bogactwo metropolii, tak w przypadku północnoeuropejskiej wyspy taka sytuacja nie miała miejsca. Inna mapa tego samego autora (Hansa Erika Minora) z 1788 r. w górnej prawej partii pola obrazowego nie dostarcza odbiorcy innych informacji poza sygnalizacją podległości regionu władcom Danii, pochodzenia stamtąd sokołów oraz nieurodzajności gleby, co ujawnia się w nieobrobionych blokach skalnych. Jak zdawał się sugerować kartograf w takim regionie mieszkać mogą jedynie niezbyt dostojnie ubrani ludzie oraz kozy, wskutek czego Islandia nie prezentowała się jako miejsce potencjalnej kolonialnej ekspansji i nowych możliwości, jak sugerowała to choćby mapa Becka Jensa Michelsena z 1754 r. pokazująca podział działek na terenie St. Croix (Christianstæd), wchodzącej w skład Duńskich Indii Zachodnich.
imagePodrzędna rola Islandii ujawniała się zatem także w sposobie ukazywania jej topografii, a obraz ten stał się dominujący również w innych centrach wydawniczych. Wenecka mapa Antonia Zatty z 1781 r. zaopatrzona została w niezbyt indywidualizujący wyspę element ze skalistym wybrzeżem, na szczycie którego znajdowała się okalana murem miejscowość, a obok samotne liściaste drzewo. Taka konwencja, która już na pierwszy rzut oka nie zapowiadała nadzwyczajności regionu, czyniąca zeń kolejną ekumenę, jaka musi zostać przedstawiona zgodnie z zasadami encyklopedyzacji wiedzy automatycznie redukowała Islandię do grona państw niewartych większej uwagi bez uwzględnienia jej specyfiki, zarówno pod względem środowiska naturalnego, jak i warunków życia. Już sam fakt ilustrowania geografii Islandii od końca XVII w. z użyciem rzutu i kolorów niepozwalających wizualnie podkreślić obecności terytorium pokrytego lodem i miejsc, które mogą być wykorzystane przez człowieka kreował – pomimo bardziej precyzyjnego zaznaczenia topografii regionu – odwrotne zjawisko od zamierzonego czyli mylny obraz wyspy w świadomości odbiorcy
imageZjawisko to jeszcze bardziej widoczne jest przy analizie map, które łączyły Islandię i Grenlandię na jednej karcie, jak mapa Hendricka Donckera z 1660 r. poświęcona tym dwóm wyspom oraz ukazująca Jan Mayen, gdzie uzewnętrznione zostały przekonania o ludności zamieszkującej okolice koła podbiegunowego bez zaznaczenia odrębności mieszkańców obydwu duńskich terytoriów. Obecne już na XVI-wiecznych mapach kajaki (m.in. u Olausa Magnusa) tym razem wraz z pawimi piórami stanowią atrybuty Inuitów i prawdopodobnie Islandczyka trzymającego w lewej ręce harpun. W ten sposób nie tylko nie podjęto problematyki oczywistych różnic pomiędzy ludnością poszczególnych wysp, ale w sposób zbiorczy wykluczono ukazane regiony ze względnie koherentnego kulturowo i historycznie konstruktu Europy. Niezwykle rzadkie sugestie co do zasobów ukazanego regionu oraz podkreślanie niezwykle trudnych warunków klimatycznych spowodowały, że w okresie zainteresowania kartografią Arktyki i pobliskich regionów Islandia włączona została do strefy polarnej i wizualnie wydatnie osłabiono relację pomiędzy wyspą a resztą Europy, jaka obecna była jeszcze w mapach średniowiecznych czy XVI-wiecznych. Jednym z niewielu przykładów, gdy powszechny zwyczaj uzupełniania map o elementy sugerujące zasobność krain został zastosowany do Islandii jest francuska mapa Adriena i Guillaume’a Sansonów z 1698 r. opierająca się na pracach Andreasa Velleiusa i Jorisa Carolusa, przy czym wykorzystanie rogów obfitości można w przypadku tej pracy tłumaczyć raczej względami estetycznymi i próbą kreatywnego ukształtowania kartusza z nazwą karty niż traktować jako jednoznaczny przejaw przekonania o bogactwie wyspy.
Wspomniane powyżej mapy stanowią jedynie część wszystkich dzieł kartograficznych, na których ukazano Islandię w okresie nowożytnym i próbowano dostarczyć odbiorcy na jej temat informacji. Mimo to przegląd ten jest wystarczająco reprezentatywny, by uwidocznić stopniową redukcję zainteresowania wyspą odległą od kontynentalnej Europy. Stopniowe pogorszenie warunków klimatycznych i zubożająca ludność gospodarka, w szczególności w okresie duńskim, doprowadziły do sytuacji, w której wydawnictwa kartograficzne nie tylko nie potrafiły wizualnie przedstawić odmienności regionu, w szczególności pokrywy lodowej, ale wręcz sugerowały odbiorcy brak takich elementów indywidualizujących. W okresie ekspansji kolonialnej „surowy” charakter wyspy utrwalony został w powszechnej świadomości, toteż nie budziła ona takiego zainteresowania jak odkrywane i eksplorowane terytoria zamorskie na innych kontynentach. Także lokalna flora i fauna zredukowana została właściwie do kilku gatunków sokoła, z którego uczyniono symbol Islandii. W ten sposób uzyskała całkowicie odrębny status jako związana nie w pełni zarówno ze światem skandynawskim, jak i rejonami polarnymi, co do dziś w znacznym stopniu warunkuje postrzeganie jej ekonomii i znaczenia politycznego.

[1] W XVII w. średnia temperatura była najniższa od czterech stuleci. Za: Grażyna Szelągowska, Od kolonii do państwa niepodległego. Islandia od XIII do XX w., w: R. Chymbowski, W.K. Pessel (red.), op. cit., s. 35.
[2] Bolesław Wolny, Mapa Księstwa Pomorskiego z 1618 roku Eilharda Lubina. Ocena geometryczno-matematyczna, „Materiały Zachodniopomorskie”, t. XXXIV, Szczecin 1998, s. 109.
[3] Edain McCoy, A witch’s guide to faery folk: reclaiming our working relationship with invisible helpers, St. Paul 1994, s. 174.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Nowożytne mapy Islandii – cz. 3

image
Mapa Orteliusa miała w zamyśle łączyć wiedzę o topografii Islandii z ogólną wiedzą o tym regionie i inkorporowała informacje zebrane przez Andreasa Velleiusa (Andreasa Sørensena Vedela) i biskupa Holaru, Gudbrandura Thorlákssona. W znacznej mierze wygląd poszczególnych stronic czwartego suplementu do wydawanego przez Orteliusa „Theatrum orbis terrarum” zapożyczony został z map Olausa Magnusa i Sebastiana Münstera, do których dodano jednak elementy uwzględniające rozwój wiedzy w przeciągu poprzedzającego jej powstanie półwiecza[1]. W przypadku Islandii postanowiono opatrzyć mapę dość długą inskrypcją, w której zanegowano wiarygodność legendy, jakoby w 470 r. król Artur miał podbić wyspę (takie stanowisko prezentował wówczas konsultant Elżbiety I, John Dee twierdzący, że mityczny władca miał objąć swoim panowaniem cały teren Morza Północnego, wliczając w to Islandię, Grenlandię, wyspy na północ od Rosji, a nawet Biegun Północny[2]). Okoliczność ta świadczy o oczytaniu autora inskrypcji, a także zainteresowaniu Islandczyków tym, jak ich kraj był prezentowany w Europie (podobnie już w 1570 r. na mapie Sigurdusa Stephaniusa nauczającego w Skalholt umieszczono Frislandię[3]). Odnosząc się do kwestii rzekomej wyspy Thule, Gudbrandur nie kwestionując możliwości jej istnienia (i autorytetu Prokopiusza) uznał, że starożytni żeglarze mogli tym mianem nazwać północną część Norwegii, a twierdzenia Pyteasza potraktował jako wymyślone, przywołując podobne stanowisko Diodora Sycylijskiego. Rozprawiając się z mitami narosłymi wokół ziem i mórz północnej Europy, autor inskrypcji przeszedł do skrótowego opisu Islandii podkreślając, że nosi ona kilka nazw („Sneland”, „Gardarsholm”) i od 1260 r. pozostaje pod kontrolą króla Norwegii. Gudbrandur sprostował również potencjalne utożsamienie Hekli ze „świętą górą” Helgafell, a także przystąpił do opisywania lokalnych stworzeń, z których wymienia narwala noszącego ponoć kość jednorożca, stosowaną jako antidotum na truciznę, walenia (podkreślając, że ryba ta nie ma zębów) oraz kaszalota, o którym informuje, że posiada głowę większą od korpusu. Nieco mniej uwagi poświęcił natomiast morświnowi przedstawionemu również na mapie Olausa Magnusa. O ile na starszej z map ciało stworzenia pokryto przypominającymi rybie łuskami, o tyle na mapie Orteliusa zwierzę bardziej przypomina wieprza (odpowiada to nazwie ssaka, która w różnych językach powiązana została ze „świnią” lub „wieprzem”). W latach 50. XVI w. popularne było rozwiązanie wizualne, które sugerowało posiadanie przez zwierzę trzech par oczu po każdej stronie grzbietu morświna. Stanowiło ono także podstawę do sposobu ukazania stworzenia w jednym z najważniejszych bestiariuszy tego stulecia, tj. „Des monstres et prodiges” Amroise’a Paré (1573 r.), aczkolwiek zwierzę u Orteliusa jest od tego przedstawienia dość odległe, co sugerować może korzystanie z innego wzoru. Zmiana wizualności nastąpić mogła poprzez utożsamienie stworzenia z Hieną, co tłumaczyłoby sugerowanie odbiorcy futra zamiast łusek oraz redukcję znaczenia oczu w środkowej partii ciała. Mimo to Gudbrandur zaznaczył, że zwierzę jest rybą, aczkolwiek nie zostało to graficznie jednoznacznie zasygnalizowane. Porównanie z kolei mapy Orteliusa z mapami Petrusa Kaeriusa z lat 1600-1612 wskazuje, że uproszczenie warstwy wizualnej mapy odbywało się także poprzez ograniczenie liczby okalających wyspę zwierząt, których wizerunki samodzielnie mogły potem być wykorzystane w pracach badaczy regionu i fauny morskiej.
imageKolejnym stworzeniem ukazanym na wspomnianej mapie jest włócznik (miecznik), określony jako „przerażające morskie monstrum, które połyka czarną fokę na raz”. Ten schemat przedstawieniowy pojawił się w przypadku mapy Olausa i Münstera i powielony został u Orteliusa. W każdej z tych trzech map zwierzę przedstawione zostało jako ryba trzymająca w paszczy fokę (pomimo tego, że włóczniki żywią się przede wszystkim mniejszymi rybami) i zarazem pozbawione charakterystycznego długiego wyrostka w kształcie miecza, co sugeruje kontaminację wiedzy o nim z informacjami na temat orki. W tym wypadku przedstawienie na mapie Orteliusa wydaje się bardziej oderwane od rzeczywistości niż we wcześniejszych dziełach, na których ryba (atakowana przez innego morskiego potwora) pozbawiona jest płetwy grzbietowej. Dysonans pomiędzy opisem a wyglądem zwierzęcia na mapie ujawnia obok względnej niezależności tworzenia warstwy wizualnej i tekstowej mapy również stworzenie opisane jako angielski waleń, które zdaniem Gudbrandura nie posiadało zębów, mimo że grafik je ukazał. Inspiracją dla takiego ujęcia waleni mogła być ilustracja z 1532 r., gdy na brzegu Tamizy utknął wieloryb oraz ilustracja z „De piscibus orbiculatis” Konrada Gesnera z 1558 r.[4] W obu przypadkach, podobnie jak na mapie, ukazano wieloryba jako osiadłego na lądzie, a nie płynącego, zwróconego w lewą stronę oraz z przednią łapą przekształconą w monstrualną łapę[5]. Niektóre z tych stworzeń (jak wieloryb, miecznik czy orka) pojawiały się także na mapach Frislandii, do ilustrowania której wykorzystywano (przy braku innych źródeł) informacje o rzeczywiście istniejącej wyspie. Taka analogia pomiędzy wizerunkiem Islandii i Frislandii dostrzegalna jest choćby na przykładzie map Pietra de Nobili i F. Bertelliego, gdzie nie tylko aspekty kartograficzne (wertykalność ukazania wyspy), ale także stricte ornamentalne (pozycja okrętu przy środkowej partii prawej krawędzi pola obrazowego, a na późniejszych wersjach także podobne zwierzęta) potwierdzają przenoszenie niewielkiej wiedzy o wyspie na pobliską mityczną krainę.
imageNie pomięto również na mapie Orteliusa konia morskiego ukazanego w bardzo schematycznej pozie. Większą uwagę zarówno artysta, jak i autor inskrypcji, skupili na wielorybie, o którym podano, że rzadko się pojawia i jest tak wielki, że przypomina raczej małą wyspę niż rybę. Oczywista przesada takiego stwierdzenia poparta była licznymi legendami (jak np. fragment opowieści o podróżach św. Brendana dotyczący spędzenia Wielkiejnocy na Wyspie Wielkiej Ryby, którą mnisi omyłkowo wzięli za stały ląd[6]), do których odniósł się także Olaus Magnus ukazując dwoje Anglików rozpalających ognisko na grzbiecie stworzenia. Obydwie mapy łączy całkowicie nienaturalne zaznaczenie kłów zwierzęcia oraz ukazanie przedniej łapy w miejscu płetwy. W ilustracji na mapie Orteliusa zaznaczono również okoliczność, iż poprzez umieszczone w przedniej partii ciała otwory grzbietowe wieloryb jest w stanie wytryskiwać z siebie wodę, co nie pojawiło się na mapie Olausa, ale zaznaczone zostało w pracy Kaeriusa. Najbardziej nietypowym zwierzęciem na mapie Orteliusa wydaje się jednak olbrzymia płaszczka (rzekomo większa niż rekiny), która nie znajduje swojego naturalnego odpowiednika, bowiem Gudbrandur podał, iż jest ona w stanie wywracać statki i łodzie. Podobna płaszczka pojawia się już na mapie Olausa, niejako przewodząc grupie ryb porywających marynarza, ale żadne ze stworzeń Morza Północnego nie osiągało choćby zbliżonych rozmiarów. Na temat krów morskich biskup wypowiedział się nieco inaczej niż tradycja islandzka widząca w nich stworzenia dzikie i okrutne[7]. Inskrypcja mapy podaje, że miały one szary kolor i zamieszkiwały wodę dzięki specjalnej narośli na twarzy, która ułatwia im przebywanie w morzu, a gdy zostanie uszkodzona, zwierzęta te mogą żyć na lądzie jak zwyczajne krowy. Lądowe stworzenia przedstawione zostały na obydwu mapach (Olausa i Orteliusa) jako hodowane w tym samym regionie, co wydaje się symptomatyczne na tle znaczenia posiadania odpowiedniej liczby krów dla ustalenia statusu społecznego ludności islandzkiej w okresie od końca średniowiecza do końca czasów nowożytnych[8].
imageNajwięcej pochwał o morskim stworzeniu zawarto w krótkim opisie wieloryba mającego rzekomo cechować się mniejszą okrutnością od pozostałych, a nawet skłonnością do obrony rybaków przed drapieżnikami. Z tych przyczyn polowanie na to zwierzę („steipereidur”) miało stanowić królewskie regalium, niemniej już co najmniej od przełomu XVII i XVIII w. pojawiały się informacje o smaku mięsa tych waleni. Ich charakter pełniej odzwierciedlony został na mapie Olausa, gdzie orka i inna mniejsza ryba atakuje wspomnianego walenia. Orkę z kolei Ortelius ukazał zgodnie ze wzmianką Gudbrandura, że zwierzę to ma w zwyczaju zastygać w pionowej pozycji wystając z wody, przypisując mu znaczną brutalność, a nawet zamiłowanie do ludzkiego mięsa. Mniejszym zagrożeniem dla ludzi był mors, o którym napisano, że potrafi spać 12 godzin na dobę przytwierdzony kłami do skały, a jego skóra miała być trudna do przebicia przez polujących na jego mięso. Na mapie te zwierzę sąsiaduje z ambrą, a wiedzę uzupełniają dryfujące konary oraz kry. Te elementy wskazują, iż podobnie jak Olaus Magnus, Ortelius pragnął przedstawić również aspekty ekonomii Islandii, w szczególności pozyskiwanie drewna spoza terenu wyspy (prawdopodobnie znaczną większość lasów wycięto lub wypalono w przeciągu stulecia od rozpoczęcia kolonizacji). Innym elementem środowiska naturalnego wyspy, który wprowadzono po raz pierwszy w dziejach kartografii europejskiej w mapie Orteliusa, były lodowce (artysta przedstawił prawie wszystkie najważniejsze poza Vatnajökull[9]). Mapy łączy również koncentracja kry lodowej przy północno-wschodnim wybrzeżu Islandii, co pozornie wiązać można ze stopniowo pogarszającym się klimatem w regionie. Pomimo braku precyzyjnych danych przyjmuje się, że po pierwszym stadium ochłodzenia w latach 1420-1560 doszło do lekkiego ocieplenia klimatu, który znów pod koniec XVI w. zaczął się[10] radykalnie pogarszać. Umieszczenie przez Orteliusa kry lodowej w tym samym miejscu nie stanowiłoby zatem wyłącznie obserwacji postępujących zmian klimatycznych czy utrudnień w ruchu morskim, ale raczej kontynuację już raz wykorzystanego rozwiązania wizualnego.

[1] Elementem pośrednim pomiędzy pracami jest mapa Hieronima Gourmonta z 1548 r. „Islandia”, w której w prawym dolnym rogu umieszczono kartusz z krótkim opisem najbardziej intrygujących informacji o przedstawionej wyspie.
[2] Z kolei XII-wiecznemu władcy Walii Madocowi John Dee przypisał odkrycie Ameryki. Polityczny charakter tych twierdzeń mających na celu wzmocnienie roszczeń angielskich odnośnie eksploracji terenów Ameryki Północnej potwierdza fakt, że zamieszczone zostały one w publikacji „Title Royal of 1580”, 13 lat po tym, jak Martin Frobisher podbił dla królowej angielskiej wyspę u wybrzeży Grenlandii, mylnie uważając, że udało mu się dotrzeć do Frislandii. Za: F.W. Lucas, op. cit., s. 31; Ken MacMillan, Discourse on History, Geography, and Law: John Dee and the Limits of the British Empire, 1576-80, „Canadian Journal of History”, vol. 36, nr 1 (2001), s. 5-7.
[3] F.W. Lucas, op. cit., s. 29.
[4] http://www.johnmckay.blogspot.com/2012/02/monsters-of-islandia.html [dostęp: 20.04.2013 r.]
[5] Analogiczne zjawisko miało miejsce w przypadku przekształcania przez artystów płetw waleni w uszy, na co na przykładzie niderlandzkiej ryciny z 1598 r. i włoskiej z 1601 r. zwrócił uwagę: Ernst Hans Gombrich, Art and Illusion: a study in the psychology of pictorial representation, Princeton 1984, s. 80-81.
[6] Jerzy Strzelczyk, Święty Brendan i jego żegluga, w: tenże, Średniowieczny obraz świata, Poznań 2004, s. 174.
[7] A. Pietrzkiewicz, op. cit., s. 109.
[8] Jeszcze w 1786 r. wskazywano, że samodzielna egzystencja trzyosobowej rodziny na Islandii możliwa jest z trudem dopiero, gdy gospodarstwo posiadało co najmniej 2 krowy lub 12 owiec. Za: K. Histrup, Nature..., s. 49, 61.
[9] H. Tómasson, op. cit., s. 5.
[10] Astrid E.J. Ogilvie, Ingibjörg Jonsdottir, Sea Ice, Climate, and Icelandic Fisheries in the Eighteenth and Nineteenth Centuries, „Arctic”, vol. 53, nr 4 (grudzień 2000), s. 386.

niedziela, 18 sierpnia 2013

Nowożytne mapy Islandii – cz. 2

imageJak podano w zapiskach ich podróży i licznych osiągnięć militarnych (zarówno lądowych, jak i morskich), Frislandia stanowić miała bardzo bogatą wyspę „opływającą w dobra z całego świata; nieco mniejszą niż Islandia, ale bardziej żyzną, mającą w centrum bardzo wysoką górę, z której wypływały cztery rzeki, nawadniające ją”. O mieszkańcach podawano informację, że są wszechstronnie wykształceni i utalentowani, chociaż łacina była prawie nieznana, a w bibliotece królewskiej znajdowały się stare księgi w tym języku (wyspa miała nawiązać przed wiekami kontakt z bardzo bogatym miastem na południu). Analogicznie do innych mitycznych krain okresu ekspansji kolonialnej (jak El Dorado czy wciąż popularne od średniowiecza Cockaigne i Schlaraffenland), wyspa miała zapewniać dostatek całej ludności i możliwość eksploatacji wszelkich surowców naturalnych. Jedyną wiarygodną informacją na temat mieszkańców północnozachodniej części Europy była wzmianka o korzystaniu z niewielkich łodzi rybackich i nieposługiwaniu się kompasem podczas nawigowania[1]. W związku ze zwiększeniem zainteresowania eksploracją północnych regionów Europy (czego przejawem było m.in. założenie w 1555 r. angielskiej Kompanii Moskiewskiej) oraz poszukiwaniem przejść w okolicy Arktyki prowadzących ku Azji i Ameryce, niderlandzcy kartografowie szybko przejęli do swoich map informacje pochodzące z Wenecji i inkorporowali je wraz z rzeczywistymi odkryciami takich podróżników jak Steven i William Burrough, Martin Frobisher czy Willem Barentsz[2]. Pomimo niemożności odkrycia Frislandii aż do połowy XVII w. mityczna wyspa pozostawała na większości map wykonanych w Europie, a nawet najbardziej cenieni autorzy map i geografowie skłonni byli twierdzić, że problemy z jej odnalezieniem są następstwem aktywności sejsmicznych, toteż mogła ona podzielić losy starożytnej Atlantydy (tak m.in. Vitale Terrarosa, Claude de l’Isle, Johannes Van Keulen[3]), zaś pozostałością po niej był zatopiony kraj „Buss” w okolicy Krawędzi Gibbsa, zaznaczany np. na mapie Johannesa Jansoniusa z ok. 1650 r. Do końca XVII w. na mapach najbardziej prestiżowych wydawnictw, w tym wydrukowanych przez Blaeu w 1643 r. i Visschera w 1650 r., pojawiały się wyspy wspomniane w historii braci Zenich. Pod koniec tego stulecia Frislandia stopniowo przestała być umieszczana, chociaż jednocześnie poświęcono jej kilka prac ukazujących wyłącznie ten region – mapa „Frislandia” słynnego weneckiego autora globusów Vincenza Marii Coronelliego z 1692 r. kontynuuje dorobek kartografów italskich w tej dziedzinie (m.in. Pietra de Nobili z 1590 r.). Intrygujące jest, iż najdłużej samodzielne mapy Frislandii produkowane były na terenie Italii, co wiązać można z zamorskimi ambicjami władców państw Półwyspu Apenińskiego. Z drugiej strony skłoniły one do dokładniejszego zbadania północnej Europy i fuzji wiedzy autorów południowoeuropejskich, co w przypadku Islandii objawiło się w ukazaniu Hekli na mapie Sebastiana Münstera z lat 1542-1544, autora map czerpiącego z dorobku Olausa Magnusa.
image
Dokładna analiza warstwy ikonograficznej kluczowej dla kartografii Skandynawii mapy Olausa Magnusa z 1539 r. wskazuje, że Islandia postrzegana była głównie jako region otoczony łowiskami i cechujący się niezwykłą aktywnością sił natury. Świadczy o tym m.in. ukazania trzech wulkanów, z których wszystkim nadano błędnie jedną z nazw związanych z Heklą lub wygasłym Helgafell (Mons Hekla, Mons Crucis, Mons Sanctus), myląc je prawdopodobnie z którymś z wulkanów w okolicy Reykjaviku oraz w środkowej Islandii[4]. Zaznaczenie aktywności tych miejsc odbyło się zarówno od strony wizualnej poprzez ukazanie języków ognia oraz chmur gazów wyłaniających się spod wzniesienia, nie zaś z wierzchołka, lecz także poprzez podpisanie tych miejsc słowami „Nix” („Nic”) i „Chaos”, co koresponduje ze sposobem oznaczania wulkanów na terenie południowej Europy[5]. Najbardziej aktywne wulkany basenu Morza Śródziemnego (m.in. Etna i Stromboli) uznawane były za miejsca, w których uzewnętrzniał się Chaos istniejący przed stworzeniem świata. Takie rozumienie znaczenia wulkanów utrwalił m.in. Dante Alighieri w „Boskiej komedii” wzmiankując rzucenie się Empedoklesa do wnętrza Etny i odwołując się w „Piekle” do teorii greckiego filozofa o okresowym powstawaniu i destrukcji świata („Inferno”, rozdz. 12, wers 41-43)[6]. Prawdopodobnie zatem ten powszechnie znany tekst lub liczne doń nawiązania mogły zainspirować Olausa Magnusa do wysnucia analogii pomiędzy islandzkimi wulkanami (w tym Hekli, której dwie potężne erupcje miały miejsce w 1510 r. i 1544 r.[7]) a południowoitalskimi. Pomysł ten został wykorzystany w mapach Fernanda Bertelliego, wydawanych od lat 40. do 60. XVI w., gdzie analogicznie zaznaczono aktywne wulkany oraz ukazano miejsca obydwu biskupstw: Holar i Skalholt. Informacje o środowisku naturalnym Islandii uzupełniono z kolei poprzez powielenie kry lodowej (tym razem pozbawionej białych niedźwiedzi) oraz miejsc, w których dochodziło do ugrzęźnięcia ryb i wielorybów na brzegu. Obie mapy łączy zatem skupienie się przede wszystkim na przyrodzie, co stanowić będzie dość charakterystyczny motyw map regionu wskutek niemożności przedstawienia istotnych obiektów architektury bądź warowni[8].
image
O fascynacji wulkanami i erupcją lawy jako elementami indywidualizującymi wyspę na tle innych obszarów Europy przesądza m.in. znany fragment publikacji Daniela Vettera o Islandii, w którym podaje on zagrożenia czyhające na nie dość uważnych mieszkańców, kupców i nielicznych turystów. Przedstawione u Clausa Magnusa „kryptoportyki” (być może odpowiedniki jaskini lawowych) i zagłębienia w ziemi odpowiadają rozpadlinom, o których członek Jednoty pisał: „pod czas wiele się ich tam ku onej górze zwykło przechodzić, ale nie wszyscy się z tej przechadzki wracają, bo około niej wiele przepaści, rozpadlin i jam dziwnych jest, które równo z inszą ziemią popiołem są wypełnione. Na jakowe miejsce kto telko z tych, co tam chodzą, stąpi, zaraz w oka mgnieniu do głębokości onej przez ten pomysł leci, nie inaczy jakoby kto do statku wapnem napełnionego wpadł. (...) Drudzy i od płomienia, którzy niespodziewanie z dziur onej góry daleko wyskakuje, zachwyceni giną[9]. Przede wszystkim jednak na mapie Olausa Magnusa uwagę zwraca zaznaczenie licznych gatunków zwierząt morskich, w tym butlonosów, które również – zdaniem D.Vettera – miały zagrażać statkom przemieszczającym się po Morzu Północnym: „te wysoko nad wodę wyskakując, srodze między sobą rzucają, których się rybacy barzo boją, bo im barzo szkodzą, gdyż przebieżawszy do ich łodzi, niby z niemi igrać chcą, a potem je wniwecz łamią i kruszą[10]. Różnorodne stworzenia nie tylko potwierdzać miały zatem przekonanie Olausa Magnusa o Morzu Północnym jako niezwykle zasobnym, ale odpowiadały także podaniom skandynawskim o istotach przypominających węża (w tym węża morskiego, którego istnienie w świadomości Skandynawów bezskutecznie starał się w XVI w. negować biskup Bergen), a także koni morskich (jak m.in. nykyr, nennir), cechujących się rzekomo kopytami skierowanymi do przodu, a nawet posiadających trzy łby[11]. Zdaniem E. Knauer kartograf odniósł się także do sytuacji politycznej i religijnej, co miałoby się przejawiać w tym, że morskie stwory atakują wyłącznie statki państw protestanckich (Gotów i Duńczyków), zaś bitwa morska w lewym górnym rogu pomiędzy okrętem hamburskim i szkockim stanowiłaby aluzję do rywalizacji kupców z tych regionów[12]. Obok fauny morskiej Olaus poświęcił również uwagę faunie lądowej, którą w przypadku Islandii reprezentują orzeł bielik, ptak określony jako „corvus albus” (być może autor miał na myśli białozora) oraz niedźwiedź polarny. Ukazano również stworzenie przypominające lisa islandzkiego, aczkolwiek niezwykle podobne do zwierzęcia mającego zaludniać dorzecze Kamy – legendarną Biarmię. Kartograf zbagatelizował zatem fakt, że niedźwiedzie nie zamieszkiwały wyspy, a w okolicy Islandii pojawiały się jedynie sporadycznie, wyłącznie wtedy, gdy dryfowały z prądem morskim na lodowej krze. Ten motyw ikonograficzny został jednak powszechnie przyjęty i stosowany przez kolejnych kartografów: mapy Abrahama Orteliusa z lat 1590-1600 (a więc po nadzwyczajnie ostrej zimie z 1588 r.[13]) pokazują, iż niedźwiedzie oraz inne morskie stworzenia stały się wdzięcznym tematem uzupełniania wolnych przestrzeni okalających wyspę.

[1] F.W. Lucas, op. cit., s. 16.
[2] Przykładem szybkiego uzupełniania map o odkrycia podróżników jest mapa Jodocusa Hondiusa z 1595 r., która zawiera część odkryć W. Barentsza z wyprawy ku Nowej Ziemi i Morzu Karalskiemu. Za: Thor B. Arlov, Maps and History: Maps as Source Material for European Arctic History in the 16th and 17th Centuries (wersja elektroniczna:
http://www.unis.no/studies/General_Courses/sh_201_more_info/Maps_and_history.pdf, dostęp: 20.04.2013 r.)
[3] F.W. Lucas, op. cit., s. 114.
[4] Heinrich Erkes, Island im Lebenswerke des Olaus Magnus, „Mitteilungen der Islandfreunde”, rok 17, z. 3-4 (styczeń-kwiecień 1930), s. 79.
[5] H. Tómasson, op. cit., s. 5.
[6] Paget Jackson Toynbee (red.), Concise dictionary of proper names and notable matters in the works of Dante, New York 1968, s. 109, 205; Richard Lansing (red.), The Dante Encyclopedia, London 2010, s. 338.
[7] Leonard Hawkes, Iceland, London 1942, s. 10.
[8] Wyspa pozbawiona była fortyfikacji, zaś pierwszym kamiennym budynkiem mieszkalnym był powstały w latach 1752-1755 dom Skúli Magnússona w Videy. Za: Anna Marciniakówna, Republika Islandii. Lýdhveldidh Ísland, Warszawa 1978, s. 34.
[9] Daniel Vetter, Islandia albo Krótkie opisanie Wyspy Islandyi, oprac. i wstęp: Dariusz Rott, Prace Naukowe Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach nr 1656, Katowice 1997, s. 26-27.
[10] D.Vetter, op. cit., s. 43.
[11] D. Vetter, op. cit., s. 43; Anna Pietrzkiewicz, Główne motywy w islandzkich opowieściach ludowych, w: Roman Chymbowski, Włodzimierz Karol Pessel (red.), Islandia. Wprowadzenie do wiedzy o społeczeństwie i kulturze, Warszawa 2009, s. 109.
[12] Elfriede Regina Knauer, Die Carta Magna des Olaus Magnus von 1539. Ein kartographisches Meisterwerk und seine Wirkung, Göttingen 1981. Za: H. Thomas Rossby, Ocean Eddies in the 1539 Carta Marina by Olaus Magnus, „Oceanography”, vol. 16, nr 4, s. 81.
[13] Kirsten Hastrup, Nature and Policy in Iceland 1400-1800. An Anthropological Analysis of History and Mentality, Oxford 1990, s. 70.

sobota, 17 sierpnia 2013

Nowożytne mapy Islandii – cz. 1

Wakacje dla niektórych powoli się kończą, inni – mają jeszcze ponad miesiąc, a w moim przypadku pojawia się ekscytacja jutrzejszym wyjazdem w Bieszczady. Czy uda mi się spotkać żerującą zwierzynę, dotrzeć do granicy trzech państw, zaliczyć co najmniej kilkanaście cerkwi i dawnych cmentarzy oraz odwiedzić skansen w Sanoku? Wszystko zależy od pogody oraz moich wędrowniczych możliwości, które – jak i cała forma sportowa – ostatnio kuleją. Szczęśliwie mam mapę i przewodniki, więc nie będzie źle. Co jednak mogli zrobić niegdyś podróżnicy, gdy dane im było zapuścić się w regiony z rzadko dotykane ludzką stopą (względnie obuwiem)? O tym w kilku kolejnych postach, dotyczących nowożytnych map Islandii. Tekst ten parę miesięcy temu mogłem wygłosić w Łodzi i średnio to wyszło, bo miał być o tym, czego na tych mapach nie ma, a skończyło się omawianiem tego co jest, a czego nie było widać (światło w sali padało tak, że na prezentowanych z rzutnika mapach niewiele było widać). Miłej lektury o kraju, o którym wciąż za mało się pisze, a już zwłaszcza pomijają go historycy sztuki!
***
imageCzasy nowożytne, w szczególności od połowy XVI w. do początku XVIII w. uznawane są przez większość badaczy historii kartografii za „złoty okres” rozwoju tej dziedziny nauki[1]. Z powstałych w tym czasie prac wydzielić można dwie istotne grupy: mapy, których przeznaczenie było stricte utylitarne, posiadające prawie wyłącznie informacje o topografii (w szczególności przeznaczone dla żeglarzy) oraz mapy, które obok możliwie najwierniejszego przedstawienia warunków naturalnych regionu przekazywać miały także najistotniejsze informacje historyczne lub o lokalnej faunie i florze. Te drugie (zwykle większych rozmiarów) przeznaczone były dla bardziej wyrobionego odbiorcy, dysponującego zazwyczaj większymi środkami finansowymi, stąd też inkorporowały często elementy wywodzące się z mitologii i literatury (jak postaci alegoryczne), a także ozdabiane były ówcześnie popularnymi ornamentami. Do tej ostatniej kategorii zalicza się zwykle dzieła wydawane przez Sebastiana Münstera i Abrahama Orteliusa w 2. poł. XVI w. oraz Jodocusa Hondiusa i rodziny Blaeu w XVII w. – autorów najdroższej europejskiej książki powstałej w tym stuleciu[2]. Powstałe wówczas mapy Islandii na ogół pozbawione są takich elementów i pozornie wydawać się może, że wydawnictwa kartograficzne nie podjęły starań, by uzyskać szerszą wiedzę na temat wyspy. Brak przedstawień bóstw czy postaci alegorycznych sugerujących urodzajność i zasobność regionu na tle postępującego od końca średniowiecza ochłodzenia klimatu wydaje się oczywisty, niemniej porównując powstałe w okresie nowożytnym mapy Islandii z mapami innych regionów zauważyć można niewiele informacji z innych dziedzin nauki.
image
Islandia po 1000 r. włączona została do ekumeny christianitas, niemniej nadal pozostawała na jej peryferiach (podobnie jak większość świata nordyckiego), toteż pierwsze mapy przedstawiające ten region powstały dopiero w XIV i XV w.[3] Z uwagi na niechęć Wikingów, a następnie ludów skandynawskich do sporządzania map, dopiero pod koniec wieków średnich udało się połączyć wiedzę mieszkańców wybrzeża Morza Północnego z umiejętnościami kartograficznymi geografów italskich. Choć Islandczycy podówczas cenieni byli przede wszystkim jako producenci ryb, handlarze siarką i ptasimi piórami, to odległość jaka dzieliła centra naukowe od wyspy nie zachęcała do weryfikowania faktów, jakie na temat północno-zachodniej Europy przekazywali Saxo Gramatyk czy Claudius Clavus, wskutek czego wydawnictwa (zwłaszcza weneckie) opierały się wielokrotnie na pełnej sprzeczności i prawdopodobnie wymyślonej opowieści o podróży dwóch braci Zenich do nierzeczywistych krain: Frislandii, Estotilandii, Drogio i archipelagu siedmiu innych wysp[4]. Przekazane przez C. Clavusa informacje pozornie wydawały się sprzeczne, toteż nie dziwi wzmianka Guillaume’a Fillastre’a, kanonika z Reims, iż wątpi on w to, że Grenlandia („zielony kraj”) znajduje się bardziej na północy niż Islandia („kraj lodu”). Tym samym francuski humanista postanowił przesunąć Islandię nieco bardziej na północ, by jej nazwa odpowiadała spodziewanemu klimatowi[5].
image
Również dla wielu ludów skandynawskich Islandia z czasem wykluczona została z kręgu zainteresowań, zarówno od strony społecznej, jak i ekonomicznej, o czym świadczy chociażby wzmianka z „Konungs Skuggsjá” („Speculum Regale”), w której ojciec opisuje synowi świat nordycki, ale w przypadku Islandii wyjątkowo podkreśla, że jego wiadomości pochodzą z drugiej ręki[6]. Następstwem takiego pojmowania roli wyspy oraz rzadkich niekiedy kontaktów pomiędzy Islandczykami a ludnością reszty Europy (kroniki opisują m.in. kilkunastoletnie przerwy między pojawieniem się statków z Norwegii, Danii czy Anglii[7]) było występowanie wielu przeinaczeń i błędów na mapach tego regionu. Pierwszym z takich czynników było traktowanie Morza Północnego i Morza Arktycznego jako jednego wspólnego akwenu ograniczonego od północy lądem, co odpowiadało tradycyjnym nordyckim wyobrażeniom i przedstawione zostało na mapie C. Clavusa z 1427 r.[8] Jedną z największych wątpliwości w dziejach nowożytnej kartografii wprowadziła katalońska mapa z końca XV w., w której pojawiła się przesunięta na południe skandynawska wyspa podpisana jako „Fixlanda”. Obecność Portugalczyków w tym regionie potwierdza zarówno mająca miejsce ok. 1476 r. wyprawa pod wodzą D. Pininga i H. Pothorsta, zaś innych ludów iberyjskich – pojawienie się baskijskich wielorybników u wybrzeży Grenlandii ok. 1420 r.[9] Tak znaczna rozbieżność w obu mapach odnośnie położenia Islandii[10] oraz fakt, iż katalońska mapa zachowała się w Bibliotece Ambrosiana w Mediolanie, wcześniej stanowiąc podstawę do wykonania m.in. genueńskiego portolanu na początku XVI w., doprowadziły do przekonania, że w północnej Europie znajdują się dwie dość podobnej wielkości wyspy[11]. Fakt ten częściowo wsparty został daleką od dokładności mapą Olausa Magnusa („Carta marina” wydaną w Wenecji w 1539 r., uzupełnioną w 1555 r. o traktat „Historia de gentibus septentrionalibus”), w której autor poświęcił wiele uwagi północnoeuropejskiej faunie. Ukazanie z kolei wyspy Tile (mitycznej Thule) wraz z innymi mapami tego regionu, jeszcze mniej dokładnymi, jak choćby mapa Jacoba Zieglera z 1532 r., gdzie Islandia ukazana została wertykalnie, upowszechniło błędne przekonania, głównie wśród drukarni weneckich i rzymskich. Po publikacji zaś tzw. mapy Zeniego z 1561 r. oraz rzekomych listów jego przodków: dwóch braci Zeni z końca XIV w. (prawd. ok. 1380-1390 r.), nieistniejąca Fixlanda/Thule stała się symbolem obecności Serenissimy na Morzu Północnym i wręcz zapowiadała możliwość kolonialnej ekspansji Republiki w tym regionie.

[1] Najczęściej wymienia się okres od 1570 do 1670 r. Tak m.in. James A. Welu, The Sources and Development of Cartographic Ornamentation in the Netherlands, w: David Woodward (red.), Art and Cartography. Six Historical Essays, Chicago 1987, s. 147.
[2] „Atlas Major” (zwany też niekiedy „Wielkim Atlasem”) posiadał 600 map formatu znacznie większego niż stosowany przez pozostałe wydawnictwa kartograficzne w publikacjach tego typu. Za: John Rennie Scott, Korea. A Cartographic History, Chicago 2012, s. 46.
[3] Jak wskazuje K. Hastrup znaczenie Islandii wzrosło w XI w., kiedy to wyspa wymieniona została w kilku dokumentach powstałych na terenie kontynentalnej Europy. Za: Kirsten Hastrup, Island of Anthropology. Studies in past and present Iceland, The Viking Collection. Studies in Northern Civilization, vol. 5, Odense 1990, s. 84. Islandia pojawia się również na mapie Al-Idrisiego z 1154 r. Za: Haukur Tómasson, The History of Mapping in Iceland, with Special Reference to Glaciers, „Annals of Glaciology”, vol. 8 (1986), s. 4.
[4] Frederic W. Lucas, The Annals of the Voyages of the Brothers Nicolo and Antonio Zeno in the North Atlantic about the End of the Fourteenth Century and the Claim Founded thereon to a Venetian Discovery of America: a criticism and an indictment, London 1898, s. 29.
[5] Leo Bagrow, History of Cartography, wyd. 2 rozszerzone, New Brunswick 2010, s. 77.
[6] Kirsten Hastrup, Culture and History in Medieval Iceland. An anthropological analysis of structure and change, Oxford 1985, s. 160.
[7] Po uzyskaniu zwierzchności przez Norwegię nad Islandią w latach 1262-1264 w znacznej mierze taka sytuacja była następstwem postanowień umowy pomiędzy Norwegią a Ligą Hanzeatycką z 1294 r., która zastrzegała dla kupców norweskich wyłączność w handlu z Islandią, Wyspami Owczymi, północną Norwegią, Orkadami i Szetlandami. Anglicy (głównie z Bristolu) po raz pierwszy pojawili się w Islandii dopiero w 1415 r., a kupcy Hanzy w 1423 r. Za: Klaus Friedland, The Hanseatic League and Hanse Towns in the Early Penetration of the North, „Arctic”, vol. 37, nr 4 (grudzień 1984), s. 541.
[8] Fridtjof Nansen, Nord i täkeheimen, Kristiania 1911, s. 291; H. Tómasson, op. cit., s. 4.
[9] Farley Mowat, Wyprawy Wikingów. Dawni Normanowie w Grenlandii i Ameryce Północnej, tłum. Wacław Niepokólczycki, Katowice 2008, s. 513.
[10] O tym, że przedstawiony rejon dotyczy Islandii przekonuje porównanie nazw umieszczonych na mapie Mattheusa Prunesa z 1553 r. ze słowami występującymi w języku portugalskim (np. wyraz Espraya oznaczający miejsce wysuszone przez odpływ zostało przetłumaczone jako Spagia, a compa jako campo czyli otwarty teren). Za: F.W. Lucas, op. cit., s. 113.
[11] Podobne nazwy nosiły wyspy na słynnej mapie Fra Mauro z lat 1457-1459 („Ixilandia”) i mapie świata Juana de la Cosy („Frislandia”). Za: Haraldur Sigursson, Some Landmarks in Icelandic Cartography down to the End of the Sixteenth Century, „Arctic”, vol. 37, nr 4 (grudzień 1984), s. 391.

niedziela, 18 marca 2012

Męska czarownica, czepek i zło wcielone

Tegoroczne zajęcia dla studentów nie idą tak dobrze, jakbym tego oczekiwał. Mam wrażenie, że czegoś mi brakuje poza tym, że zwykle ilość czasu w powiązaniu z materiałem, który chciałbym im przekazać, nie do końca idą ze sobą w parze. Nie znaczy to jednak, że zajęcia nie pozwalają rozszerzenie swojej własnej wiedzy, a chęć studentów do zapoznania się z czymś nowym nieustannie mnie zadziwia. Przykładowo jedna ze studentek opisując scenę "Sabatu czarownic" naśladowcy Davida Teniersa młodszego z Muzeum Narodowego w Poznaniu skupiła się na ciekawym problemie męskich czarownic czyli owych mężczyzn, który poprzez swoje paranie się magią także mogli uczestniczyć w sabatach i spotkaniach z duchami nieczystym. A wbrew obiegowym opiniom wcale to nie był margines społeczeństwa, lecz nawet 20% wszystkich skazanych za czary stanowili przedstawiciele płci nie dość urodziwej. Co ciekawe, odsetek ten rósł w kolejnych stuleciach tak, jakby szatańskie zagrożenie coraz bardziej w swej przenikliwości dotykało mężczyzn, mniej podejrzewanych wcześniej o kontakt z tymi mocami. Na ile zatem ta wszechobecność zagrożenia objawiała się w sztuce?
Weźmy jako przykład tę rycinę wykonaną na dwóch płytkach autorstwa Andriesa Jakobsza Stocka, powstałą około 1610 r., a ukazującą znaczną różnorodność zdarzeń, jakie miały mieć miejsce w trakcie owych czarcich spotkań. Poczynając od salamandry w lewym dolnym rogu przez inne diabelskie zwierzęta na nagich kobietach gotowych do odbycia stosunku seksualnego ze swoim szatańskim kochankiem... - artysta ukazał konglomerat niezwykłości, której towarzyszyć miały także wyjątkowe zdarzenia naturalne, jak owa pękająca skała przypominająca trochę wulkan rozsadzający swój własny krater. Nas jednak przede wszystkim interesować powinna męska sylwetka w centrum. W tym wypadku jest to prawdopodobnie ów umiłowany czarownic, które otoczyły go licząc na nieziemskie wrażenia. Często jednak na tego rodzaju ilustracjach pojawiają się też mężczyźni, którzy co prawda uczestniczą w sabatach, ale nie przypisuje im się tak aktywnej roli. Nie dziwi zatem, czemu we współczesnych językach pojęcie czarownicy czy wiedźmy ma stricte kobiece konotacje. Jedynie wyjątkowo wypracowano takie pojęcia jak "warlock" czy "Drudner" lub "Hexenmeister" w zależności od tego, jaką rolę przypisywano mężczyznom w kierowaniu owych kobiet ku grzesznemu życiu. Jeśli przyjrzymy się zatem zapiskom postępowań karnych z tego okresu, to okazuje się, że wielu skazanych mężczyzn było związanych emocjonalnie lub rodzinnie ze skazanymi kobietami. Tym samym niejako zdejmowano z nich odium jako inicjatorów parania się magią, a ci, którzy nie byli spokrewnieni, już wcześniej karani byli za różnorodne przestępstwa. Czarnoksięstwo czyniło więc z nich jeszcze bardziej niebezpiecznych dla społeczeństwa.
Z wiedźmami, zwłaszcza tymi płci męskiej, wiąże się pewne powiedzenie, które obecnie zyskało zupełnie inne znaczenie. "Bycie w czepku urodzonym" zwykle świadczy o jakiejś osobie, że ma niebywałe szczęście, wszystko się jej udaje i wychodzi obronną ręką z trudnych sytuacji. Na przełomie średniowiecza i czasów nowożytnych rozumiano to jednakże w odmienny osób. Kiedy dziecko rodziło się w bólach w osłaniającej płód błonie worka owodniowego traktowano to jako przejaw wyjątkowości danej osoby, której potem przypisywano nadzwyczajne właściwości. Dlatego też zdarzało się, że taki "worek" rodziny brały sobie na pamiątkę i potem "urodzeni" chełpili się nimi. A było czym się chełpić - ci, którzy urodzili się w "czepku" mieli mieć możliwość widzenia duchów i przepowiadać przyszłość, w razie katastrofy morskiej mieli zaś nie tonąć, toteż w okresie późnego średniowiecza często zabierano przynajmniej jedną taką osobę jako "pasażera", by przyniósł szczęście wszystkim podróżnikom. Nie zawsze jednak bycie urodzonym w błonie owodniowej odbierane było jako coś pozytywnego - czasami takimi osobami handlowano jak niewolnikami z tego względu (a matki sprzedawały dzieci), ale też obawiano się, że taka osoba stanie się z czasem wampirem. Z tych przyczyn szybko przebijano błonę, odmawiano modlitwy i czyniono różnorodne rytuały, chociaż zwykle jednak w Europie "czepkowi" przypisywano pozytywne konotacje.
Co to ma wspólnego z męskimi wiedźmami i czarownikami? Okazuje się, że osoby urodzone w ten sposób miały jeszcze jedną dodatkową właściwość, a mianowicie umiejętność rozpoznawania wiedźm i walczyły z nimi niczym van Helsing z wampirami. Stąd też w północnej Italii pod koniec XVI w. rozwinął się swoisty agrarny kult (taka była pierwotnie dominująca koncepcja), tępiony dość umiejętnie przez Inkwizycję, tzw. benandantich, co tłumaczyć można jako "dobrzy wędrowcy". Benandanti składali się tylko z mężczyzn i kobiet urodzonych w "czepku", którzy przypisali sobie niezmiernie odpowiedzialne zadanie - przeważenie szali w odwiecznej walce dobra ze złem. Wywodzący się z okolic Friulu założyciele ruchu przekonali pozostałych, że potrafią leczyć ludzi i widzieć wiedźmy. Na początki ruch nie miał formy zbyt zinstytucjonalizowanej i benandanti zbierali się z okazji różnorodnych świąt, czyniąc swoje rytuały, by zapewnić urodzajność plonom czy wymusić korzystną zmianę pór roku.

O wiele jednak ciekawsza jest walka, jaką benandanti mieli odbywać z wiedźmami w dzień Zielonych Świątek. O północy przywoływać ich mieli aniołowie, którzy następnie przenosili dusze urodzonych w „czepku” pod postacią motyli, myszy, kotów i zajęcy na teren doliny Jozafata. Tam czekały już na nich wiedźmy i czarownicy wyposażone w miotły lub kije i dochodziło do krwawej walki. Jeśli to benandanti wygrali, spodziewać się można było pozytywnych zbiorów, jeśli zaś wiedźmy – prawie cały dorobek regionu miał iść na zatracenie. Mieszkańcy jednak wtedy o tym nie wiedzieli, gdyż tuż po walce zmęczone dusze przedstawicieli zwaśnionych obydwu stron wracały do swoich rodzinnych miejsc i szukały orzeźwienia w postaci czystej wody. Gdy zaś woda na nich nie oczekiwała, spijali oni ponoć wino, a wiedźmy miały być w tym jeszcze bardziej złowieszcze i oddawać mocz w beczułki po alkoholu. Ciało zatem takiego mistycznego wojownika podlegać musiało zatem opiece przez cały czas „starcia”, gdyż w przeciwnym razie nie mógłby on w tej walce uczestniczyć. Należało więc dbać, by się nie przewróciło na brzuch, bo wtedy dusza nie miałaby jak się do ciała dostać (inne formy dostania się do ciała niż przez usta, zostawiam Czytelnikom do własnej imaginacji...). Oczywiście dusza nie wracała, gdy poległa w walce – zdarzało się to jednak, jak łatwo przewidzieć, niebywale rzadko. Gdy zaś dusza nie wróciła do ciała tej nocy do ciała, to musiała krążyć samotnie aż ciało zakończyło swój ziemski żywot. Jak jednak tłumaczono życie ciała bez duszy przez taki czas, niestety nie udało mi się znaleźć...
Drugim elementem, który był potrzebny podczas tej psychomachii był kogut – to jego donośny głos o wschodzie słońca wymuszał powrót duszy do ciała. Jeśli więc z jakichś przyczyn kur nie zapiał, walka mogła się przedłużać i zakończyć się tym samym zwycięstwem drugiej ze stron. Traktowano to było zatem jako zły omen i przejaw rozpoczynającej się aktywności wiedźm, więc dbano o to, by koguta na miejscu nie zabrakło. Okoliczności te wskazują wyraźnie, że kult ten, jakkolwiek dziwny i trochę „plebejski”, nie był w żadnym stopniu zagrożeniem dla społeczeństwa. Ot, kolejna grupa ludzi myślących, że mogą przeważyć szalę zwycięstwa, samych siebie nazywających też rycerzami Chrystusowymi, pomimo ewidentnie pogańskich korzeni samego obrządku. Niemniej benandantimi zainteresowała się Inkwizycja i to z zapisków związanych z procesami wiemy najwięcej o urodzonych w „czepku”. Ponoć w 1575 r. pojawił się niejaki Paolo Gasparutto, który niczym Jezus, twierdził, że potrafi leczyć nawiedzonych, ale też bratał się z nimi i towarzyszył na spotkaniach wiedźmom i goblinom. Postawiony przed inkwizycją potwierdził te wszystkie okoliczności, a nawet dodał, że w trakcie owych spotkań – przypominających zakonnikom dominikańskim sabaty – jeździł na zwierzętach. To z tego rodzaju zapisków inkwizytorów zaczął wyłaniać się w sztuce motyw wiedźm lub czarownic ujeżdżających różnorodne stworzenia, niekiedy fantastyczne, a nawet dosiadających siebie nawzajem.
W każdym razie ów benandant z Brezzano otworzył puszkę Pandory i aż do 1644 r. w tym regionie Inkwizycja walczyła z kultem. Okazało się – być może przy udziale niezbyt humanitarnych form przesłuchania – że „spotkania” odbywały się w każdy czwartek, a nie tylko raz do roku, uczestnicy zapierali się Chrystusa i mieli oddawać swoje dusze diabłu. Większość oskarżonych twierdziła, że ich zachowanie nie stało na przeszkodzie bycia dobrymi chrześcijanami, sądzili, że w ten sposób włączają się w boskie dzieło zbawienia, a decyzję o tym, że są benandantami nie podejmowali sami, lecz było to wynikiem urodzenia się w „czepku”. Ponoć po 10-20 latach „służby” mieli być zwalniani ze swoich obowiązków i wracali do normalnego życia. Co ciekawi badaczy tego problemu, to podejście benandantich do samej instytucji sabatu. Inkwizytorom udawało się określić tę walkę jako właśnie formę chaotycznego „sabatu” (jak choćby przedstawiony powyżej na rycinie Hansa Baldunga Griena), przy czym już wtedy (pod koniec XVI w.) coraz częściej w „fachowej” literaturze demonologicznej kwestionowano prawdziwość takich zgromadzeń. Benandanti mogliby zatem dość łatwo wykręcić się od tego zarzutu, a jednocześnie uratować swoje życie lub uniknąć tortur. Wielu z nich jednak z niebywałą zapalczywością broniło realności walki w Zielone Świątki, dodając dodatkowo, że smarowali się specjalnym olejem, który przypominał nieco inkwizytorom maść czarownic. Dzięki temu mieli nie czuć bólu podczas starcia. Tym co jednak ewidentnie świadczyło na ich niekorzyść była powtarzająca się opowieść, że dusza opuszczała ciało i to pod postacią zwierzęcia. To ewidentnie prowadziło do przyjęcia, że benandanti muszą podlegać kontroli demonów i to tych o zwierzęcych kształtach. Skoro tak było, to ich wizja nie odpowiadała szczytnym celom, które sobie przypisywali, a tym samym stawali się wysłannikami diabła.
Jak widać bycie nadzwyczajnym mężczyzną w tych czasach z jednej strony traktowane było jako swoiste wyróżnienie, z drugiej zaś świadczyć mogło o diabelskich konotacjach. XVII wiek, który śmiało nazwać można wręcz „wiekiem czarownic” z uwagi na skalę procesów o czary i inne karygodne zachowania podobnego typu, zakończył też ewolucję dość ikonografii tego tematu. Liczba obrazów, a zwłaszcza grafik i rycin o tej tematyce, z których co najmniej jeden znajduje się w każdym muzeum w Europie zachodniej i środkowej wyraźnie wskazuje, że zagrożenie przedstawiane było jako wszechobecne. W Niderlandach i północnych Niemczech czarownice miały spotykać się w lasach, bo nie było tam przecież gór lub odosobnionych pagórków – typowego miejsca spotkań choćby w Polsce czy Europie centralnej. Krzywdzić miały ludzi na rozmaite sposoby od rzucania uroku, przez pomór bydła po zatruwanie wody... Z obecnej perspektywy, gdy wiemy jakie mogą być przyczyny różnych zdarzeń wydaje się to dziwne, ale warto pamiętać, że ta pewna psychoza wobec czarownic nie mogła mieć miejsca bez sztucznego intensyfikowania zagrożenia. Jakże bliskie jest to środkom stosowanym do dziś przez media, niekiedy wręcz otwarcie robiącym „z igieł widły”. Czy jest to jednak zwykła propaganda i schlebianie sympatiom politycznym, czy też celowe działanie, którego ofiarami stać się mogą wyrzuceni na margines – tak jak to było niegdyś z zielarkami czy urodzonymi w błonie owodniowej ludźmi? Konkluzję zostawiam jednak pod rozwagę Czytelnika, który – skoro czyta tego bloga – zapewne wie, że nie wszystko jest takim, jakim jawi się w rzeczywistości.

PS. Moc pozdrowień dla Kasi, która zainspirowała mnie do napisania tego posta.

wtorek, 16 sierpnia 2011

Średniowieczna prostytucja

Po kilkudniowej mojej nieobecności na blogu (wynikającej z niezwykle wymagającego weekendu) czas na kolejnego posta - tym razem o problemie dość rzadko podejmowanym przy analizie dzieł sztuki z okresu średniowiecza. Nie da się ukryć, że w trakcie tych dziesięciu wieków dominacji religii nad życiem człowieka, zdarzało się niedoskonałej istocie ludzkiej grzeszyć, kiedy wędrowni kaznodzieje tego nie widzieli. A jak wiadomo, przeciętny mężczyzna ma dwa pragnienia ("lulu" i "papu", chociaż w XX w. doszła do tego Liga Mistrzów), to dziś będzie o tym pierwszym pragnieniu. Na ile zatem z dzieł sztuki możemy powiedzieć coś na temat "najstarszego zawodu świata"? Aby choć trochę rozwiązać tę zagadkę, udajmy się najpierw do Melverode (dzielnicy Brunszwiku), gdzie znajduje się kościół św. Mikołaja. Ten ze wszystkich świętych miał z "kobietami upadłymi" największy kontakt.
Oto fragment fresku przy jednym z okien tej świątyni. Ilustruje on powszechnie znany fragment legendy o św. Mikołaju, który stanowił podstawę dla jego obecnego kultu. Jak wiadomo przyszły biskup Mitry pochodził z bogatego rodu i był niezwykle czuły na punkcie ludzkiej niedoli. Nie chcąc się zbytnio narażać, postanowił więc incognito wspierać potrzebujących, podrzucając im różne podarunki. Najpierw zaczął od kobiet, jak na dżentelmena przystało ;-) Jeden z mieszkańców Patary utracił cały swój majątek i nie miał na posag dla swoich trzech córek. Te w takiej sytuacji mogły zejść na złą drogę, od czego święty postanowił je uchronić. Najpierw podrzucił jednej sakiewkę (lub w innej wersji legendy kulę) i najstarsza z nich dzięki temu znalazła mężczyznę swojego życia. Podobnie uczynił w przypadku pozostałych dwóch sióstr. Tak mu się to pomaganie spodobało, że w analogiczny sposób opiekował się innymi osobami, co jak wiadomo zaprowadziło go aż do funkcji biskupiej.
Z łatwością więc przedstawienia mężczyzny z trzema złotymi kulami (szczególnie popularne w pierwszej połowie minionego tysiąclecia) interpretować można jako wizerunki św. Mikołaja. Problem był jednak znacznie głębszy, bo prostytucja, podobnie jak to ma miejsce dziś, znacznie odbiegała od postulowanej moralności społeczeństwa. Z jednej strony była symbolem ułomności ludzkiego charakteru i duszy, a z drugiej - nie pozwalała na włączenie kobiet oddających się temu procederowi w system chrześcijańskiego społeczeństwa postulowany przez Ojców Kościoła, a potem scholastyków. Dlatego też o średniowiecznej prostytucji nie mamy wielu danych, a pierwsze w miarę wiarygodne informacje pochodzą z X-XI wieku. Intensyfikacja zjawiska nastąpiła w związku z postępującą urbanizacją. Kobiety często zmuszone były do prostytucji przez swoją sytuację materialną, ale co ciekawe zjawisko to dotyczyło głównie tej płci. Mężczyzn sprzedających swoje ciało było o wiele mniej niż przedstawicielek płci pięknej.
Jeden z XV-wiecznych paryżan pisał, że w jego rodzinnym mieście, liczącym podówczas około 200 tysięcy mieszkańców, 5-6 tysięcy kobiet trudni się zadowalaniem pragnień seksualnych ludności. Nie każda jednak kobieta poświęcała się tylko temu - wiele z nich w ciągu dnia wykonywało inne prace, przede wszystkim związane z prostym rzemiosłem. Wyjątkowo wiele informacji dostarczają nam akta sądowe, z których wynika, że ponoć w Dijon aż 27 procent kobiet lekkich obyczajów było ofiarami zbiorowych zgwałceń, zaś mniej więcej połowa była przymuszana do uprawiania nierządu. Brrr, przerażające! Mając na uwadze ówczesny wiek wychodzenia za mąż, nie powinno nas to dziwić (choć i tak z XXI-wiecznej perspektywy ciężko to sobie wyobrazić), niemniej aż 1/3 wszystkich prostytutek w Dijon nie miała skończonych piętnastu lat, a średnio nierządnice rozpoczynały swoją "karierę" jako siedemnastolatki.
"Portret nieznanej kobiety" (zwany też "Portretem kurtyzany") pędzla Vittore Carpaccio, znajdujący się w rzymskiej Gallerii Borghese, to właśnie taki przykład kobiety parającej się tym zawodem, chociaż nie jest to takie pewne. Przyjrzyjmy się zatem dokładnie jej atrybutom, gdyż osobiście nie wydaje mi się, byśmy mieli tutaj do czynienia z kobietą lekkich obyczajów, jak jeszcze kilka dziesięcioleci temu sugerowali niektórzy historycy sztuki. Zacznijmy od biżuterii. Perła była symbolem Maryjnej czystości, więc średnio pasuje to kobiecie, która z czystością duchową (i w pewnej mierze cielesną) ma niewiele wspólnego. Drugi element to sam fakt występowania biżuterii. Średniowieczne przepisy bardzo dokładnie regulowały stroje, jakie nosić mogli poszczególni członkowie społeczności. Problemem było jednak traktowanie tych, do których społeczność nie chciała się przyznać - wyrzutków, jak Żydzi czy trędowaci. Analogicznie czyniono to z prostytutkami, w przypadku których starano się narzucić im konkretny styl ubierania się, by były łatwo widoczne. I tak w Londynie nie mogły nosić sukni z podszewką, w Augsburgu musiały mieć zielone szarfy, a w Mediolanie czarną pelerynę. Dodatkowo zakazano nierządnicom także noszenia biżuterii, twierdząc (moim zdaniem słusznie), że przyciąga ona męski wzrok i wzmaga pożądanie. Jednocześnie miało to też przeciwdziałać odnośnie tego, jak kobiety postrzegały prostytutki - brak zbytków miał pokazywać, że z trudem wiążą one koniec z końcem i odstraszać przed zejściem na złą drogę. Jak z łatwością jednak można przeczytać w "Dekameronie" czy przede wszystkim w "Ragionamenti" Pietra Aretino, Włoszki cnotliwością nie grzeszyły...
Powstała na początku XVI w. grafika przedstawiająca wenecką kurtyzanę z Amorem odnosi się do tego, z czego Serenissima była znana. Obraz V. Carpaccia prawdopodobnie przedstawia także Wenecjankę, ale to w tej rycinie ukazano nałożnicę wyższych sfer miasta bez murów.Przeciętnym miłośnikom ziemskich igraszek daleko jednak było do korzystania z jej usług. Dla nich miasta, chcąc kontrolować "kto, z kim i dlaczego", tworzyły lokalne domy rozpusty, co miało także swój utylitarny charakter - pozwałało powstrzymać rozprzestrzenianie się chorób i zawsze było na kogo zwalić winę (jakby co). Za suterenerów robili specjalni miejscy urzędnicy, którzy pod koniec miesiąca zbierali kasę od dziewczyn do specjalnej puszki, a potem dzielili każdej "pracownicy" i sprzątaczom ich dole. A że podziały nie zawsze były sprawiedliwe, to chyba nie trzeba nikogo przekonywać. Z tych to powodów niektóre miasta na kontynencie, zwłaszcza te północnowłoskie, tworzyły własne przepisy określające, ile każda kobieta ma otrzymać miesięcznej wypłaty.
Jeszcze bardziej zaskakującym jest fakt, że niektóre domy rozpusty umiejscowione były na gruntach należących do Kościoła. Podyktowane to było faktem, iż w ten sposób unikano podlegania prawu miejskiemu, a przede wszystkim Inkwizycji. Z drugiej strony właściciele takich erotycznych instytucji musieli zapewnić, że w posiadanych przez nich budynkach nie będzie się działo nic "zbytnio" zdrożnego (czyli np. uprawianie seksu przez dwie osoby tej samej płci). Dość szybko przekonano się jednak, że tego rodzaju interes bardzo się opłaca i niektórym duchownym przestało wystarczać jedynie sprawowanie "opieki" nad lokalnym "burdelem". Przykładowo w 1309 r. biskup Strasburga, Jan, postanowił z własnej kiesy zbudować taki dom rozpusty, który generowałby zyski dla diecezji. W podobny sposób niewola awiniońska spowodowała, że ruch w "interesie" rozwinął się w XIV w., a jeden z najbardziej znanych domów (ze względu na klientelę) nosił zwyczają nazwę Opactwo.
Poza św. Mikołajem przedstawień kobiet lekkich obyczajów nie ma wiele, zaś kurtyzany w obrazach i rycinach na większą skalę pojawiły się dopiero pod koniec średniowiecza, gdy rozluźnieniu uległy niektóre więzy moralne. Słynny obraz Jeana Fouquet "Madonna z Dzieciątkiem Etienne'a Chevalier" (link) przedstawia prawdopodobnie metresę Karola VII, Agnes Sorel. Rafael malował swoją Fornarinę, z którą też wiązał go nieformalny romans, a wizerunek Simonetty Vespucci został wykorzystany przez Botticellego w "Narodzinach Wenus". To jednak był inny typ kobiety niż te biedne chłopki czy mieszczki, które jedynie w ten sposób mogły zarobić na chleb dla siebie i swoich dzieci. Kiedy ubóstwiano niedościgłe, czasem nieosiągalne obiekty uczuć w kolejnych pieśniach trubadurów i listach zrównujących je z rzymskimi nimfami, wielu mężczyzn nie miało skrupułów, by rozładować napięcie z kimś o niższej pozycji społecznej. Smutne to, ale ale prawdziwe... Na szczęście potem pojawiła się epidemia "francuskiej choroby", a ona spowodowała drastyczną zmianę w podejściu do korzystania z kobiecych wdzięków. Ale o tym był już post parę miesięcy temu (link).