sobota, 24 grudnia 2011
Późnośredniowieczne herezje we Włoszech - część 3
poniedziałek, 12 grudnia 2011
Szaleństwo Nabuchodonozora - część 2
poniedziałek, 25 kwietnia 2011
Żydzi jako niewierni w średniowieczu
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Rzeźba gotycka we Francji
Najważniejszym obiektem w dziejach rzeźby gotyckiej jest tzw. portal królewski katedry w Chartres, który wzniesiono już ok. poł. XII w. To on zainspirował wielu artystów swoim bogactwem, a zarazem nowatorskim oderwaniem postaci od lica muru. Ściana została w tym celu cofnięta, by postaci i kolumny zajęły jej miejsce. Z drugiej jednak strony rzeźba z powrotem zaczęła pełnić funkcję architektoniczną, jak chociażby święci z portalu, którzy przypominać mogą starożytne kariatydy. Zresztą postaci te wyciosano z jednego bloku wraz z elementami ościeża katedry. Odrzucono zatem antyczną koncepcję rzeźby wolnostojącej i zwrócono się raczej ku jak najpełniejszej integracji rzeźby z architekturą. Pojawia się też na wielką skalę baldachim jako istotny element rzeźby gotyckiej. To on sugerować miał trójwymiarowość, to w ten sposób zaznaczono, że odbiorca ma do czynienia z czymś innym niż zwykłe ilustrowanie sceny biblijnej. Kolejnym nowatorskim rozwiązaniem był fakt, że figury zaokrągliły się wokół własnej osi, pozostawiając kolumny w tle. Starano się zatem skrzętnie maskować ich tektoniczny charakter, zwłaszcza w przypadku rzeźb wewnątrz kościoła i przy portalach. Zaskakująca jest też tematyka prac powstających na terenie obecnej Francji. W latach 1130-1160 na północy tego kraju figury związane z kolumnami ilustrowały tematy ze „Starego Testamentu”, zaś na południu figury w niszach przedstawiały wyłącznie apostołów. Problem ten jak dotąd nie został przekonująco rozwiązany i być może wiąże się ze specyficznym statusem figury pełnoplastycznej właśnie w tym regionie.
Zmianie ulegały w kolejnych dziesięcioleciach nie tylko kwestie techniczne, ale i ideowe. Kult Maryi spowodował, że w wielu katedrach wyparła ona Jezusa z głównych portali. Taka sytuacja pojawia się już ok. 1175 r. w katedrze w Senlis, zaś sama Maryja utożsamiona została z Ecclesią, zaś jej zaślubiny są formą zaślubin Chrystusa z Kościołem. Podobny charakter przypisano fasadzie Notre-Dame w Paryżu, powstałej ok. 1210 r. Postaci nie są tu jednak tak dynamiczne jak w Senlis, przedstawiono je bardziej harmonijnie, wzniośle, z pewną specyficzną powagą. To właśnie taki zidealizowany styl wydłużonych proporcji będzie najbardziej popularny w XIII-wiecznej Francji, chociaż w Notre-Dame widać wciąż bardzo znaczne dążenie ku pracom sztuki romańskiej. Postaci skierowane zostały na wprost, zależność zachowań między nimi nie jest tak oczywista, jak miało to miejsce w Chartres. Podporządkowane więc zostały widzowi, a wraz z uproszczeniem schematu wizualnego podążono za uproszczeniem też religijnego wymiaru dzieła.
Jak zatem postrzegano znaczenie katedry i jaką rolę w tym odgrywała rzeźba? Najprościej prześledzić to na przykładzie Amiens, którą zaczęto wznosić w 1218 r., a fasadę ukończono kilka lat później. Centrum dolnej partii portalu zachodniego zajmuje postać Chrystusa – Zwycięzcy, triumfującego i symbolizującego bramę Niebios – tego, przez którego trzeba przejść, by dostąpić zbawienia. Towarzyszą mi w tym apostołowie, niejako kierujący odbiorcę w drodze do Chrystusa (są oni zatem swoistym pośrednikiem zgodnie z teologią chrześcijańską). Kolejną partię postaci stanowią prorocy zapowiadający przyjście Jezusa oraz ci, którzy stanowić mogli archetypy Zbawiciela w „Starym Testamencie”. W Amiens oparto się zatem na jednej z dwóch dominujących koncepcji interpretacji portalu, mianowicie na ukazaniu planu Zbawienia. Drugą konkurencyjną koncepcją była idea obrony przed złymi duchami, co wskazuje na specyfikę ujęcia samego miejsca „sacrum”, jakim była świątynia gotycka. Sacrum bowiem rozciągało sie nie tylko na samo miejsce sanktuarium, tabernakulum, relikwiarz czy miejsce pochówku lub upamiętnienia świętego, lecz na całą budowlę będącą wizerunkiem Niebieskiego Jeruzalem na ziemi. To w specyficznej konstrukcji odwoływano się do świątyni Salomona, rywalizowano w uchwyceniu idealnych proporcji i zależności geometrycznych celem stworzenia obiektu maksymalnie odpowiadającego potrzebom kultu. Każda partia obiektu poddana została pod religijną dysputę poczynając od kolumn (tu przejęto pochodzącą jeszcze z 1. tysiąclecia ideę Apostołów jako filarów Kościoła), poprzez dekorację (mającą wyrażać najważniejsze tezy i dogmaty wiary, a także oczekiwania nowego, lepszego świata) aż po wieże, będące symbolem aspirowania całej religijnej społeczności ku niebu.
W Amiens skupiono się oczywiście nie tylko na portalu zachodnim, ale także nadano symboliczne znaczenie pozostałym wejściom. Po stronie południowej portal poświęcono Maryi, którą przedstawiono jako nową Ewę depczącą węża. Wokół tej postaci umieszczono historię upadku pierwszych ludzi, z czym skontrastowano wizerunek w tympanonie z Maryją poślubiającą Chrystusa, będącego tutaj symbolem Kościoła. W ten sposób zatem przypisano jej istotną rolę jako kobiecie, która poprzez swoje czyny współuczestniczyła w odwróceniu zmazy grzechu pierworodnego i jako pierwsza dostąpiła zbawienia jeszcze za życia. Zwłaszcza ten ostatni wątek jest szczególnie istotny i popularny już w okresie sztuki romańskiej, gdzie często scena zasypiającej Maryi i przychodzącego po jej duszą Chrystusa pojawiała się w rzeźbie portalowej. Odniesiono się też do koncepcji zależności między wiarą prawowitą (chrześcijaństwem) a nie do końca spełnioną (judaizmem). W tym wypadku polega to na ukazaniu po lewej stronie (zwykle po tej stronie umieszczano istoty potępione lub niezasługujące na zbawienie) symboli właśnie wiary żydowskiej, z której dopiero później wyłonił się Kościół, będący w stanie rozpoznać prawdziwego Mesjasza.
Północny portal katedry poświęcono lokalnym świętym, zwłaszcza św. Firminowi, pierwszemu biskupowi Amiens. Wraz z gronem innych świętych i męczenników stał się on symbolem kościoła zwycięskiego, walczącego z poganami i przeciwnikami wiary. Sugeruje to umiejscowienie obok Firmina kapłana Auxiliusa, będącego jeszcze wyznawcą poprzedniej religii. Przyjęcie chrześcijaństwa jest także symbolem nowej ery i niejako datuje finalny okres w dziejach człowieka, co sugerują przedstawione wokół znaki Zodiaku i prace człowieka w poszczególnych miesiącach. Zbliża to więc portal w Amiens do popularnych w XIII w. idei końca świata, szczególnie popularnych we Francji i Italii.
Ewolucja portali gotyckich została znacznie zmieniona przez stworzenie dekoracji w budowanym od 1212 r. kościele Notre-Dame w Reims. Tutaj postaci były szlachetne, wręcz wykwintnie wykonane, zaś ich szaty pokryto siatką delikatnych fałd (jak w Nawiedzeniu czy Zwiastowaniu). Pojawiają się więc dwa pomysły na rzeźbę architektoniczną tego okresu – pierwszy w okolicach Paryża (Ile-de-France), gdzie figury były wzniosłe i surowe oraz drugi właśnie w Szampanii o większej liczbie fantazyjnych rozwiązań. Trwał on jednak tylko do ok. 1250 r., kiedy to dekoracje stolicy monarchii przeważyły, zwłaszcza w związku z nowymi pomysłami artystycznymi powstałymi w tym regionie (jak np. dekoracja Sainte-Chapelle). To właśnie ten obiekt powstały w latach 1243-1248, będący kaplicą Ludwika IX, narzucił kierunek rozwoju sztuce gotyckiej. Tę formę przyjęto nawet w Reims, gdzie wykonano słynnego śmiejącego się anioła ok. 1250 r. Jego ciało jest bardzo smukłe, postać zdaje się wręcz unosić w powietrzu, zaś taneczna poza odbiega od dorobku dotychczasowej sztuki. Sam zaś uśmiech bliski jest innym pracom z tego okresu, jak choćby w Naumburgu czy Bambergu.
sobota, 16 kwietnia 2011
Późny gotyk i rzeźba gotycka w Niemczech
piątek, 31 grudnia 2010
Co po sylwestrowym końcu świata?
W poprzednim poście było o tym, jak nieliczni ludzie obawiali się końca świata w 1000 r., a także czekali rozpoczęcia się nowej, siódmej już z kolei epoki w dziejach ludzkości. Dlaczego siódmej? Otóż cytowany parę dni temu Rodolfus Glaber (zwany też we francuskiej nauce Ralfem lub Raulem) stwierdził, że epok jest siedem, bo w końcu Stwórca poświęcił sześć dni, by uruchomić “wszystkie części machiny świata” i przez siedem tysięcy “natrudził się, by nauczać ludzi”. Tę siedmiodzielną strukturę wykorzysta potem Joachim z Fiore i zapoczątkuje odnowę ruchu millenarystycznego w Italii. Pytanie więc polega na tym, jakie to znaki miały przekonać ludność, że zaczyna się nowa epoka, w której dopełni się Boski plan dziejów ludzkości? Rok 1000 minął w miarę bez takich wydarzeń, co ponoć zmartwiło co niektórych. Jedynie w grudniu pojawiła się na nibie straszliwa kometa”, o której wspomniał w swej kronice niejaki Sigebert z Gembloux. Ale czymże jest kometa, kiedy można przyjrzeć się zepsuciu społeczeństwa i tam doszukać się upadku obyczajów?
Cóż więc z rokiem tysięcznym może mieć ten oto przedstawiony obok pomnik Wergiliusza. Po pierwsze nie powstał w omawianym okresie, bo dopiero w XIV w. Po drugie jest to jeden z dwóch (które kojarzę, może być więcej) pomników tego poety w Mantui, znajdujący się w murach Palazzo della Raggione – od strony placu Broletto. Otóż wbre pozorom wiele. Wergiliusz, który urodził się w Andes, które leży niedaleko miasta Gonzagów. W XIII w. nie leżało jednak w obrębie Mantui, lecz położonego obok Pietole, o którym wspomniał nawet Dante w “Boskiej komedii”. Rzymski poeta, będący w średniowieczu synonimem wielkiej literatury (a na dodatek twierdzono, że w “Bukolikach” przewidział nadejście Chrystusa) stał się szczególnym obiektem zainteresowania Wilgarda, żyjącego w X w. w Rawennie. Znany nam już Rodolfus Glaber podaje, że ten italski “naukowiec” na tyle zajął się studiowaniem pism Wirgiliusza, Horacego i Juwenalisa, że ci pewnego razu przyśnili mu się w nocy. Demony przepowiedziały ogarniętemu pychą Wilgardowi, że dzięki ich pismom wywyższą śniącego do chwały, jaką sami są obdarzani. Jak pisze Glaber “zepsuty przez diabelską mistyfikację” raweński scholar zaczął nauczać, że nie liczy się “Pismo Święte” czy teksty Ojców Kościoła, ale to właśnie tym poetom należy wierzyć bezgranicznie. O ile kilka stuleci później taką osobę chętnie przyjęliby na swój dwór możni europejskiego świata, to w samym środku średniowiecza takie słowa mogły źle się skończyć. Tak też było w przypadku Wilgarda – zmarły w 971 r. biskup Rawenny, Piotr VI, skazał scholara na śmierć jako heretyka. Mnich Rodolfus zaś uznał, że jest to symbol końca znanych mu czasów i nadejścia nowej epoki. Jak sam stwierdził: “W całej Italii wykryto wówczas wielu gorliwych zwolenników tego zgubnego dogmatu, którzy również ponieśli śmierć – już to od miecza, już to od ognia” (cytaty w dzisiejszym poście pochodzą ze znalezionej przeze mnie wczoraj w bibliotece książki: Georges Duby, “Rok Tysięczny”, tłum. Małgorzata Malewicz, Warszawa 1997, ten ze s. 54). Glaber mówił tutaj przede wszystkim o południowej Italii. To tam, zwłaszcza w księstwie Neapolu na większą skalę zaczęto zaczytywać się tekstami rzymskich klasyków. Ale czy pragnienie nabycia wiedzy może być poczytane za objaw końca świata? I czy snom można ufać?
Ten sam Rodolfus pisze o innym wydarzeniu tuż po roku tysięcznym. Pewien chłop imieniem Leutard z zabitej dechami wsi Vertus obok Chalons-sur-Marne (miejscowości znanej chyba tylko z tego, że to ona ma być prawdopodobnie Polami Katalaunijskimi oraz urodził się tam wynalazca puszkowania żywności) także miał wizję. Tym razem jakiś głos powiedział mu, że ma opuścić swoją żonę i zdemolować miejscowy kościół. Brzmiało dziwacznie, ale cóż, z wizjami się nie dyskutuje. A może żona nie była tego warta? W każdym razie Leutard powoływał się na “Biblię” i mówił, że dziesięcina czy podatki są nieużyteczne. Wichrzyciela szybko pochwycono, przyprowadzono przed sąd biskupi, ale nim zdążono wydać wyrok (być może obawiając się bolesnej śmierci na stosie) rzucił się do studni i tak dokonał żywota. Szczerze mówiąc nie jestem pewien, które bardziej boli, ale wolę się nie dowiadywać. Wizje jednak w tym czasie zdarzały się też władcom i to właśnie jedna z nich bezpośrednio wiąże się z rokiem tysięcznym.
Kilka dni temu było o tym, jak Otton III postanowił dokonać “renowacji” swojego imperium wykorzystał w tym celu coś na kształt kultu Karola Wielkiego jako wybitnego monarchy. Nie zrobił jednak tego przypadkiem (dla przypomnienia było to w dzień Zesłania Ducha Świętego, a to właśnie po 1000 r. miała zacząć się epoka tej osoby Trójcy). Powstający później przez 50 lat relikwiarz frankijskiego cesarza skrywał w katedrze w Akwizgranie ciało władcy. Ale żeby zrobić piękny relikwiarz, do czego sztuka Rzeszy X-XI w. nas przyzwyczaiła, najpierw należało znaleźć zwłoki. Wiadomo było, że Karola pochowano przy katedrze, ale dokładnie nie wiedziano gdzie. I tu z pomocą Ottonowi III przyszła nocna wizja. Thietmar pisze, że cesarz ujrzał miejsce pochówku we śnie i po trzech dniach kopania ukazały im się świetnie zakonserwowane ciało. Co więcej Karol okazał się rzeczywiście wielki! Złota korona, jaką odkryto przy okazji zjeżdżała z głowy obecnemu przy tym akcie akwizgrańskiemu kanonikowi. Za porównywanie się do pierwszego frankijskiego cesarza został surogo ukarany. Gdy przyłożył kość nogi do swojej kończyny, natychmiast uległa ona złamaniu. Tym oto sposobem kanonik Adalbert na 40 kolejnych lat został kaleką…
Czemu Ottonowi III tak zależało na ciele Karola Wielkiego? Każde dziecko wie, że to Karol był wzorem rodzących się wówczas monarchii. w końcu stąd wywodzi się polskie słowo “król” na określenie typu monarchy nieznanego wielu organizacjom plemiennym, gdzie najwyższą władzą był wiec. Okazuje się bowiem, że w myśleniu X-wiecznym dzieje ludzkości to niejako dzieje Cesarstwa. To ono docelowo skupiać miało całą ludność chrześcijańską, w której władzę świecką sprawować miał cesarz, a nad “rządem dusz” – papież. Podobnie mógł myśleć właśnie Otton i Sylwester. Tak więc koniec świata nastąpić mógł jedynie, gdy wszelkie ziemie oderwą się od Cesarstwa, a władzę sprawować będzie złowrogi antychryst. Czy więc próba silnego powiązania Polski i Węgier ze swoim państwem była formą przeciwdziałania tym tendencjom. Tego nie dowiemy się chyba, dopóki jakiś fenomenalny historyk nie połączy całej dostępnej nam obecnie wiedzy na temat religii, społeczeństwa i systemu władzy w Europie przełomu X i XI w.
Pierwszym słowem tego zdania jest tysięczny wyraz w dzisiejszym poście. Jak widać końca świata nie było – rok 1000 to data kluczowa dla historii Polski i Węgier, a także Islandii (początek chrystianizacji). Więcej ciekawych rzeczy działo się poza Europą – Wikingowie odkryli Amerykę, a Chińczycy wynaleźli proch strzelniczy. Ale końca świata nie było. Nie było go też w 1003 r., gdy na terenie obecnej Francji doszło do katastrofalnej powodzi oraz urodziło się dziecko traktowane w ówczesnych kategoriach za “potworka”. Ludzie żyli jak dotąd – buntowali się, wojowali, ciężko pracowali na polu, modlili się i grabili nawzajem. W sumie nas też nic ciekawego zdaniem numerologów nie czeka w nadchodzącym roku. Co do potencjalnych fajnych wydarzeń w nadchodzącym roku zawsze można liczyć na naukowców. Zdaniem NASA jest 0,09% szans, że asteroida 2010 WE3 uderzy w Ziemię. A właściwie nie uderzy, tylko w atmosferze rozerwie się na 2087 kawałeczków. W sumie nawet dobrze, że przez zachmurzenie i zanieczyszczenie środowiska niewiele było widać z ostatniego zaćmienia Księżyca. A szkoda, bo kolejne takie zjawisko astronomiczne w dniu przesilenia zimowego wypadnie dopiero za 84 lata. Coś czuję, że mogę nie dożyć…
niedziela, 19 grudnia 2010
Rodin i muzyka
Niestety mój ulubiony styl muzyczny, czyli trance i podobnego typu muzyka elektroniczna (jak house, progressive czy synthpop), nie ma najlepszych okładek płyt. Didżeje przede wszystkim robią sobie nazwisko dzięki audycjom, w których miksują najlepsze kawałki, a zarabiają na koncertach w klubach czy halach widowiskowych. Tak więc, podobnie jak w październiku, gdy pisałem o rzeźbie gotyckiej i jednej z metalowych płyt (link), tym razem znowu będę musiał się zająć tym stylem muzycznym. I chociaż płyta mi się niezbyt podoba, a teksty są lekko dołujące, by nie rzec "satanistyczne", to jednak wykorzystanie opus vitae Auguste'a Rodina ukazuje, jak egzystuje jego najsłynniejsze dzieło. A więc do rzeczy: paręnaście dni temu hiszpańska grupa Uruk-Hai (nazywająca się jak ta ulepszowa wersja orków z "Władcy Pierścieni" Tolkiena) wydała płytę "Archi Catedra Nigra Diaboli". Jako okładkę zaś wykorzystano "Bramę Piekieł" Rodina, co nawet całkiem pasuje do tytułu i treści niektórych piosenek.
Na początek więc trzeba przyjrzeć się zespołowi, którego muzyka ponoć wymyka się konwencjom nazewniczym fanów takich brzemień. Zdaniem większości robią coś na pograniczu raw black metalu. Sama zaś nazwa wywodzi się ze wspomnianej powieści, gdzie po raz pierwszy Uruk-haie pojawiają się w trakcie próby zdobycia eksortowanego przez hobbitów pierścienia. Ta rasa wykształcona przez Sarumana (stąd też na twarzach nosili symbol białej ręki jako oznakę poddania władzy czarodzieja) miała być bardziej odporna na ciosy, inteligentniejsza oraz silniejsza. Wiedza ta nijak nam się nie przyda do analizy okładki i wykazania, czemu akurat "synteza dziejów ludzkości", jak widział swoją pracę A. Rodin, wykorzystana została do promocji dziesięciu zawartych na nośniku piosenek.
Istotniejsza jest raczej legenda, jaką obrosło tworzenie przez urodzonego w Paryżu artystę pracy rozpoczętej ok. 1880 r. Wcześniej, bo w 1878 r. dostał prestiżowe zadanie wykonania postaci św. Jana Chrzciciela dla Hotelu de Ville w stolicy Francji. To wtedy nawiązał do Donatella, którego wraz z Michałem Aniołem podziwiać mógł podczas podrózy do Włoch z 1875 r. Taka italska peregrynacja przede wszystkim ma znaczenie dla rzeźbiarzy, bo o ile obrazy niewiele tracą poprzez reprodukcje w książkach, to sam miałem możliwość przekonania się, że dopiero dokładne obejrzenie niektórych rzeźb na żywo pokazuje maestrię ich wykonania. Tym większe znaczenie musiało to mieć dla XIX-wiecznego młodego rzeźbiarza, który jeśli miał styczność z posągami z okresu renesansu, to jedynie w postaci mniej lub bardziej udanych kopii, z rzadka widzianych w Akademii (Rodin trzy razy bezskutecznie próbował dostać się do paryskiej Szkoły Sztuk Pięknych) lub czarno-białych ilustracji. Na marginesie dodać można, że i dziś taki wyjazd wiele daje - mój kumpel niedawno przedstawił na jednej z konferencji bardzo przekonujący referat o wpływie podróży do Włoch na Antoniego Rząsę, jednego z bardziej oryginalnych polskich artystów 2. połowy minionego stulecia. Dopiero więc, kiedy francuski rzeźbiarz wykazał się maestrią porównywalną z najwybitniejszymi autorami prac renesansu i baroku, dostał wspomniane zlecenie wykonania ościeży do Muzeum Sztuk Dekoracyjnych w Paryżu. Pracy jednak nie ukończył przez najbliższe prawie czterdzieści lat aż do śmierci w 1917 r. Jak widać synestezja sztuk i alegoria ludzkich losów przekracza możliwości jednego człowieka...
Pracę Rodin skończyć miał w 1885 r., ale nie bardzo się to udało. Obecnie większość rzeźb znajduje się przy wejściu do Musee Rodin w Paryżu (na ilustracji), przy czym odlewy przekazano do innytch muzeów w Paryżu i Zurychu. Samo zaś muzeum artysty powstało w wyniku umowy zawartej po długich negocjacjach w 1916 r. Rodin w 1908 r. wynajął piętro w paryskim Hotel Biron z przeznaczeniem, by urządzić tam dla siebie mieszkanie i pracownię. Wreszcie w 1916 r. został właścicielem tego lokalu, ale zobowiązać się musiał, że po jego śmierci powstanie tam jego muzeum. Jak widać państwo francuskie zrobiło dobskonałą inwestycję, skoro już rok później artysta dokonał żywota. Dzięki temu jednak obecnie większość prac Rodina oglądać można w jednym miejscu. Wynika to też z charakteru "La Porte de l'Enfer" - łączy ona w sobie słynnego "Myśliciela" inspirowanego nagą postacią z "Sądu Ostatecznego" Michała Anioła, a także w pierwotnej wersji umieszczono tam także "Pocałunek". Ta pierwsza rzeźba symbolizować miała Dantego, który niejako ucieleśniać miał w swej profetycznej zadumie to, co opisał w jednej z części "Boskiej Komedii". Całujące się zaś postacie w oryginale były Francescą da Polenta, córką władcy Rawenny, która swojego męża zdradzała z jego młodszym bratem, Paolo Malatestą z rodu kontrolującego Rimini. Tematy te ewidentnie pokazują, co inspiruje Rodina. Nie tylko rzeźba, jak słynna "Brama Raju" Lorenza Ghiberthiego we Florencji, powstała na początku XV w., ale także malarstwo, jak wspomniany fresk Michała Anioła. Jednakże Rodin nie zamykał się wyłącznie na sztukę dawną, lecz kreatywnie korzystał z dorobku XIX-wiecznego malarstwa. "Pocałunek", który ostatecznie odłączono od "Bramy Piekieł", bo za bardzo kontrastował z przedstawieniami cierpiących postaci, to przecież temat podejmowany przede wszystkim przez J.-A.-D. Ingresa, angielskich prerafaelitów, ale bodajże najbliższy jest rycinie Gustave'a Doré z 1857 r. W ilustracji tego wybitnego grafika do "Boskiej Komedii" prawie nagie ciała kochanków pozostają w uścisku pośrednim między pocałunkiem a aktem seksualnym. Raczej sycą się swoimi ciałami, nadmierną bliskością, czują każdy swój mięsień i każdy szczegół ziemskich powłok. To, co je łączy, to właśnie taka cielesna komunia, nie grzeszna, lecz wyrażająca się w fascynacji nagością drugiej osoby. Z tego Rodin wykorzystał prawą rękę Paola, którą ten przyciska do siebie swoją oblubienicę i sam pomysł takiego ich powiązania (link).
Niezwykle ciężko jest przenieść pomysły graficzne czy malarskie na sztukę rzeźbiarską, a więc pozostającą w jednym wymiarze więcej, co potwierdzić może każdy, kto choć raz próbował najpierw sobie narysować szkic nawet najprostszej rzeźby, a potem są stworzyć. Rodin potrafił natomiast dokonywać tego w sposób co najmniej genialny. Jego summa artystyczna, jakim jest "Brama Piekieł" korzysta jednak nie tylko z tych dwóch dziedzin sztuki, ale paryski twórca myślał także o inspiracjach architektonicznych. Podobieństwo kompozycyjne przypomina bowiem postaci, które pojawiają się na jednej z najpiękniejszych katedr włoskich, czyli słynny cykl "Sądu Ostatecznego" w Orvieto.
Południowo-wschodni relief, którego dolną część przedstawia ilustracja obok, to jedno z najciekawszych dzieł początku XIV w. Lorenzo Maitani, który w 1310 r. został szefem przykatedralnego warsztatu przez najbliższe 20 lat nadzorował wykonanie cyklu reliefów, przedstawiających nie tylko moment Paruzji, ale także sceny z życia Adama i Ewy, przepowiednie proroków czy symbole Ewangelistów. Cztery filary, każdy dotyczący innego okresu ("Sąd Ostateczny" jest na ostatnim z nich) to pomysł, który mógł okazać się bardzo przydatny dla Rodina. Miał on bowiem problem, na co wskazują szkice i próbne kompozycje w glinie, z przestrzennym rozmieszczeniem zaplanowanych postaci. Dorobek Ghibertiego, czy bardziej mu współczesnych rzeźbiarzy jak Henri de Triquet niezbyt odpowiadał geniuszowi Rodina. Zaburzenie czterodzielności drzwi i dotychczasowy zwyczaj robienia przedstawień w kwadratowych reliefach wskazuje na kreatywne przekształcenie tego pomysłu przez Rodina. Bezpośrednim zaś związkiem ikonograficznym jest wykorzystanie winorośli jako elementu dekoracyjnego i scalającego kompozycję, podczas gdy większość rzeźbiarzy korzystała raczej z girland. Torturowane zaś postaci z "Bramy Piekieł" to odniesienie do cierpiących ludzi w "Sądzie Ostatecznym". Dante zwał je "cieniami" oraz duchami zmarłych - Rodin postanowił więc zredukować ich cielesność. Już nie są zakute w kajdany czy szarpane przez diabła - przeżywają raczej katusze wewnętrzne, co przekłada się na ich wygląd...
Widać więc, że Rodin stworzył kompozycję, która potrafi poruszyć. Smaczku dodaje nieukończenie tej pracy, a przecież wstępnie planowano, że uda się zrobić rzeźby do każdej sfery, którą odwiedził florencki poeta. Zarazem jednak Rodin spowodował odnowienie tego tematu i połączył maestrię swojego rzeźbiarstwa z wyjątkowym tematem. Trochę żal, że obecnie katusze dusz powiązane zostały z muzyką, która odnosi się raczej do ciemnej strony ludzkiej duchowości, bo takie są brzmienia piosenek Uruk-Hai. Dobrze jednak, że w ten sposób to wyjątkowe dzieło jakim jest "La Porte de l'Enfer" przyswajane jest nowym pokoleniom odbiorców. Rodinowi udało się bowiem coś, co nie każdy autor potrafi dokonać. Z niemego zimnego kamienia czy brązu wycisnął gigantyczną ilość uczuć, nieważne czy przedstawiając radujące się sobą postaci, bojących się śmierci ludzi (jak w "Mieszczanach z Calais") czy właśnie cierpienia ludzi pozbawionych nadziei.
środa, 1 grudnia 2010
Biblia katarów
Popołudnie 1 grudnia, więc czas na pierwszego posta w tym miesiącu. I on, podobnie jak poprzednie, związany jest z tym co ostatnio wpadło w moje chciwe łapki. Tym razem w związku z nadchodzącą konferencją katuję książki na temat italskich herezji. Na marginesie więc tego, co średnio naukowym językiem udało mi się spłodzić powstał temat dzisiejszego posta. Pytanie jest dość naiwnie postawione, ale w końcu dzięki również takim pytaniom, rozwija się nauka. Mianowicie, czy herezje średniowieczne miały swoją własną sztukę? Obecnie bowiem analizujemy sztukę przez pryzmat tego, co czytamy w dziełach bardziej (jak św. Augustyn) i mniej cenionych (jak Orygenes czy Tertulian) Ojców Kościoła. To ich namysł nad światem ukształtował w znacznej mierze średniowieczne widzenie tego, co na ziemi jak przednówka przyszłego Królestwa Niebieskiego. Czy więc ówczesne ruchy religijne pojmowały świat podobnie i dawały temu wyraz w sztuce?
Badacze często z katarami i albigensami wiążą specyficzne krucyfiksy, jak i stele, jak ta pokazana na obrazku obok. Trudno jednak podzielić ten entuzjazm historyków i historyków sztuki, którzy chcieliby znaleźć wyraz tej nietypowej herezji w sztuce. Stele takie bowiem są dość typowe na terenie obecnej południowej Francji, tj. Langwedocji i Prowansji już od czasów wczesnostarożytnych. Badacze zaś dość często utożsamiają katarów i albigensów, mimo że to drugie pojęcie bardziej odnosi się do konglomeratu różnych herezji, przeciw którym na początku XIII w. zorganizowano krucjatę. Katarzy zaś dzielili się na wiele odłamów i jeden z nich ze stolicą "biskupią" w Albi w największym stopniu dał się we znaki kościołowi rzymskiemu na tym terenie. Nie dziwi więc, że gdy w 1244 r. padła ostatnia większa twierdza albigensów (zamek Montsegur, z którego pochodzi pokazana obok stela) można było uznać, że krucjata zakończyła się pewnym zwycięstwem. Gdy nie było już szans obrony większość walczących popełniła zbiorowe samobójstwo, 250 zaś, którzy przetrwali, spłonęło razem na stosie. Wcześniej w 1209 r. zmasakrowano prawie całą ludność Beziers, a legenda mówi, że działano wedle zasady: "Zabijajcie wszystkich, Bóg swoich rozpozna". Łatwo więc przypuścić, że i sztuki religijnej tejże herezji nie zachowało się wiele. Kiedy więc nie ma dzieła sztuki, korzysta się z jego opisu i szuka podobnych.
Łukasz, biskup Tuy, prafał kościoła św. Izydora w Leonie, natknął się na grupę emigrantów, którzy uciekli z Prowansji przed prześladowaniami. To dzięki niemu mamy informacjęnie tylko o sztuce katarów, ale także architekturze. I chociaż grupa ta nie wznoisła własnych kościołów, twierdząc podobnie jak inne ówczesne herezje, że Boga należy wielbić przede wszystkim w sercu, a nie w budynkach sakralnych, to jednak w Leon zbudowała kapliczkę, którą zniszczył nasz prałat. W "Innym życiu. Przeciwko błędom albigensów" opisał więc także problem krzyża, który dla wielu katarów miał charakter mocno indyferentny. Przesłuchania katarów, które znamy w miarę dobrze z archiwów inkwizycji, mówią nam, że żartowali z krzyży, kpili z posągów Maryi czy oskarżali pozostałych chrześcijan o bałwochwalstwo, wskazując na obecność obrazów w świątyniach. Biskup Łukasz podał nam opis, jak wyglądał zatem jeden z krucyfiksów, wykonany przez heretyków w mieście, gdzie sprawował posługę: "Przez drwinę i pogardę dla krzyża Chrystusowego, wykonali przedstawienie Ukrzyżowanego z jedną stopą na drugiej, z jednym tylko gwoździem, starając się zniszczyć lub podać w wątpliwość wiarę w przenajświętszy krzyż i tradycję świętych Ojców, wprowadzając różnorodność nowej mody" (cytat za: Jean Duvernoy, Religia katarów, tłum. Joanna Gorecka-Kalita, Kraków 2000, s. 256). Co gorsza, jak podaje autor tego tekstu niektórzy katarzy dodatkowo wykonali jednooki posąg Maryi i udawali najpierw, że są ułomni, a potem że zostali cudownie uleczeni. Jak widać taka działalność miała charakter przede wszystkim antyklerykalny, ale też być może spowodowana była złością na trwające wobec nich prześladowania. Niewiele jest bowiem innych opisów, z których wynikałoby, że katarzy przywiązywali jakąś większą wagę do sztuki (jakby nie patrzeć dobra doczesnego), że nie wspomnę o wypracowaniu własnej koncepcji artystycznej. Żeby więc szukać sztuki katarów trzeba chyba iść krok dalej, a właściwie bliżej, ku sednu ich nauczania czyli "Biblii".
Przedstawiony obok rysunek to bynajmniej nie element, który można wiązać z katarami, lecz jedna z bardziej znanych miniatur z "Biblii" Stefana Hardinga, najbliższego przyjaciela Roberta z Molesme, założyciela zakonu cystersów. Przez ćwierć wieku Stefan pełnił funkcję opata Citeaux i dopiero za jego czasów rozwinęła się teza sztuki cysterskiej jako oszczędnej i nieodciągającej od kontemplacji, którą lansował św. Bernard. "Biblia", znajdująca się dziś w Miejskiej Bibliotece w Dijon (1109 r.) jest właśnie przykładem sztuki, przeciw której zaczęli w XII w. występować katarzy, ale i św. Bernard, szukając jednak zupełnie innej podstawy swojej krytyki. Kiedy po fali prześladowań w XIII w. na przełomie tego i następnego stulecia kataryzm na pewien czas odżył w południowej Francji jednym z jego głównych przedstawicieli był notariusz, niejaki Piotr Authie (ach, ci prawnicy, wszędzie się znajdzie chociaż jeden...). Ponoć był właścicielem bardzo bogatowo zdobionej księgi, iluminowanej błękitem i cynobrem, ale nietypowo jak na ówczesne wydania "Pisma Świętego" w jej skład wchodziły tylko Ewangelie i listy św. Pawła przetłumaczone na dialekt boloński. Widać więc, że w północnej Italii, gdzie prześladowania nie były tak zintensyfikowane jak w Prowansji, podejście do sztuk plastycznych było mniej radykalne niż w przypadku zachodnich albigensów.
Tym co zaś było charakterystyczne dla katarów i albigensów jest fakt zwracania dużo większej uwagi na "Nowy Testament" i to w ujęciu dość niekanonicznym (bo zwykle umieszczali oni listy za Apokalipsą św. Jana) niż reszty "Pisma Świętego". To zaś spowodowało, że Anne Brenon (jeden z największych światowych autorytetów w tej dziedzinie) opublikowała parę lat temu pasjonujący tekst na temat "Biblii" katarów, za jaką uważa jeden z manuskryptów z Biblioteki Municypalnej w Lyonie. Zaciekawił ją bowiem skład tejże publikacji, nietypowy jak na okres średniowiecza. Sam "Nowy Testament" bez jakichkolwiek ksiąg wcześniejszych czy chociaż psalmów nie zdarza się często. Co więcej publikację sporządzono w języku okcytańskim, a nie po łacinie. To pozwala w sumie bez żadnych większych wątpliwości przyjąć, że powstanie jej, jeśli nie wiązało się z katarami, to przynajmniej z jedną z kilku obecnych wówczas w południowej Francji herezji. Wskazuje też na to brak wielu zdobień, wykorzystanie na większą skalę jedynie czerwieni i błękitu. Można powiedzieć, że "Biblia" z Lyonu jest taką typową poręczną (jak na ówczesne czasy - dziś 17,5 cm na 13,2 cm mieści się w kobiecych torebkach tylko gdy wyjmą kilkanaście błyszczyków...) kompilacją tekstów potrzebnych wyznawcy kataryzmu. Ale najbardziej przekonujący jest właśnie sposób dekoracji. Brak jest bowiem przedstawień figuratywnych, a jedynie motywy roślinne i ryby. Te drugie miały duże znaczenie dla katarów, gdyż ryby nie były uznawane za zwierzęta. Katarzy opierali się na tej tezie i twierdzili, że są trzy rodzaje ciał: ludzkie, zwierzęce i należące do ryb, które przez to, że rodzi się bez kontaktu seksualnego jest czyste i zdatne do jedzenia. Wszelkie inne bowiem, zdaniem katarów, miały powodować utratę przyjętych sakramentów i wyłączać z grupy wiernych. Ponieważ wyznawcy tej herezji nie mogli wcinać także mleka, nabiału i serów, badacze lubujący się w stawianiu ryzykownych tez szukają nawet wśród albigensów zaczątków europejskiego wegetarianizmu.
Czy więc z grona pewnie niezbyt licznej grupy prac, które powstały wśród katarów, zajmujących się przede wszystkim tkactwem, została tylko jedna "Biblia" z niewielką ilością przedstawień, w której istotne znaczenie mają de facto trzynaście inicjałów ksiąg oraz ryby i lilie? Raczej tak, choć wielu autorów mniej lub bardziej konspiracyjnych książek o związkach katarów z templariuszami i różokrzyżowcami wolałoby, żeby Montsegur było zamkiem-sanktuarium słońca, zaś w każdej steli czy krzyżu, który wygląda na choć trochę średniowieczny doszukiwać się ukrytej symboliki. Tymczasem ta herezja nie dość, że była dość niespójna w zakresie doktryny, to także skupiała się przede wszystkim na życiu przyszłym, starała się żyć ubogo i często jej wyznawcy zmieniali miejsce zamieszkania w obawie przed represjami ze stron inkwizycji czy wojsk ościennych państw. Chociaż może uda się znaleźć w innych krajach dzieła sztuki związane z innymi herezjami (tak udało się w przypadku waldensów), które także zostawić mogły swój ślad po okresie swojego zaniku...









