piątek, 31 sierpnia 2012

Artystka na pograniczu sztuki i komercji

Jak łatwo dostrzec w poprzednim poście Dorota z informacją o Międzynarodowym Dniu Bloga zepsuła mi trochę plan, by wrzucić krytycznego posta i mieć spokój do końca dnia (spokój polega dzisiejszego popołudnia na czytaniu o sztuce prerafaelitów). Ale cóż, dwa posty w ciągu dnia – to też jest do zrobienia (zwłaszcza ostatniego dnia urlopu). By jednak dzisiejszy wpis nadawał się do czytania, potrzeba trochę retrospekcji, a dokładniej trzeba cofnąć się do 12 sierpnia tego roku. Na mojego mejla, jak co tydzień, przyszedł newsletter Art Price’u, którego zwykle nie czytam, bo średnio interesują mnie wzrosty i spadki cen dzieł sztuki. Nie to przecież przesądza o ich wartości, lecz ich jakość artystyczna. Jakość, której – podobnie jak w sporcie – nie można zmierzyć pieniędzmi.

Tym razem rzuciłem kątem oka na biuletyn i okazało się, że w okresie wakacji Art Price postarał się zrobić listę najlepiej zapowiadających się artystów przed trzydziestką (link). A że tym razem padło na malarstwo, to postanowiłem kliknąć, licząc że jakieś nazwisko coś mi będzie mówić. I mówiło tylko jedno – Qing Li, który zajął czwarte miejsce (pokrótce: urodzony w 1981 r. absolwent Chińskiej Akademii Sztuki w Pekinie, przetwarzający znane sceny obecne w kulturze wizualnej przy pomocy obróbki komputerowej i robiący z tego “płótna”). Bardziej zaciekawiło jednak miejsce siódme, bo brzmiało dość “polsko”. Zajęła je Agata Kleczkowska, urodzona w 1987 r., o której usłyszałem pierwszy raz w życiu. Troszkę obciach (jak na doktoranta zajmującego się sztuką nowoczesną, aczkolwiek “nowoczesną” w szerokim rozumieniu tego słowa, bo w moim przypadku sztuką sprzed stu lat), ale od czego jest Bing i Google – trzeba wybadać, kim jest owa doceniona przez zagraniczny portal malarka.

agata kleczkowska - tygrys 2011

Jak na porządnego artystę przystało, nieznana mi artystka ma swojego bloga, na którym pokazuje swoje prace pod szalenie przewidywalnym adresem URL zawierającym jej imię i nazwisko (link). A jako, że dziś Międzynarodowy Dzień Bloga, to i na tego bloga warto rzucić okiem, by przekonać się, jakie prace wykonuje Agata Kleczkowska. Jak chociażby to przedstawienie tygrysa namalowane farbami akrylowymi i olejnymi. Można też przy okazji dostrzec, że większość obrazów oscyluje wokół tematu zwierząt na dość wyrazistych tłach – jakby poddanych kolorystycznemu wzmocnieniu przy jednoczesnym zwiększeniu kontrastu. Z drugiej strony nie można oprzeć się wrażeniu, że ta forma balansowania na granicy kultury masowej (kultury post-pop, która zdaniem niektórych krytyków sztuki ma opierać się na “oczoje*nej” kolorystyce rodem z teledysków disco z lat 80. albo posowieckiego turbopop-u) i abstrakcji.

I to w tej abstrakcji jest swoiste novum, jakie wprowadza artystka – proste symbole pokazujące, gdzie obecnie jest miejsce na malarstwo abstrakcyjne i niefiguratywne. Gdy rynek sztuki zalewają coraz to dziwniejsze “realizmy” z neorealizmem chińskim na czele, abstrakcja musi chować się na uboczu. Albo obraz musi zanegować fakt, że cokolwiek przedstawia, jak czyni to – moim skromnym zdaniem – Jacob Kassay, który w rankingu zajął pierwsze miejsce, bijąc prawie dwukrotnie ceną sprzedanych prac swoich rówieśników. Nie zdziwiłbym się więc, gdyby – zdaniem jakiegoś starającego się dowartościować to dzieło krytyka sztuki – z czasem się okazało, że obraz Kleczkowskiej dotyczy triumfów Usaina Bolta, co mogłaby sugerować zbitka różnokolorowych trójkątów przypominających flagę Jamajki. Innymi słowy, sztuka Kleczkowskiej jest taka, jak znacznej większości artystów jej (i mojego) pokolenia – zadaje pytania, przyjmuje wyrazistą, ale akceptowalną stylistykę, jednocześnie unikając pytania o uniwersalia. Czy więc zatem to coś złego?

agata kleczkowska - jeleń 2012

W maju tego roku dzieło malarki (“Bez tytułu” z 2010 r.) sprzedało się za 160 tysięcy złotych, co wywindowało Agatę Kleczkowską tak wysoko w rankingu (odpowiednik ponad 57 tysięcy dolarów pozwolił jej zająć wspomniane siódme miejsce). I wówczas odezwały się głosy krytyki, że umieszczony powyżej jeleń taplający się w wodzie wypacza całkowicie rynek sztuki w Polsce. Takie ceny osiągają obecnie tylko niektórzy z polskich artystów i to ci najbardziej znani za granicą, których dorobek artystyczny na pewno znajdzie się w każdej pisanej w XXI w. książce o sztuce naszych czasów. Tymczasem w przypadku Kleczkowskiej kariera zdaje się jakby przeskakiwać etap po ukończeniu akademii (link). Powinny pojawić się pierwsze wystawy z kolegami i koleżankami, potem jakieś indywidualne, pozytywne recenzje krytyków, parę wystaw zagranicznych, podczas których zachwyci się jej obrazami jakiś brytyjski czy amerykański krytyk, tekst piszący o niej jako najważniejszym polskim artyście od czasów “objawienia” Sasnala, by wreszcie mogła wrócić do Polski w glorii chwały… To zdają się sugerować piszący o współczesnej sztuce, oburzając się, że przecież artystka nie prezentuje jeszcze wystarczająco wysokiego poziomu.

I chyba tylko w tym mają rację. Mnie osobiście też rażą ostentacyjne gry z popkulturą, jakie uskuteczniają kolejni artyści i może dlatego sztuka ostatnich dwóch dziesięcioleci niekiedy bardzo mnie męczy. Malarka też jeszcze chyba nie powiedziała ostatniego słowa, jest młodą kobietą i pewnie wraz z wiekiem zacznie dostrzegać więcej aspektów tworzonej przez nią sztuki. Prace się staną dojrzalsze i lepsze (a przynajmniej mam taką nadzieję). Bo samo umieszczenie jelenia na wyrazistym tle to jeszcze nie świetna sztuka, a artystka nie próbuje się szczególnie grubą kreską oddzielać od innych artystów (na szczęście!). Przytoczmy fragment tego, jak jej prace zostały opisane w kolorowance dla dzieci (sic!) wydanej przez sponsorującą ją galerię Abbey House: “Na swoich obrazach artystka umieszcza przedstawienia zwierząt, którym od najdawniejszych czasów przypisywano rozmaite treści symboliczne i które stanowiły pretekst dla pytań o świat nadprzyrodzony i tajemnicę istnienia. Siła tych prac w dużej mierze łączy się z kontrastowym efektem, uzyskanym dzięki umieszczeniu wizerunków zwierząt na abstrakcyjnym, pełnych ostrych barw, tle”. No tak, to widzimy na tym obrazku. A co poza tym? Czy ten obraz ma jakąś głębię czy tylko ma cieszyć/męczyć oko?

komar i melamid - polska (najbardziej pożądany)

Witalij Komar i Aleksander Melamid to bodaj najbardziej znani (przynajmniej poza Rosją) artyści, którzy walczyli ze stereotypami sztuki socrealistycznej. Jednym z ich projektów artystycznych było zapytanie potencjalnych odbiorców sztuki różnych krajów, co im się podoba w obrazach, co chcieliby, aby na nich było, w jakim kolorze, a czego artysta winien unikać. Pytano o prawie wszystko: od techniki, po konwencję, ikonografię na rozmiarze malowidła kończąc. Zdaniem obu artystów, umieszczona obok niebieska ilustracja odpowiada gustowi polskich odbiorców sztuki. Moim zdaniem tak wykonane dzieło wygląda jak totalny kicz, ale przynajmniej są jelonki taplające się w wodzie. Daleki jestem od przypisywania Kleczkowskiej zamiaru dokonania artystycznej odpowiedzi na dyskredytowanie gustu Polaków, jakim w ostatecznym rozrachunku stał się projekt mających rosyjskie pochodzenia artystów. Uwypuklili oni bowiem, jak wiele zależy od ustroju, w jakim żyjemy i tego, jak o sztuce piszą najbardziej za nią odpowiedzialni (historycy i krytycy sztuki).

Na pewno jednak ten obraz malarka znała (wspomniany projekt artystyczny jest zwykle omawiany na zajęciach w akademiach sztuk pięknych, jak i na studiach z historii sztuki) i tworząc swoje dzieło być może chciała pokazała, że z łatwością można owego “polskiego jelenia” uwspółcześnić. Na drugim biegunie leży zaś współczesna fotografia artystyczna, która bawi się (niekoniecznie z dziecięcą naiwnością) pomiędzy obrazami przykuwającymi uwagę widza (swoistymi “ikonami”) a brzydotą. Wystarczy wspomnieć kampanię jednej z firm odzieżowych, która pokazuje modelki jako kloszardów (“biedne” dziewczyny wyglądają przerażająco!) czy kolejne akcje PET-y. Wstrząsnąć odbiorcę: o to zwykle chodzi marketingowcom, a często i artystom, którzy nie mają innej siły przebicia. Jak mawiał Bill Bernard: “możesz pokazać faceta stojącego na głowie, ale jeśli nie reklamujesz spodni z kieszeniami, z których nie wypadają monety, nikogo nie zainteresujesz”.

Kiedyś sytuację załatwiał za nich Salon Akademii, teraz muszą sami sobie radzić. Jedni rezygnują z marzeń, pracując na co dzień w agencjach reklamowych i tworząc “chałtury” (jak o tego rodzaju pracach wypowiedział się autor dość znanych w Polsce komiksów artystycznych), inni nie poddają się i wierzą, że można skończyć studia artystyczne i “robić sztukę”, nie zasilając i tak licznej w Polsce grupy bezrobotnych. Czy zatem winą Kleczkowskiej jest to, że odnalazła się, nawiązując współpracę z Abbey House, w systemie, który jest daleki od doskonałości, o czym wszyscy zajmujący się sztuką (nie tylko w RP) wiedzą? I że udało jej się sprzedać obraz za kwotę prawdopodobnie o wiele wyższą niż jest realnie warty, a więc zgodnie z rockową maksymą “pokonać system” (względnie można użyć bardziej obelżywego słowa)?

Nie do końca rozumiem zatem, dlaczego na stronie Forsalu obraz Kleczkowskiej uzupełnia artykuł o marketingowcach rozbudzających żądzę w klientach (link). Albo dlaczego na wieść o sprzedaniu wspomnianego “jelenia” irytuje się jedna z najbardziej inteligentnych autorek tekstów o sztuce w Polsce, świetnie pisząca i posiadająca znaczną wiedzę, Monika Małkowska (kolejna osoba, dla której warto czytać “Rzeczpospolitą”). Pozwolę sobie zatem zacytować, co powiedziała dziennikarzom Tok FM (cały artykuł tutaj): “Rzetelne domy aukcyjne współczesną sztukę młodych artystów sprzedają za 500-1000 złotych. Są takie aukcje, gdzie cena wywoławcza to 100 złotych. Takie są realne stawki. Dlaczego kilku biznesmenów próbuje wmówić ludziom, że to, co sprzedają, to jest ta sztuka ze znakiem jakości Q?”. Świetne pytanie! Dlaczego system sztuki, jaki jest w Polsce (a różniący się od zagranicznego właściwie “płytkością” gruby nabywców, jak i artystów, którzy są “w obiegu”) jest taki, że pozwala dzieło studentki ASP sprzedać za tak dużą kwotę. Ba, Małkowską irytuje druga rzecz, która też moim zdaniem jest całkowicie słuszna. Kleczkowska uczyła się u jednego z najlepszych żyjących polskich artystów Leona Tarasewicza i ceny jego prac bliższe są temu za ile sprzedano “Bez tytułu” Agaty Kleczkowskiej (“To najlepszy dowód, że mechanizm utyka na jedną nogę. Tarasewicz to artysta wybitny, uprawia sztukę na najwyższym światowym poziomie, jego obrazy znajdują się w najważniejszych kolekcjach prywatnych i muzealnych w Polsce i na świecie. Wysoko cenią go krytycy i kolekcjonerzy. Nie może być tak, że student uzyskuje ceny, które przysługują mistrzowi”).

A jednak system sztuki na to pozwolił. Mi też ta praca się nie podoba, chociaż gdybym chciał w swoim domu powiesić coś, co momentalnie przykuwałoby uwagę odwiedzających mnie gości, to dzieła Kleczkowskiej świetnie się do tego nadają. Czy jest to dobra inwestycja w sztukę? Osobiście nie sądzę, ale po tym jacy artyści w ciągu ostatniej dekady odnieśli komercyjny sukces, wszystko jest możliwe (teraz powinna pojawić się podszyta goryczą ironia, że to zasługa galerii Saatchiego i paru podobnych podmiotów). Ale jednak ktoś to kupił, a zatem uznał, że tyle to dzieło może być warte.

I historycy oraz krytycy sztuki na to akurat nie powinni się oburzać, bo w pewnej mierze nie zastosowując się do słów E. Burke’a (“Dla triumfu zła potrzeba tylko, żeby dobrzy ludzie nic nie robili”) na to zezwolili. Cofnijmy się więc w czasie do 2007 r., gdy 1,5-roczna praca ludzi wykonujących polecenia Damiena Hirsta, umożliwiła skończenie diamentowej czaszki z 8601 kamieni. Dzieło, koszmarnie brzydkie i “niepokojące”, musi jednak zaskakiwać precyzją wykonania i ilością wysiłku, jaki weń włożono. To akurat jest w nim piękne, ale za 24 milionów dolarów można chyba uzyskać coś bardziej estetycznego. Tyle bowiem kosztowało wykonanie “Na miłość boską” (jak oficjalnie nazywa się platynowa czaszka z diamentami). Od razu wiadomo było, że dzieło pójdzie na sprzedaż i że cena wywoławcza wyniesie 100 milionów dolarów. Za taką też cenę dzieło sprzedano… grupie inwestycyjnej, w której skład wchodził sam Hirst. Rynek sztuki przełknął to bez większego mrugnięcia okiem, zaskoczony najpierw tym, że tak drogie dzieło w ogóle powstało, a potem wyczekujący, czy artysta podąży tym śladem i będzie czynił dzieła coraz droższe, z jeszcze bardziej nietypowych materiałów. Tymczasem można powiedzieć, że mieliśmy do czynienia z czystą spekulacją – dzieło sprzedano za cztery razy więcej tylko dlatego, że jest dziełem sztuki.

A by być dziełem sztuki, dzieło Hirsta potrzebowało odpowiedniego artystycznego obiegu w mediach. Szczerze wierzę, że gdyby głos rynku sztuki i samych krytyków był silniejszy (pokroju “Damienie, wsadzenie zwłok wieloryba do gigantycznego szklanego prostopadłościanu pełnego formaliny bądź wymyślenie czaszki z diamentów nie jest jeszcze dziełem sztuki, bo pozbawione jest jakiegokolwiek głębszego przekazu!”), wreszcie by złapano się za głowę i przyznano, że jest granica tego, co oddziela sztukę od produkcji innych towarów. Kto nie wierzy, ma do 9 września 2012 r. czas, by nawiedzić Tate Modern w Londynie i obejrzeć, jak prezentują się zwierzaki w boksach pełnych formaliny. Wszyscy podkreślają, że mający 47 lat Hirst to świetny specjalista od marketingu. Czemu zatem już nie galerie, a prestiżowe muzea udostępniają mu przestrzeń, by ów marketing uskuteczniał. Szczęśliwie reklama piwa umieszczona w przerwie meczu Ligi Mistrzów nie czyni piwa smaczniejszym (choć w tej sytuacji może je uczynić bardziej pożądanym przez kibiców). Ze sztuką jest inaczej: obiekt umieszczony w galerii, ładnie opisany przez krytyków i historyków sztuki może zacząć egzystować jako dzieło sztuki, nawet jeśli publiczność powiedziałaby co innego.

damien hirst - czaszka 2005-2007

Tak już było nie raz. Warholowi wystarczyło wymyśleć dzieło i “Fabryka” je za niego robiła (Hirsta słusznie się zatem do Warhola przyrównuje), Duchamp składał kilka obiektów w jeden i podpisywał, względnie po prostu podpisał. Warhola od Duchampa różni jednak wiele – dzieła Duchampa zadają podstawowe pytania o sens sztuki, nie dając jasnej odpowiedzi, ale szczęśliwie w ostatecznym rozrachunku jej udzielając, dzieła Warhola pytają o rolę sztuki w świecie zdominowanym przez kulturę wizualną, ale nie dają odpowiedzi. Opracowane są zwykle ambiwalentnie – wykorzystują kulturę wizualną, by jednocześnie zbyt mocno jej nie zdyskredytować i na tej podstawie budują swoją siłę oddziaływania. Przyjęliśmy zatem w XX wieku, że wystarczy, aby dzieło pytało zamiast dawać choćby zaczątki odpowiedzi. A skoro ma pytać, to może pytać o cokolwiek – może być kontrowersyjne, negować dogmaty czy ciąg przyczynowo-skutkowy. Tym sposobem ograniczono sens sztuki o połowę. Przy jednoczesnej negacji materiału (konceptualizm) i przyjęciu, że dzieło nie musi nawet nadawać się do wizualnego oglądu, po zrozumieniu, że awangarda nie może pójść dalej niż rezygnacja z plamy i różnicy kolorów między wszystkimi elementami obrazu, nastał czas sztuki przypominającej świat rzeczywisty. Umożliwiło to pojawienie się nowych rynków, gdzie potencjalni nabywcy zaznajomieni byli ze sztuką realistyczną lepiej niż abstrakcyjną (Chiny, kraje WNP i Europy środkowo-wschodniej, Indie, Brazylia). Nie dziwi więc, że “powrót do obrazu”, jaki następował od lat 80. w pewnym stopniu niczym Ouroboros zjadł swój ogon – prace “realistyczne” są coraz bardziej “puste” znaczeniowo, a więc nie oddają bogactwa otaczającej nas rzeczywistości. A jednak się sprzedają. Dlaczego? Moim zdaniem dlatego, że płótno staje się coraz mniej istotne, a wraz z nim umiejętności techniczne. Coraz więcej prac powstaje na dziwnych strukturach z tkanin, plastiku i innych “antymalarskich” materiałów. Wreszcie, coraz więcej, jak prace przywołanego na wstępie Qinga Li, nie wymagają płótna w ogóle. Do nabycia obrazu nie potrzeba dokładnego jego oglądu, jak mieli to w zwyczaju koneserzy w czasach nowożytnych, lecz spojrzenie na reprodukcję w dobrej rozdzielczości i konfrontacja dzieła sztuki z nazwiskiem artysty. Chyba po raz pierwszy w dziejach niektóre domy aukcyjne (także te z najwyższej półki) sprzedają dzieła sztuki identycznie jak sprzedaje się inne towary konsumpcyjne. Te zaś, które tego nie robią nie tracąc swojej renomy popartej często wieloletnią tradycją odchodzą powoli w niebyt…

W przypadku Agaty Kleczkowskiej osobiście nie mogę zatem zrozumieć tego, jak krytycy zareagowali na wieść o sprzedaży jej obrazu. Na pierwszy rzut oka artystka w przeciwieństwie do wielu jej rówieśników ma cieplarniane warunki – otrzymuje miesięczne stypendium i w zamian ma co jakiś czas przekazać jakąś pracę domowi aukcyjnemu Abbey House. Wysokość stypendium nie rzuca na kolana, ale niewielu artystów w jej wieku może liczyć na więcej. Ma też czas, by rozwinąć, by ewoluować, by pokazać, że pracuje nad tym, by być jak najlepszą artystką. Jeśli taka forma pokonania “systemu” okaże się skuteczna, Kleczkowska będzie jedną z pierwszych, której może udać się uzyskanie światowej sławy bez potrzeby szczególnego promowania się za granicą. Osobiście zawsze trzymam kciuki za ludzi, więc nie inaczej jest w tym przypadku.

Martwić może jednak samo podejście domu aukcyjnego do artystki – gdy jedyną więzią jest więź ekonomiczna, o zaufanie i uczciwość niezwykle ciężko. Abbey House przejmując kontrolę nad “Art & Business” zagrał świetnie ekonomicznie, ale – moim zdaniem – źle dla polskiej sztuki. Jedno z najbardziej renomowanych i poczytnych pism o sztuce w kraju może być przez to postrzegane jako nieobiektywne, gdy będzie pisać o artystach powiązanych z tym domem aukcyjnym. Ale i tu problem leży poza artystką – czy krytycy sztuki i historycy sztuki, którym te fascynujące studia często nie otwierają większych perspektyw, będą w stanie napisać szczerze o sztuce konkretnych, promowanych przez Abbey House, artystów, gdy nie będzie im się podobać? I czy to zostanie wydrukowane? Czy też raczej sięgną do XIX-wiecznej szkoły pisania między wierszami i dalszego krytykowania “systemu” w innych mediach? Po raz kolejny cieszę się, że to nie mój problem, bo z “Art & Business” nie mam nic wspólnego (i dobrze mi z tym). Tylko czemu za czyjąś politykę prowadzenia działalności gospodarczej obrywa malarka, nomen omen urodzona w 160. rocznicę śmierci Williama Blake’a – artysty, którego “system” pokonał za życia, by tak naprawdę docenić dopiero po śmierci.