środa, 29 sierpnia 2012

Blake, Addison i potęga wyobraźni

Jak się przypadkiem niedawno dowiedziałem, mój krótki tekścik o Williamie Blake’u i poświęconej mu wystawie retrospekcyjnej w Hiszpanii znalazł drogę do drukarni, więc co bardziej wrażliwi na sztukę Czytelnicy mogą w wolnych chwilach zawitać do swojego, nieco większego kiosku (nie żebym jakiegoś “Empik-a” czy “InMedio” sugerował), by nabyć wrześniowy numer “Arteon-u” (mam nadzieję, że już w pierwszych dniach września pismo będzie już dostępne). A jeśli już się Czytelnicy doczekać nie mogą, to wciąż dostępny jest sierpniowy numer (więcej o nim na oficjalnej stronie czasopisma tutaj), w tym o fantastycznej wystawie jaką zaserwowała nam współpraca Muzeum Narodowego w Poznaniu z Accademią Carrara w Bergamo i to akurat w trakcie EURO. Niestety przez strefę kibica w piątki Muzeum nie było czynne jak zwykle do 21.00… (oto widoczne zwycięstwo sportu nad kulturą).
Czas jednak wrócić do Blake’a, bo artykuł artykułem (notabene dzieła, które Tate Gallery wystawia w Madrycie ewidentnie pokazują, jak wyjątkowy i inspirujący to artysta), ale oczywiście w żołnierskich słowach nie da się angielskiego grafika i poety opisać. Dla mnie – wielkiego fana Blake’a – William jest artystą wielowymiarowym, skomplikowanym, ale też często (z uwagi na życie na marginesie spekulacji akademickich) pozbawiony precyzji wypowiedzi. To powoduje, że nad jego sztuką męczą się pokolenia badaczy, a współcześni artyście pisali, że zaczyna jakieś zagadnienie, stawia odkrywcze tezy, a następnie przechodzi do koszmarnych banałów. Szczęśliwie sztuka Blake’a nie jest banalna. A wszystko dzięki temu, że jako jeden z pierwszych dał wyobraźni to, czego od czasów Arystotelesa jej odmawiano – możliwość samodzielnej kreacji świata.
william blake - głowa
James S. De Ville, autor wielu plastycznych odwzorowań twarzy znanych osobistości, przybył do Blake’a w 1823 r. i na cztery lata przed śmiercią artysty stworzył to przejmujące odbicie jego twarzy. Dzieło to oczywiście – jak wiele rzeczy związanych z Blake’iem – obrosło swoistą legendą: jeszcze w XIX w. opierając się na badaniach frenologicznych próbowano poszukiwać, jakie cechy anatomiczne pozwoliłyby wyjaśnić “objawienia” Blake’a, by wreszcie, dopiero w bliższych nam, czasach poddać je gruntownej, naukowej analizie. Jedno jest jednak pewne odnośnie Blake’a jako człowieka - był osobą niejako zawieszoną między światem rzeczywistym (nie bardzo go akceptującym, dla niego frustrującym i nie pozwalającym na zyski materialne z wykonywanych przez niego własną techniką prac) a światem imaginacji, niezwykle dla niego realnej. Na tyle realnej, że sam mam wątpliwości, czy niektóre wizje nie były “grubymi nićmi szyte”.
Przyjaciel Blake’a, John Varley, zafascynowany właściwie nieograniczonym dostępem Williama do świata przeciętnym ludziom niedostępnego, przychodził niekiedy do niego, by otrzymać wizerunek jakiejś osobistości. W latach 1819-1820 stworzyli razem cykl “Wizyjnych głów”, gdzie Blake przedstawił pewne osoby, a Varley je opisał. Na tle tej współpracy powstała m.in. grafika przedstawiająca ducha pchły (Varley nie mógł uwierzyć, że zwierzęta mają duszę, więc zafascynowany był tym, jakież to stworzenie nawiedza przyjaciela), a także podobizna Williama Wallace’a czyli słynnego szkockiego “Bravehearta”. Zwłaszcza to ostatnie zdarzenie pokazuje, że Blake stale rozmawiał z jakimiś nadziemskimi istotami. A to zdarzyło mu się czytać “Biblię” z upadłym aniołem, a to zmarły przedwcześnie brat Robert przekazał pomysł na nową technikę powielania prac, że o najwybitniejszych osobach w dziejach świata nie wspomnę. Varley podrzucił więc pomysł, by ukazać Wallace’a i nagle twarz Blake pojaśniała, wręcz zapłonęła na myśl o tym bohaterze. William rzekł: “Widzę go właśnie, tam, jak szlachetnie wygląda – podaj mi moje narzędzia” i zabrał się za wykonywanie wizerunku. Podobne sytuacje pojawiały się częściej, a Blake często momentalnie przywoływał duchy zmarłych proroków, poetów (jak Milton mający go nawiedzić w czasie snu) czy bohaterów. Dlatego też w stosunku do tych opowieści jestem trochę nieufny, a "teatralność” wizerunku Wallace’a podkreśla dalszy ciąg zdarzenia. Gdy więc Blake zaczął rysować, kreśląc kolejne cechy fizjonomiczne, nagle przerwał pracę i rzucił w stronę przyjaciela, że nie może skończyć pracy. “Edward I wszedł pomiędzy niego i mnie” – wyjaśnił. Mi to nie wygląda na zbyt szczere zachowanie Blake’a, a Varley był zawsze pewien, że rzeczywiście to, co wyłania się spod ręki przyjaciela jest zgodne z tym co widzi. Oglądał on Williama podczas pracy, widział skupienie na jego twarzy, pragnienie możliwie najbardziej wiarygodnego oddania oblicza postaci, która właśnie go nawiedzała, niezależnie od tego, czy był to bohater legendy, postać historyczna czy jedna z kluczowych istot “Systemu”.
william blake - żołnierze grający o szatę chrystusa
Gdyby szukać przyczyn nowatorstwa Blake’a, to chyba nie sposób znaleźć innego źródła niż Wyobraźnia (celowo pisana przez niego przy pomocy dużej pierwszej litery). Teoria Wyobraźni Blake’a była jednak odmienna od tej, jaka w mniejszym lub większym stopniu akceptowana była przez teoretyków sztuki i smaku w XVIII-wiecznej Wielkiej Brytanii. Jak swojego czasu stwierdził R.G. Collingwood ewolucję koncepcji “wyobraźni” w kulturze nowożytnej Europy podzielić można na trzy etapy: najpierw wszystko, co zaskakiwało, było nowe, nietypowe zrównywano z imaginacją, negując wszystko co wydawało się w jakimkolwiek stopniu nieprawdopodobne. Potem filozofowie rodzącego się empiryzmu postanowili jakoś tę okoliczność uwzględnić, aczkolwiek bez zajęcia dość spójnego stanowiska, by wreszcie Kant analizując dogłębnie władzę sądzenia i sposób rozumowania człowieka dostrzegł, że między wyobraźnią a pojmowaniem rozumowym jest jedynie różnica stopnia zaangażowania możliwości umysłowych i percepcyjnych człowieka. Trochę niezbyt mnie ta teoria Collingwooda przekonuje (zainteresowanych odsyłam do “The Principles of Art”, s. 187 wydań z 1938 i 1970 r.), ale dość precyzyjnie oddaje to jak postrzegano imaginację w okresie nowożytnym – jako coś, co pozwala połączyć, choćby tymczasowo, ducha i materię, niemniej od czasów greckich z wyobraźnią ściśle związana była fantazja, a nie naukowe podejście do zjawiska. Cóż zatem dawać mogło wykraczanie poza granice świata rzeczywistego? Blake z jednej strony za to właśnie podziwiał Swedenborga (notabene William urodził się w 1757 r., a więc w roku, kiedy to zdaniem skandynawskiego mistyka miało dojść do odnowy świata), komunikującego się z duchowymi bytami, ale i był dość krytyczny w stosunku do tego, jakie odpowiedzi z owych niebios Swedenborg pozyskał. Bardziej już odpowiadał mu Dante, którego podróż po trzech pozaziemskich sferach, stała się nie tylko źródłem inspiracji odnośnie cech nadrealnych bytów dla angielskiego grafika, ale ostatecznie znalazła swój materialny wyraz została w fantastycznym dziele, jakim są ilustracje do “Boskiej komedii”.
Wyobraźnia musiała być zatem czymś kreatywnym, umożliwiać zjednoczenie ludzkiej psychiki z naturą, stanem umysłu wręcz nadświadomego, swoistym czynnikiem prowadzącym do zachodnioeuropejskiego odpowiednika “nirwany”. Co w tym zatem odkrywczego mógł wprowadzić Blake? Jeśli spojrzeć na jego poprzedników, z którymi się utożsamiał lub próbował rozwijać ich tezy, to o wyobraźni pisało kilkunastu myślicieli od Pico della Mirandoli i Mistrza Eckharda poczynając, przez bardziej istotnych dla artysty Jakobie Boehme, Paracelsusie czy Miltonie na Shaftesburym, Kancie i Schellingu skończywszy. Blake założył, że Wyobraźnia nie ma nic wspólnego z pamięcią i że dzięki temu istota ludzka wykroczyć może poza granice tego, z czym się do tej pory zapoznała. W sumie takie założenie nie dziwi – Locke pisał o człowieku jako tabula rasa, Blake temu się sprzeciwiał, uważając że w takiej sytuacji człowiek nigdy nie zadawałby pytań o rzeczy absolutne (był to jeden ze standardowych zarzutów wobec tej koncepcji), więc jeśli nie poprzez wyobraźnię, to jak inaczej możliwe byłoby dotarcie do choćby sedna sztuki. Stąd też dla Blake’a Wyobraźnia jest “Boską Wizją” nie wynikającą z natury czy materialności człowieka, ale z tego, że jest on istotą w pewnej mierze spirytualną, duchową.
Przypomina to trochę fragment z rozdziału dziewiętnastego “Żywotu Apoloniusza z Tiany” Filostrata, gdzie starożytnym zwyczajem filozof spierał się ze swoim rozmówcą w jakiejś kwestii. Problemem jaki zetknął Egipcjanina Tespezjona z założycielem szkoły pitagorejskiej w Efezie było zagadnienie, jak przedstawiać bóstwa. Apoloniusz zasugerował, że Grecy czynią to najlepiej, co oczywiście nie spodobało się jego adwersarzowi. Apoloniusz wyjaśnił więc, że wszystkie inne narody naśladują swoich bogów w oparciu o naturę, to co artyście dostrzegają w otaczającym ich świecie, rozdzielając tym samym “imitację” od “imaginacji”. Tej pierwszej przypisał służebną rolę, bo kopiując nie sięga ona głębi piękna, proporcji i doskonałości, ta druga zaś z natury rzeczy jest wynikiem refleksji nad światem. Co to ma wspólnego z Blakiem? Pytanie o to, co daje wyobraźnia wróciło w XVIII w., gdy Joseph Addison wydał swój tekst “O rozkoszach wyobraźni”. Oksfordzki profesor idąc śladami swoich poprzedników i współczesnych mu badaczy sztuki starał się stworzył własną ogólną teorię estetyczną (od czasów teorii “ostatecznej” Newtona idea ogólnej teorii sztuki mniej lub bardziej prześladowała kolejne generacje brytyjskich myślicieli…). Blake pewnie pod żadnym twierdzeniem Addisona, by się nie podpisał, ale to właśnie porównanie z tym tekstem ujawnia, jak wielką rolę angielski grafik przypisał Wyobraźni.
Przywołajmy choćby kilka cytatów z tekstu publikującego w “Spectatorze” myśliciela: “Rozkosze wyobraźni w ich pełnym znaczeniu nie są ani tak grube, jak rozkosze zmysłów, ani tak subtelne, jak rozkosze umysłu ludzkiego”. Albo że “można jeszcze zauważyć, iż wyobraźnia przypominając sobie oglądane ongiś obrazy, które zdały się nam wtedy powabne, czyni je jeszcze piękniejszymi, i że pamięć pomnaża uroki oryginału”. Ogólnie dla Addisona najpiękniejszą była natura w swej prostocie i doskonałości, a więc coś materialnego, podczas gdy Blake raczej wolałby przyjąć, że to świat ostatecznego, ponownego zjednoczenia wszystkich czterech Zoa, niegdyś wchodzących w skład Wiecznego Człowieka (tak sobie poeta wyobrażał Sąd Ostateczny w pisanym przez około dekadę i ostatecznie nieskończonym poemacie '”Vala, albo Cztery Zoa”). Oddajmy więc na chwilę z powrotem głos Addisonowi: “Najładniejszym pejzażem, jaki kiedykolwiek widziałem, był obraz nakreślony na ścianach ciemnego pokoju, który jednym bokiem zwrócony był w stronę żeglownej rzeki, a drugim w stronę parku. Eksperyment ten jest dobrze znany w optyce. (…) Muszę przyznać, że w tym wypadku nowość widoku mogła sprawić, że był on powabny dla wyobraźni, lecz bez wątpienia głównym powodem było wierne odbicie natury, albowiem, przeciwnie jak w innych obrazach, mieliśmy tu pojęcie nie tylko o barwach i kształtach, ale o ruchu rzeczy, które przedstawia”.
blake - laokoon
Blake nie ułatwia czytelnikom jego tekstów zadania, by wyjaśnić jaka jest moc Wyobraźni (i czy ma ona jakieś granice), a liczne fragmenty na ten temat tylko komplikują zagadnienie. A to zdarzyło mu się zanotować w związku z “Siris” Berkeleya, że wszystkim w istocie ludzkiej jest Boski Obraz zwany też Imaginacją oraz – co powielił – w słynnym “Laokoonie”: “Wieczne Ciało Człowieka jest WYOBRAŹNIĄ, to jest, / Bóg sam w sobie / Boskie Ciało / Jezus: jesteśmy jego Członkami”. Jak widać, artysta nie silił się zbytnio na uzupełnianie swoich przemyśleń choćby elementami argumentacji czy zdobyczy erystyki, wiele jego prac graficznych (jak choćby ilustracje zwane “Inwencjami” do “Księgi Hioba”) składają się z takich właśnie luźnych sformułowań, które razem tworzą “rozsypankę” niezwykle skomplikowanego “Systemu”. “Systemu” nawet nie filozoficznego, czy religijnego, ale swoistej sieci myśli, którą Blake stworzył, by zachować własny indywidualizm, a nie poddać się np. ideom Addisona, Reynoldsa czy empirystów. I chyba mu się to udało – nie znam nikogo, kto obok prac Blake’a przeszedłby obojętnie, nie dostrzegając, że autora jego wierszy czy grafik nie da się wpasować w żaden ruch artystyczny czy konkretną stylistykę. A osiągnął to nie dlatego, że był dobrym rysownikiem (niektóre jego prace są bowiem ewidentnie słabe) czy znał się na rytmice wiersza (z tym też czasami jest krucho), ale właśnie dzięki temu, że sięgając granic swej wyobraźni postawił przed odbiorcą skomplikowane zadanie – by zrozumieć dzieła Blake’a trzeba przeniknąć bądź do jego umysłu, bądź poddać im się i potraktować jak przewodników po świecie dalece odmiennym od tego, w jakim przychodzi nam egzystować. I co najciekawsze, Blake prawie nigdy nie obiecuje, że na końcu tej drogi nie ma niespodziewanego urwiska.