czwartek, 9 sierpnia 2012

J.-L. David o cnocie i rozwiązłości kobiet (cz. 1)

Kilkadziesiąt postów temu Czytelnicy znajdą tekst o tym, jak David zmierzał do zniszczenia akademii jako instytucji i stworzenia nowej, bardziej demokratycznej formy rozwoju sztuk. A że nie przepadam za Davidem jako człowiekiem (jednocześnie darząc wielką admiracją jego umiejętności rysunku i kompozycji), tym razem na tapetę wziąłem to, jak docenił wstawiennictwo swojej byłej żony, używającej wszelkich swoich koneksji i znajomości, by wyciągnąć Jacquesa-Louisa z więzienia. Ciekawi mnie tylko, czy efekt się jej podobał, bo dzieło, które David malował przez pięć lat i wystawił w 1799 r., a więc słynne “Porwanie Sabinek”, nie do końca chyba oddaje pierwotne zamierzenie artysty, tj. hołd dla kobiet niosących pokój światu. A że obraz wisi w Luwrze od poprzednio opisywanego “Atelier” Courbeta jedynie rzut kamieniem (próba empirycznego zweryfikowania tego stwierdzenia dla piszącego skończyła się nieprzyjemnym spotkaniem ze strażnikami muzeum), to grzechem byłoby ociupinę o nim nie napomknąć.

david - porwannie sabinek

“Porwanie Sabinek” wystawione w 1799 r. to jeden z najsłynniejszych obrazów Davida. Dość skomplikowana kompozycja (niezwykle rzadko występująca w pracach tego artysty powstałych w XVIII w.), natłok postaci i nietypowych zachowań (vide: postać w czerwonej szacie w samym centrum pola obrazowego), wreszcie coś, co nie powinno zostać pominięte czyli nagość walczących, których skórę od ostrości miecza lub włóczni przeciwnika oddziela wyłącznie tarcza, hełm i peleryna… Pomiędzy nimi zaś blondwłosa kobieta wdzierająca na potencjalną trajektorię lotu włóczni, rozkładająca ręce i prosząca o zaprzestanie walki. Nie da się ukryć, że obraz ten posiada w sobie niesamowity ładunek emocji, a to przecież był opis tylko pierwszego planu. W dolnej partii baraszkują jakby nieświadome zagrożenia małe, góra trzyletnie dzieci, które chyba wypadły z objęć karmiącej je piersią matki, za nią starsza kobieta próbuje rozdzierać szatę, aby złożyć się w ofierze pokoju, inna – młodsza nieco – łapie jednego z sabińskich wojowników za nogę, trzymając w lewej ręce kolejne uśmiechnięte dziecko. Wreszcie inna wdziera na stanowiący kamień milowy postument i pokazuje, że niegdyś porwane Sabinki teraz są kochającymi żonami i matkami, przyszłością zwaśnionych plemion. Dodając do tego nieco gęsto ścielącego się “trupa”, leżące bezładnie elementy oręża oraz Skałę Tarpejską w górnej partii, David stworzył typowy dla starcia wojsk chaos. Chaos, którego nie omieszkali mu ówcześni krytycy sztuki wypomnieć twierdząc, że Poussin poradził sobie z tematem nieco lepiej.

Skupmy się zatem na historii obrazu i tego, co on przedstawia. Temat był znany wszystkim zainteresowanym jego obejrzeniem, a kto chciał sobie opisaną przez Plutarcha i Liwiusza (ulubionych autorów Davida i częste źródło inspiracji) opowieść przypomnieć mógł mieć styczność ze specjalnie przygotowaną na tę okoliczność broszurą. David postanowił nadto w inny sposób zarobić (czy jakby to kalając polski język powiedzieli niektórzy guru marketingu “zmonetyzować”) na Sabinkach. Zorganizował samodzielną wystawę tego obrazu, napisał tekst, w którym wytłumaczył, dlaczego król jest nagi (a dokładnie Romulus i walczący przeciw niemu Tacjusz), ubiegając potencjalne zarzuty w tej kwestii, wreszcie po zdjęciu obrazu ze ściany Salonu umieścił w specjalnie przygotowanym miejscu. Popyt na oglądanie nagich mężczyzn zgodnie z przewidywaniami okazał się znaczny – w ciągu 4 (sic!) lat wystawę odwiedziło 50 tysięcy osób. Mało która praca w tym czasie mogła cieszyć się podobnym box-office’em… A i samo zachowanie widzów wiele mówi o ich pruderyjności. Mężczyźni dzielnie analizowali każdy szczegół anatomiczny, rozprawiali o idealności muskulatury pół-boskiego Romulusa i tym, że ciało Tacjusza ma pewne wady. Jak podawała oficjalna krytyka obraz ukazywać miał potrzebę zawarcia pokoju po dziesięciu latach politycznych niesnasek w rewolucyjnej Francji, odnosił się ponoć do zwycięstwa nad rewoltą w Wandei i w ogóle na liczne sposoby przyrównywał kraj nad Sekwaną i Loarą do antycznego Rzymu. Z kolei “Notka o nagości moich bohaterów” Davida mówiła, że chciał namalować walczących tak, by w pełni odpowiadało to zwyczajom Greków i Rzymian, by nie poczuli się obco w konfrontacji z tym dziełem. Stąd nacisk na wiarygodność historyczną poprzez umieszczenie wspomnianej skały na polanie pomiędzy Kapitolem i Palatynatem.

Skoro obraz miał doceniać kobietę, z którą David dzielił nie tylko łoże, ale i majątek, to wydaje się, że przedstawiona Hersilia (według Liwiusza żona Romulusa) powinna nam najwięcej powiedzieć o obrazie. Po sukcesie “Odnalezienia Belizariusza” przyszły zaszczyty i sława – ponoć wierny ideałom młody malarz zaczął obracać się w najwyższych sferach (w 1784 r. pojawiło się zamówienie na “Przysięgę Horacjuszy”). I wiedział już, że łaska pańska (szczególnie królewska i arystokratyczna) na pstrym koniu jeździ i trzeba o nią zabiegać. Żeby nie było, że non stop Davida krytykuję, tym razem wczujmy się w jego sytuację życiową. W rodzinnym domu wpajano Davidowi, że honor oraz rozliczne cnoty są najważniejsze (dzięki takiej maksymie Jacques-Louis w wieku dziewięciu lat stracił ojca, który poległ w pojedynku), a on sam – zgodnie z zamierzeniami ojca – miał przysłużyć się krajowi i zostać architektem. Ostatecznie wysłano go do Francoisa Bouchera, dalekiego wujka, który wtedy powoli kończył karierę. Mimo to postarał się, by David trafił pod właściwe skrzydła, więc ostatecznie młody malarz znalazł się w pracowni Viena, który w 1775 r. objął przewodnictwo w Akademii. Czy pomogło to Davidowi w uzyskiwaniu nagród, ciężko obecnie oceniać, niemniej David był załamany, że w 1772 r. otrzymał tylko drugą nagrodę za “Walkę Minerwy przeciw Marsowi wspieranemu przez Wenus”, a trzy lata później wyróżnienie za “Miłość Antiochiusza i Stratoniki”. W tej sytuacji, gdy kariera nie bardzo posuwała się do przodu, trzeba było dbać o finanse. Wiąże się z tym pewna anegdota dotycząca uzyskania zamówienia na malowidła do często odwiedzanego salonu Mademoiselle Guimard w Paryżu, który to salon przypominać miał świątynię Terpsychory. Niezwykle urokliwa dama dzięki funduszom księcia de Soubise (zrujnowanego ostatecznie jej finansowymi wymaganiami) zatrudniła Fragonarda, który miał ją namalować jako rzeczoną Muzę. Tak też uczynił, ale potem na skutek kłótni przemalował twarz postaci, upodabniając ją do Nemesis. Wściekła panna Guimard przywołała zatem przyjaciół i zrobiła malarzowi karczemną awanturę, która skończyła się tym, że mężczyźni śmiali się do rozpuku tym, że w swym gniewie przypominała boginię destrukcji. Tym oto sposobem David otrzymał zadanie dokończenia prac i szczerze wyznał, że robi to tylko dla pieniędzy. Sztuki bowiem poszukiwał, gdzie indziej…

Gdy jednak kilka lat później odniósł sukces z “Belizariuszem” pojawiła się na horyzoncie szansa ustatkowania się na całkiem wysokim poziomie. Pomocną dłoń wyciągnęła doń panna Pecoul, córka królewskiego architekta. Jak można było przewidywać, David nie poprzestał na dłoni, bo z tego małżeństwa powiły się córki, które ostatecznie po rozwodzie była małżonka zabrała ze sobą w rodzinne strony. Nim jednak do tego doszło, wybuch rewolucji zmienił życie rodzinne Davida. On z czasem coraz bardziej skłaniał się ku jakobinom (sam podsunął tej frakcji pomysł, by powierzyć mu zadanie namalowania “Przysięgi w sali do gry w piłkę”, na który to gigantyczny obraz przeprowadzono ogólnonarodową zbiórkę), podczas gdy żona twardo wspierała stronnictwo prokrólewskie. Ostatecznie malarz wylądował na “garnuszku” państwa, ale nie na długo. Jako że rewolucja zjadała swoje własne dzieci niczym Saturn Goyi, David też dwukrotnie wylądował w więzieniu w Pałacu Luksemburskim. Badacze cieszą się, że dzięki temu spod jego pędzla wyłonił się jedyny pejzaż Jacquesa-Louisa, ale pewnie sam najbardziej zainteresowany nie mógł traktować tego jako dobrego zrządzenia losu. Gdy nie mogli pomóc przyjaciele, z pomocą przyszła żona. Najpierw rozwiodła się z mężem, a potem przekonała niektórych istotnych polityków (w tym Thibeaudeau i Boissy’ego d’Anglas), że wszystko co do tej pory czynił David (a trochę tego było: portrety Marata, Barry, LePelletiera, jego żony, Robespierre’a, zjadliwe karykatury, organizacja Festiwali Najwyższej Istoty w typie pochodów panatenajskich), robił dla dobra republiki i szczerego patriotyzmu. Udało się, David był wolny. Najpierw ponoć chciał namalować byłą żonę, ale ostatecznie obrazowi nadał charakter alegorii – przedstawienie kobiety wchodzącej między zwaśnionych mężczyzn i pokazującej im cały bezsens toczonej walki.

Temat był mu dość znany i wiedział, jak go przedstawić. Ucząc się u Viena rywalizował o atencję swojego mistrza z Francois-Andre Vincentem, starszym jedynie o dwa lata. W 1781 r. Vincent na Salonie (na którym główną nagrodę polegającą na wyjeździe do Rzymu zdobył David) wystawił trzy dziełka: “Św. Jana na pustyni”, “Portret panny l’Eveque de Saint-Diez” oraz “Walkę Rzymian i Sabinów przerwaną przez Sabinki”. Ta ostatnia praca zachowała się w Angers i bardzo przypomina kompozycję z płótna z 1799 r. (była już o tym mowa w jednym z wcześniejszych postów na blogu). Po prawej stronie znajduje się grupa, której centrum stanowi kobieta wyciągająca rękę, pragnąc zablokować wyciągnięty miecz Tacjusza. Obok niej jakaś brunetka klęczy powstrzymując Romulusa, mającego – podobnie jak u Davida – włócznię w prawej ręce i stojącego w analogicznym rozkroku. Największą różnicą jest to, że Vincent swoją kompozycję oparł na dwóch pozornie niezależnych grupach kompozycyjnych – obok wspomnianej jest jeszcze druga, po lewej stronie, gdzie jeden z walczących zamierza właśnie roztrzaskać głowę powalonego przeciwnika, ale jego nogę powstrzymuje kobieta z małym dzieckiem. W tle zaś po lewej stronie umieszczono zarysy architektury jednego z rzymskich wzgórz. No i oczywiście jest jeszcze kolejna, chyba najistotniejsza, różnica – wszystkie postaci są mniej lub bardziej odziane (najmniej stroju ma leżący, gdyż jego okrycie składa się jedynie z przepaski biodrowej).

Innymi słowy ukrytego sensu “Porwania Sabinek” upatrywać należy m.in. w kontraście nagości mężczyzn, ostatecznie zredukowanej na skutek przemalowań w 1808 r., i “greckiego”, a nie “rzymskiego” stroju Hersilii. Ale o tym w kolejnej części, bo to ów kontrast ujawnia, że sprzeciwiająca się rozlewowi krwi Sabinka wcale nie jest ucieleśnieniem cnót, jakie przypisywał jej Liwiusz i Plutarch…