piątek, 8 listopada 2013

Sztuka sieroca czy sieroty sztuki?

Tego lata światowe media obiegła wiadomość mrożąca krew w żyłach (tak na marginesie to zawsze to powiedzenie mnie zastanawiało, a mianowicie czy chodzi o krew odtlenioną czy natlenowaną, a może obydwie?). Chodziło o pakistańskie teleturniej, w którym bezdzietne pary mogły wygrać upragnione dzieci i stworzyć im (miejmy nadzieję) szczęśliwy, kochający dom. Twórcy programu tłumaczyli, że w ten sposób spełniają marzenia nie mogących mieć dzieci rodziców, etycy mediów narzekali, dokąd ten świat zmierza, a komentujący newsa dziennikarze twierdzili, że przekroczono pewną ważną granicę, zrównując ludzkie życie z nagrodą. Sam pewnie należałbym do grupy tych gotowych pierwszych rzucić kamieniem, jako że naprawdę obawiam się upadku mediów jak w filmie "Live!" ("Śmierć na żywo") z 2007 r. z Evą Mendes czy  książce i filmach z serii "Igrzysk śmierci" (choć akurat to drugie w swej mniej brutalnej wersji już jest i leci jako reality show na CW o nazwie "Capture": link na IMDB). Strach się bać, czego można spodziewać się po telewizji. O ile robienie z siebie idiotów przez "gwiazdy" show-biznesu jeszcze można przeżyć, to "inwazyjne" mass media w dobie Google Glass i podobnych urządzeń mogą być w przyszłości poważnym zagrożeniem dla zwykłej, ludzkiej prywatności. Wróćmy jednak do teleturnieju, który wcale nie jest pomysłem tak nowym, jak mogłoby się wydawać. Wystarczy sięgnąć bowiem do czasopism wydanych sto lat temu, by dowiedzieć się, że wówczas też można było wygrać dzieci.
Oto artykulik z amerykańskiego miesięcznika "Popular Mechanics" z numeru styczniowego 1912 r. Krótki tekst z łatwością wyjaśnia, że w szczytnym celu paryski sierociniec postanowił się wpisać nie tylko w potrzebę posiadania dziecka przez rodzinę, ale także by uporać się z problemem przeludnienia. Oczywiście poinstruowano czytelnika, że po wytypowaniu potencjalnych rodziców, odpowiednie władze sprawdzą, czy rzeczywiście dziecko powinno im przypaść, ale i tak budzi to z obecnej perspektywy lęk i obawę o przyszłość rozkosznych bobasów. Już sama ilustracja promująca wydarzenie potrafi zmartwić instrumentalnym wykorzystaniem swoich podopiecznych. Pani odziana jak kobiety z kabaretów, by przykuwać męską uwagę, koło niczym od staroświeckich magli skonstruowane tak, że przypomina gry odbywające się w miejscu biwakowania objazdowych cyrków, wreszcie zarówno radosne dzieciaki, jak i smutne, spłakane, budzące litość potencjalnego widza... To wszystko tylko po to, by rozwiązać palący - jak zawsze problem - jak zadbać o przyszłość tych dzieci, które z różnych powodów utraciły swoich rodziców.
Ponoć "jakość" społeczeństwa poznaje się po tym, jak traktuje ono tych, za których musi być najbardziej odpowiedzialne: bezdomnych, bezrobotnych, sieroty, niepełnosprawnych. Pozbawione rodziców dzieci nie miały łatwo i stawały się dzięki temu tematem zainteresowania artystów. Symbolem tego, że jeśli żyjemy w najlepszym ze światów, to jeszcze daleka droga do tego, by ten świat był bliski ideałowi. Prezentowana u góry ilustracja to tylko przykład tego, że dla reklamy obojętne jest to, co jest promowane. Wcześniej rolę tych obserwatorów rzeczywistości pełnili malarze, zwłaszcza w XVII-wiecznych Niderlandach, gdzie oczom (i pędzlowi) artysty nie umykało nic, co stanowić mogło o specyfice ówczesnego świata. Obraz Jana de Braya "Podopieczni z sierocińca w Haarlemie" z 1663 r., znajdujący się w Muzeum Fransa Halsa w tym mieście, pokazuje nie tylko to, że udało się opracować tam jeden z pierwszych systemów opieki społecznej (w Amsterdamie korzystało z niej 10% mieszkańców miasta), ale także to, jaką rolę w społeczeństwie wyznaczono sierotom w okresie ich młodości, a potem po osiągnięciu dojrzałości.
Malarz skoncentrował się w trzech miejscach na akcie przyjęcia dzieci do opieki. Jak widać, chłopcy ubierają się - jeden zdejmuje stare ubrania, drugi zakłada nowe spodnie, a trzeci otrzymuje charakterystyczną ciemnoniebieską kurtkę z jednym czerwonym rękawem. To właśnie ten element ubioru miał wyróżniać dzieci pod opieką ośrodka od innych, które wychowały się w domu rodzinnym. W ten sposób z jednej strony ułatwiano sobie ich znalezienie w zatłoczonych miejscach przez opiekuna albo w przypadku ucieczki z sierocińca, a z drugiej wpisywano w zhierarchizowaną społeczność miejską. Ów akt przyodziania nowego stroju podkreślony został przez artystę też jako dowód na skuteczność instytucji - widać, że dysponuje ona środkami pozwalającymi na opiekę nad dziećmi, skoro stać ją na dopasowane stroje, jeden chłopiec i dziewczynka w tle właśnie się pożywiają, a kolejna z kolei gasi pragnienie. Nie jest to oczywiście apoteoza funkcjonowania instytucji, ale raczej obraz mający wizualnie potwierdzić realizację przez mieszczan ich obowiązku, budujący dumę z własnego miasta. Czyż miałyby owe samotne dzieci lepiej, gdyby nie ów haarlemski sierociniec? Obraz przekonuje, że nie - chłopiec po lewej jest wychudzony i brudny, a ten przy prawej krawędzi obrazu, jak widać ma już dość dobrze zaokrąglone policzki. Dzieci nie tylko wyglądają lepiej, ale im starsze, tym bliżej im wizualnie do opiekunek i zarządzającego sierocińcem. Można wręcz powiedzieć, że de Bray sugeruje, iż w ten sposób przywraca się je cywilizacji, wykorzenia złe nawyki, jakich mogły nauczyć się walcząc o przetrwanie od najmłodszych lat. Same zaś poddają się temu z ufnością - wiedzą, że sierociniec nauczy je konformizmu, ale takiego, dzięki któremu jako dorośli skutecznie odnajdą się w trudnym świecie, z którego właśnie uciekły pod skrzydła opiekunów. Czy w tym obrazie jest coś więcej? Osobiście nie potrafię sobie poradzić z rozwiązaniem dziwnego spojrzenia rozdającej kanapki kobiety i jej męża. Na tę relację wskazywałaby pewność, z jaką chwyta ją za dłoń i utrzymuje kontakt wzrokowy. Czy próbuje ją powstrzymać przed rozdaniem wszystkiego, czy też utwierdza w tym, że jej akt miłosierdzia wobec dzieci jest tym, co całe miasto ofiarowuje sierocińcowi utrzymując je? Być może artyście po prostu nie starczyło talentu, by jednoznacznie ten charakter ich wzrokowego i cielesnego kontaktu zasygnalizować, ale to chyba najciekawszy element obrazu. Kobieta nie spogląda bowiem na dziewczynę, której przekazuje kanapkę, dziewczyna jest jej wizualnie całkowicie podległa, przyjmując jedzenie "z namaszczeniem", jakby było to wciąż dla niej coś wyjątkowego. Być może artysta chciał tu oddać gest miłosierdzia odwołując się do tradycji ikonograficznej, ale uczynił to tak, że można odnieść wrażenie przeciwne - że celowo oddzielił dorosłych pracujących w sierocińcu od podopiecznych, a gest mężczyzny odczytywać również można jako przypomnienie, że nie należy z dziećmi silniej wiązać się emocjonalnie. Jeśli taki miał być wymiar tej partii obrazu, to dziewczyna przejmująca się prawidłowym założeniem kurtki u nowo przyjętego zdaje się czynić to z większym emocjonalnym zaangażowaniem.
W tym samym roku de Bray wykonał też prezentowany obok rysunek czarną kredą, koncentrując się tylko na dziewczynach zamieszkujących sierociniec. Uwagę przykuło przygotowywanie ich roli do dobrych mieszczanek, nauki wykonywania obowiązków domowych, pouczanie przez opiekunki. Przepojenie określonym światopoglądem było czymś powszechnym w ówczesnych domach dziecka. Amsterdamski Oranje Appel czyli prowadzony przez mennonitów sierociniec uczył nie tylko wiary protestanckiej w ujęciu wypracowanym przez Menno Simmonsa, ale także hymnów pochwalnych autorstwa najwybitniejszych poetów tegoż wyznania. Nie dziwi więc, że gdy dziecko osiągnąwszy dojrzałość opuszczało sierociniec otrzymywało przypomnienie, by zachowywać się zgodnie z pobożnymi kazaniami, jakie wielokrotnie słyszało w domu dziecka, by uczęszczało na spotkania religijne i jednocześnie nigdy nie obawiało się rozwijać w kwestiach wiary. Gdy zaś będzie w pełni dojrzałe, miało dołączyć do Kongregacji i włączyć się w budowę uniwersalnego Kościoła Chrześcijańskiego (a finalnie Republiki uniwersalnego Chrześcijaństwa).
Niderlandzkie idee opieki nad dziećmi szybko rozpropagowały się w innych krajach - i choć na różne sposoby wcześniejsze instytucje też starały się pomagać dzieciom, jak chociażby słynny florencki Szpital Niewiniątek - to dopiero w XVII w. ochronki stają się coraz bardziej powszechne. W samych Niderlandach dwa stulecia później mniej więcej od 9 do 13 procent dzieci nie miało przynajmniej jednego rodzica (sierot całkowicie pozbawionych rodziców było 1-2 procent). Dawało to całkiem sporą liczbę dzieci, o które należało zadbać - w 1859 r. było to 30 tysięcy dzieciaków, przy czym jedynie 1/3 przebywała w domach dziecka.
Max Liebermann w latach 80. XIX w. wykonał serię obrazów przedstawiających dziewczęcy sierociniec w Amsterdamie. Jedno z tych dzieł z lat 1881-1882 znajduje się we frankfurckim Städelsches Kunstinstitut, inne - z 1885 r. przedstawiające dziewczyny szyjące w parku w hamburskiej Kunsthalle. Co ciekawe, niemieckiego malarza nie zainteresowali chłopcy, na jego obrazach ukazane zostały tylko dziewczyny, ich monotonia młodości przejawiająca się w rozmowach, szyciu, przechadzkach i identycznych strojach. Na tle powstających w tym czasie przedstawień dziewcząt w tym wieku uwagę zwraca spokojna atmosfera, postaci nie śmieją się, nie gestykulują żwawo. Wiadomo, że pobyt w domu dziecka do najszczęśliwszych doświadczeń nie należy, ale tą melancholijną atmosferą udało się Liebermannowi przepoić swoje malowidła. Jedynie dziewczynka w tle nieco bardziej dynamicznie biegnie czy też może próbuje grać w klasy podskakując w czarnych, skórzanych botkach, ale to tylko drobny akcent w malarstwie Liebermanna. Co jednak od strony kompozycyjnej dominuje w prezentowanym powyżej dziele, to zaakcentowanie przez malarza liczby dziewczynek, jakimi opiekował się amsterdamski sierociniec. Przyjęcie idei chodnika na skraju placyku zaludnionego przez kilkanaście postaci pokazuje nie tylko skalę problemu, ale także to, że przy takiej masie dziewcząt każda staje się niejako kopią drugiej. Rozwija się podglądając starsze, jej życie uwarunkowane jest przez tradycję wychowania dziewczynek w określonym wieku i kończy tak samo - opuszczeniem ośrodka z drobną sumą, jaką sierociniec jej wyasygnował w nowe życie poza murami domu dziecka. Artysta zdaje się pytać odbiorcę, czy jego zdaniem w tym miejscu da się rozwijać indywidualne talenty poszczególnych dzieci. Niby dzieci są pod fachową opieką, są ładnie ubrane, przebywają ze swoimi rówieśnikami, ale z drugiej strony wszystkie zajmują się tym samym - szyją stroje zamiast poświęcać czas na być może inne zajęcia, do których są bardziej predestynowane. Oczywiście tej wrażliwości społecznej Liebermanna nie można za bardzo rozciągać - w swych obrazach stawia się raczej na miejscu obiektywnego obserwatora, odmalowującego na płótnie problem, z którym Holandia całkiem skutecznie sobie radziła. O ile bowiem w Delft pod koniec XVI w. w pierwszym sierocińcu było prawie 150 dzieci, to w czasach malarza było ich o 2/3 mniej, a więc mogły mieć lepszą opiekę i pewnie o wiele lepsze warunki do rozwoju. Warto jednak pamiętać, że koniec XIX w. to czas kształtowania się nowoczesnej pedagogiki: po okresie fascynacji zdolnościami adaptacyjnymi dziecka, o czym pisał Hipolit Taine czy refleksji Fryderyka Wilhelma Froebla o tym, że dziecko w wieku przedszkolnym wymaga innego nauczania niż to w wieku szkolnym (mając na uwadze ostatnie referendum o sześciolatkach wciąż nie wszyscy o tym wiedzą), zaczęto zastanawiać się nad tym, jak łączyć u dzieci naukę z zabawą, czynić z nich dobrych obywateli i uczyć odpowiedzialności. A przede wszystkim jak zachować ich indywidualność i rozwijać ją na kolejnych etapach ich życia. Można się więc zastanawiać, czy dziewczęta z amsterdamskiego sierocińca mogły tę swoją wyjątkowość rozwijać, czy też może uniformizacja, przejawiająca się nie tylko w strojach, miała charakter o wiele bardziej totalny.
Inny znany cytat mówi, że poziom społeczeństwa można zmierzyć tym, jak społeczeństwo to traktuje swych więźniów. Być może tak jest, ale najlepiej rozszerzyć to na to, jak traktuje wszystkich, za których powinno być odpowiedzialne. Wystarczy spojrzeć na współczesne wystawy, by zobaczyć, że to co przedstawiali de Bray i Liebermann jest obecnie na uboczu, a na palcach jednej ręki policzyć można prace artystów poświęcone bezdomnym czy niepełnosprawnym. Miejsce to zajęły kampanie społeczne i gdy patrzy się na te billboardy wymęczone przez agencje (nie zawsze) kreatywne, to odnieść można wrażenie, że lepiej byłoby te pieniądze od razu przeznaczyć na szczytny cel. Być może i obecnie doczekamy się dobrej sztuki podejmującej ten temat. Zwłaszcza, że w Polsce jest około 100 tysięcy dzieci, które nie mają swoich rodziców lub których rodzice nie chcą (lub nie powinni) się nimi opiekować. A jest to temat wart uwagi i potrafiący naprawdę chwycić odbiorcę za serce.

PS. A na zakończenie obrazek o tym, jak XV-wieczny ilustrator "Powieści o róży" Guillaume'a de Lorris i Jeana de Meun(g) przedstawił Naturę "rzeźbiącą" dzieci. Jakie to szczęście, że poród - choć bolesny - odbywa się jednak w sposób bardziej cywilizowany ;)