poniedziałek, 24 grudnia 2012

Narodziny “Światłości świata”

Tegoroczne Święta Bożego Narodzenia, gdyby nie fakt, iż mam nieco więcej wolnego czasu (który spędzę na pisaniu na komputerze nad wyraz różnych od siebie tekstów) przeszłyby chyba obok mnie niezauważone. Tyle się narzeka na powolne wymieranie tradycji, pośpiech, traktowanie Świąt instrumentalnie, że przynajmniej część tych zjawisk jakoś mnie mogła w tym roku dotknąć. Szczęśliwie rodzina stanęła na wysokości zadania, zapach pierogów roznosi się po całym domu, przez co pisząc tego posta nieco zaśliniam klawiaturę. Nie byłoby jednak tych Świąt, gdyby nie fakt, że jakieś ponad dwa tysiące lat temu przyszedł na świat pewien człowiek (a zdaniem ponad dwóch miliardów ludzi nie tylko człowiek), który zmienił ludzki punkt widzenia na świat i wlał w wiele serc nadzieję, że nawet jeśli na ziemi nie uda nam się zyskać szczęścia, to czeka ono na nas gdzie indziej. Dał światło, był – jak sam mówił – “drogą, prawdą i życiem”, toteż oczywiście z okazji Świąt na blogu nie może zabraknąć wpisu poświęconego Jezusowi. Tym razem jego wizerunek w znakomitym i bardzo znanym obrazie Williama Holmana Hunta “Światłość świata”, którego powiększona wersja do dziś wisi w katedrze św. Pawła w Londynie, zaś oryginał w Manchester Art Gallery.

william_holman_hunt_21_the_light_of_the_world

O tym stworzonym w latach 1853-1854 obrazie William powiedział znajomemu, że ponoć malował go “z myślą, mimo że czuł się niegodny, bo było to przykazanie Boga, a nie tylko dobry temat”. Nie da się ukryć, że to malowidło ma w sobie coś przejmującego – jeśli patrzy się na dzieła sztuki tylko jako artefakty kultury wizualnej, plastyczne następstwa pewnego etapu rozwoju ludzkości i stosunków społecznych, to “Światłość świata” W. Holmana Hunta jest dobrym wyjątkiem od tej depotencjonalizującej obraz reguły. Mieszkający wówczas z Millaisem artysta poprosiłem zatem równie uduchowionego kolegę (w końcu autora nietypowego “Chrystusa w domu swoich rodziców”), by ten stał przy drzwiach z lampą jako model do tworzonej wówczas kompozycji. Zbawiciel pukający delikatnie do drzwi niczym do serc wiernych, omijający starannie porzucone przez biblijną Ewę jabłuszka… – pomysł jaki zastosował Hunt jest przedni i bynajmniej nie wynika on z tekstu “Pisma Świętego”, jaki go pierwotnie zainspirował. Artysta próbował bowiem przedstawić fragment Listu św. Pawła do Rzymian (“Noc się posunęła, a przybliżył się dzień”; Rz 13,12) i Księgi Psalmów (“Twoje słowo jest lampą dla moich stóp i światłem na mojej ścieżce”, Ps 119, 105). Stojąca z lampionem postać – podobna nieco do uczęszczających na roraty co gorliwszych chrześcijan – przypomina tym samym, że zgodnie ze słowami Apokalipsy (która jak twierdził kalendarz Majów miała nastąpić parę dni temu – ja się póki co pocieszam, że jeszcze nie wszystko stracone, bo pewnie kalendarz Majów nie uwzględniał reformy gregoriańskiej…) “Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze mną” (Ap 3,20).

Choć z obecnej perspektywy może się to wydawać dziwne, to William został skrytykowany za swoje dzieło. Budziło ono zainteresowanie zarówno zwiedzających wystawę, jak i krytyków, ale opinie były eufemistycznie mówiąc pejoratywne. Przede wszystkim w świadomości ówczesnych dziennikarzy piszących o sztuce, podziwiających akty Williama Etty’ego, znakomite portrety Thomasa Lawrence’a (mało który obraz wodzi męskie oko tak na pokuszenie jak namalowany w 1819 r. konterfekt Małgorzaty, hrabiny Blessington) czy pełne ekspresji kolorystycznej pejzaże W. Turnera tak realistyczne przedstawienie, co by nie było alegorycznej, sceny z “Księgi Objawienia” jawiło się jako kolejna próba wykorzystania ikonografii chrześcijańskiej do promocji jednego ze schizmatyckich ruchów religijnych dość bliskiego Millaisowi i Huntowi czyli tzw. ruchu oksfordzkiego.

william holman hunt - cień śmierci

Przyglądając się “Światłości świata” nie sposób nie dostrzec tej maestrii symboliczności zakodowanej w realistycznym ukazaniu rzeczywistości. To samo Holman Hunt uczynił w “Koźle ofiarnym”, gdzie zwierzątko łączy z religią chrześcijańską tylko tytuł oraz specyficzny czerwony wieniec ewokujący Pasję Chrystusa. Z kolei w “Cieniu śmierci” pojawia się cień Krzyża na pozór naturalnie rzucany przez młodzieńczego Jezusa rozciągającego się po ciężkim dniu pracy w warsztacie św. Józefa. Podobna czerowna podstawa chusty umieszczona została w dolnej partii obrazu, czyniąc z niego swoistą kontynuację “Kozła ofiarnego” i “Światlości świata”. W rzeczywistości jednak skala nawiązań, jakie w swej pracy z lat 1853-1854 Holman Hunt zawarł, jest o wiele większa niż inkorporacja pasaży “Pisma Świętego”. Jak swojego czasu stwierdzono, wizerunek pukającego w odrzwia Chrystusa to “najbardziej znany ze wszystkich wiktoriańskich obrazów religijnych”, co przejawia się choćby już w tym, że już dekadę później (po jego pierwszej ekspozycji) traktowano go jako kluczowy obraz pokazujący, jak wielką nastrojowość religijną można zamieścić w prostokątnym płótnie pokrytym odpowiednio farbkami. Rycinę “Światłości świata”, która rozpropagowała płótno do tego stopnia, że na starość poproszono artystę, by wykonał naturalnej wielkości kopię do wspomnianej katedry św. Piotra, powielano w książkach dla dzieci o twórczym tyle “Obrazy religijne, które wszystkie dzieci powinny znać”, a także w oparciu o dzieło tworzono kazania i homilie. Jedną z nich stworzył George Dawson, bardziej kaznodzieja niż duchowny (swoją duchową posługę zaczynał jako baptysta, by następnie zbliżyć się do unitarian, a następnie stworzyć Kościół Zbawiciela głoszący ideę “ludowej Ewangelii”).

Jego zdaniem każdy element “Światłości świata” daje się odnieść symbolicznie do pewnych aspektów działalności Chrystusa. Wpierw Dawson wypowiadał się pozytywnie na temat walorów malarskich dzieła, przyrównując pracę do wybitnych osiągnięć artystów średniowiecznych. Przede wszystkim jednak dla Dawsona obraz Hunta był swoistym kazaniem i tak też miałby zostać skonstruowany. Wydawać by się mogło, że malarza cieszyć będzie odniesienie do sztuki okresu, który jako prerafaelita najbardziej cenił, a więc późnego średniowiecza, ale już w kolejnym akapicie kaznodzieja stwierdził, że obraz nie jest “prerafaelicki”, lecz symboliczny, sugerując niejako, że te nurty artystyczne coś dzieli. Trudno obecnie ocenić, co mógł mieć na myśli i raczej głębokich przemyśleń o naturze sztuki u Dawsona doszukać się nie sposób, stąd też pewnie odniósł się raczej do tematu pracy niż zastosowanej konwencji artystycznej. Sugeruje to przyświecająca mu idea odnośnie koron noszonych na głowie przez Chrystusa – jedna miałaby być koroną niebiańską wskazującą na przedwieczną chwałę, druga zaś koroną ziemską, jaką Jezus otrzymał na kilka godzin przed śmiercią krzyżową. U Dawsona rozterki pojawiają się w zakresie tego, jak tłumaczyć trzymany w lewej ręce lampion. Tym razem autor kazania nie był pewien – przytoczył przekonanie niektórych krytyków, że ma to być symbol świadomości i oświecenia, jakie przynosi Chrystus, chociaż równie dobrze Huntowi mogło chodzić o to, że Kościół jest swoistym kagankiem zbawienia. Misterna obudowa lampionu przypominająca strzeliste, wydłużone okna gotyckich świątyń zwieńczone ażurową strukturą zdają się przywodzić na myśl to drugie rozwiązanie. Ono też obecnie dominuje w interpretacjach “Światłości świata”, dodatkowo wspomagane specyficznym uchwyceniem lampionu przez Chrystusa, które jawi się jako mistyczna, metafizyczna więź.

Wyjątkowość malowideł tworzonych przez Millaisa i Holmana Hunta polega przede wszystkim na tym, że każdy element struktury obrazowej musi coś znaczyć. Drobny szczegół całkowicie potrafi zmienić znaczenie obrazu (vide: sugestia odmiennego rozumienia “Chrystusa w domu swoich rodziców” Millaisa w poprzednim poście), ale artyści na tym nie poprzestają. Próbując różnych rozwiązań symbolikę tę kodują w liniach pola obrazowego, ustawiają je w nietypowych relacjach w stosunku do granic pola obrazowego, miejsc, ściągających uwagę widza i wymuszają narrację de facto w trzech wymiarach. To nie jest proste podporządkowanie konstrukcji obrazu jednemu znaczeniu, jak choćby w pracach szkoły J-J. Davida (“Sabinki” tego artysty są chlubnym wyjątkiem), lecz dynamiczne rozłożenie w różnych miejscach obrazu “pokruszonych de facto nośników znaczeń, które dopiero zebrane razem pozwalają dotrzeć do zamierzonego przez malarza znaczenia obrazu. Znaczenia obrazu, które w trakcie prac nad obrazem zwykle silnie ewoluowało, nie pozwalając jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, od jakiej idei artysta rozpoczynał swoją pracę i czy rzeczywiście skończył ją zgodnie ze swoim zamierzeniem. U Holmana Hunta jest w “Światłości świata” analogicznie. Przyroda towarzysząca Chrystusowi ma w sobie coś magicznego, tajemniczego. To nie jest Dobry Pasterz (którego notabene malarz zdyskredytował w “Złym pasterzu (Najemnym pasterzu)” – ewidentnie religijnym obrazie, który przedstawiony został, by nie budzić nadmiernych emocji jako ilustracja do słów Edgara z “Króla Leara”), lecz umęczony, ale triumfujący Zbawiciel, który po swoim zmartwychwstaniu krąży po świecie, niejako niedostrzegany, by odnaleźć gotowe za nim podążyć dusze. O tym, że samotność Chrystusa jest wysunięta jeśli nie na pierwszy, to przynajmniej na drugi plan, świadczą walające się gdzieniegdzie owoce jeżyn (symbole żalu za grzechy, jaki pukając w drzwi Jezus ma zamiar ewokować), owoce opadłe z drzewa poznania dobrego i złego, wreszcie zamiast gołębi Hunt przedstawił nietoperze stanowiące w europejskiej kulturze symbole obłudy, podświadomych lęków, zwiastujące upadek i zniszczenie świata. Chrystus nie przychodzi zatem jako zatroskany ojciec, lecz ostatnia nadzieja, ostatnia pochodnia światła w świecie pozbawionym nadziei i duchowego blasku.

Hunt o swoim obrazie stwierdził kiedyś, że celem jego powstania było pokazać, “jak stale cichuteńki głos przemawia do ludzkiej duszy mimo wrzasku [codziennego] życia”. Udało mu się to znakomicie, a jeśli dodać, że ponoć inspiracją do stworzenia pracy był sonet Lope de Vegi “Dlaczego poszukujesz mojej przyjaźni” (znany też pod nazwą “Jutro”), to chyba trudno o bardziej uduchowione dzieło na święta. Cytując zatem hiszpańskiego poetę w oryginale, składam wszystkim Czytelnikom cudownych Świąt Bożego Narodzenia i… do poczytania!

¿Qué tengo yo, que mi amistad procuras?
¿Qué interés se te sigue, Jesús mío,
que a mi puerta, cubierto de rocío,
pasas las noches del invierno oscuras?
¡Oh, cuánto fueron mis entrañas duras,
pues no te abrí!, ¡qué extraño desvarío,
si de mi ingratitud el hielo frío
secó las llagas de tus plantas puras!
¡Cuántas veces el ángel me decía:
«Alma, asómate ahora a la ventana,
verás con cuánto amor llamar porfía»!
¡Y cuántas, hermosura soberana:
«Mañana le abriremos», respondía,
para lo mismo responder mañana!