czwartek, 7 marca 2013

Kosmici i sztuka renesansu - cz. 1

Zapewne większość Czytelników już wie, że do sztuki podchodzę na dość dużym luzie, stąd też tym razem czas na inspiracje życiem pozaziemskim u twórców XIV i XV wieku. Wierzący w życie rozkwitające poza trzecią planetą od Słońca (albo ginące przy czynnym udziale gadopodobnych stworów z Oriona tworzących niewolnicze hybrydy w postaci "szaraków" i Wielkiej Stopy) nie raz powołują się na kilka prac powstałych w przedrenesansowej i renesansowej Italii jako przykładów obecności Obcych (i oczywiście przestrzegają co młodszych czytelników swoich książek i blogów, by nie brać cukierków od tychże Obcych). Poważniej przyglądając się tym pracom można raczej odnieść wrażenie, że choć na pozór intrygujące, daleko pada ufologiczne jabłko od jakiejkolwiek wiedzy na temat ówczesnej tradycji artystycznej. Czyżby więc pewne zjawiska były tylko zasługą fascynacji nocnym niebem? A może jednak okrągłe dyski pozaziemskich istot wspomogły rozwój ludzkości (chciałoby się powiedzieć "po raz kolejny") w tym kluczowym dla świata okresie? Przyjrzyjmy się zatem dokładniej kilku dziełom, wpierw zwracając uwagę na te, które coś powiedzą nam o ówczesnej wiedzy astronomicznej.
Naukowcy (z tzw. prawdziwego zdarzenia) najczęściej przywołują słynny fresk Giotta "Adoracja Magów" z kaplicy Scrovegnich w Padwie jako ewidentne następstwo fascynacji nocnym niebem i niezwykłymi na tym niebie zjawiskami. Realistycznie uchwycona scena pocałunku stóp oświetlonego aureolą zawiniątka, w którym znajduje się Dzieciątko uzupełniona została kilkoma elementami, które nie tylko dla utalentowanego artysty, ale i Florentczyków, rozpatrywać by należało w kategorii "nowości". Ot, choćby wielbłąd po lewej stronie, nienaturalnie wręcz uśmiechnięty i jak - z łatwością można dostrzec - trochę za chudy i mający bardziej nogi wysokiego ogiera niż przynależne jego gatunkowi. Mimo to realizm sceny jest uderzający, zwłaszcza gdy skonfrontujemy tę pracę z analogicznym dziełem Duccia powstałym w latach 1308-1311, gdzie zwierzaki zdają się (zwłaszcza z pyska) przypominać raczej Kaadu ujeżdżane przez Gunganów w pierwszej części najnowszej trylogii "Gwiezdnych wojen".
Nas jednak tym razem zainteresuje coś innego, a mianowicie sposób ukazania Gwiazdy Betlejemskiej, która ma kształt komety u Giotta, podczas gdy u Duccia jest raczej świetlistym kolistym znakiem na niebie. Większość badaczy różnicę tę przypisuje komecie Halleya, która widoczna była w 1301 r. Ta dominująca w nauce koncepcja rozumienia dość precyzyjnego malarskiego przedstawienia okresowo nawiedzającego okolice Ziemi ciała niebieskiego opracowana została na początku XX w. i powszechnie została przyjęta. Dzięki temu nawet jedna z sond kosmicznych otrzymała nazwę "Giotto", a spotkanie przedstawicieli agencji kosmicznych USA, ówczesnej EWG, ZSRR, Japonii i wschodnioeuropejskiego Interkosmosu, które miały połączyć siły, by razem badać kometę pojawiającą się w okolicy Ziemi w 1986 r., zorganizowano pięć lat wcześniej w Padwie. Zresztą wówczas na kometę czekali nie tylko naukowcy, a z obserwacji tego zdarzającego się co 76 lat zjawiska zrobiono dość duży medialny spektakl (tytułem przykładu wystarczy wymienić krążek Orkiestry Ósmego Dnia z udziałem Jana A.P. Kaczmarka pt. "Czekając na Kometę Halleya"). Na rok przed pojawieniem się komety na nieboskłonie sonda została wystrzelona i dostarczyła wielu istotnych danych. Czy jednak, aby na pewno, Giotto malował kometę Halleya?
Badacze, którzy w 1910 r. starali się znaleźć wizualne przykłady ukazywania komety Halleya w światowej sztuce, nie założyli, że w owym czasie, w rok po przewidywanym końcu świata (jak chcieli niektórzy kaznodzieje nawiązujący do tez Joachima z Fiore) nie była to jedyna kometa widziana gołym okiem na terenie Italii. Wystarczy zajrzeć do współczesnych katalogów odnośnie pojawienia się komet, by dostrzec, że dwie dość jasne pojawiły się także w 1299 r. i 1337 r. Tą drugą z łatwością możemy wykluczyć (freski powstały w latach 1303-1306, a Giotto odszedł do krainy wiecznego malowania 8 stycznia 1337 r.), więc wydaje się, że również ta z 1299 r. mogłaby konkurować z kometą Halleya. Sytuacja nie jest jednak oczywista, bo okazuje się, że to nie wszystkie tego typu ciała niebieskie, jakie można było obserwować. Peter Lancaster-Brown w jednym z numerów "New Scientist" z czerwca 1985 r. (13.06.1985 r.) zasugerował, że obecne katalogi nie uwzględniają komet, których orbit nie znamy (mogła przecież uderzyć w albo przelecieć obok jakiegoś większego ciała niebieskiego i zmienić swoją orbitę), a tylko te, które są obecnie obserwowane przy pomocy specjalistycznej aparatury. I tu pojawia się polski wątek, bo wspomniany monografista komety Halleya odwołał się do pracy Jana Heweliusza i Stanisława Lubienieckiego, w tym słynnej trzytomowej "Theatrum cometicum...", w której autorzy podali, że okresowo pojawia się kometa, która widoczna jest na tle gwiazdozbioru Wodnika i Ryb. Potwierdzili to też XVIII-wieczni astronomowie w swoich książkach z 1740 i 1783-1784. Jak zatem obliczył były prezes Stowarzyszenia Astronomicznego kometa ta musiała być widziana w grudniu 1301 r., ale z jakichś - bliżej nieznanych przyczyn - już nie powraca. Którą zatem z komet namalował Giotto? Tego nie udało mu się ustalić.
Truizmem jest stwierdzenie, że astronomia aż do czasów współczesnych łączyła się z astronomią, a kto posiadł wiedzę na temat tego, co się dzieje na niebie mógł ją wykorzystać do bardziej przyziemnych celów. Kometę Halleya obserwowano zatem za każdym razem, gdy się pojawiała od 240 r. p.n.e. (jedynie z 164 r. p.n.e. nie posiadamy żadnych przekazów). Wiosną 1066 r. widoczna była również na nieboskłonie, toteż nietrudno wyjaśnić fakt, że pojawiła się też na tkaninie z Bayeux, datowanej zazwyczaj na lata 70. XI w.
Można sobie z łatwością wyobrazić, że zaskoczenie Florentczyków, gdy dostrzegli świecące ciało niebieskie ciągnące za sobą warkocz było podobne do tego, jak ukazano żołnierzy i poddanych Wilhelma Zdobywcy. A już tym bardziej musieli być zaskoczeni, jeśli widzieli kolejną kometę kilka miesięcy później. Historycy obserwacji zjawisk astronomicznych próbowali jeszcze precyzyjniej osadzić wykonanie fresków przez Giotta z obserwacją komety. Nie bez powodu (jak twierdziła przekazana przez Vasariego legenda) pastuszek uważany był za tego, który jako pierwszy "naukowo" przedstawił kometę. Przesuwając datację na 1304 r. (kolejna kometa miała wówczas minąć Ziemię, choć Gary'ego Kronka była on zbyt słabej wielkości i jasności, by można było ją obserwować) de facto mógłby więc di Bondone malować kometę wręcz "z natury"! Jakże to bliskie całej otoczce quasi-humanistycznego wczesnego Trecenta, jaka do dziś przebija się gdzieniegdzie w tekstach naukowych... Ale z drugiej strony pokazuje polaryzację stanowiska badaczy w zakresie tego, czy dana kometa była widoczna, czy też nie. Skoro zachowały się zapiski chińskie, koreańskie i japońskie z 1304 r. odnośnie tej komety, to czemu mieli jej nie widzieć mieszkańcy Toskanii? Na niebie znajdowała się mniej więcej tyle samo czasu (kometę Halleya widać było przez dwa miesiące, kometę z 1304 r. prawie dwa i pół miesiąca), ale była mniej spektakularna. Pytanie zatem o jaką kometę wciąż zatem pozostaje bez odpowiedzi, ale pewnie tak częste pojawianie się podobnych zjawisk na niebie musiało wpłynąć na zainteresowanie astronomią. Trzeba mieć bowiem na uwadze fakt, że dla ówczesnych Florentczyków astronomia była jedną z najistotniejszych i najbardziej cenionych nauk, co notabene napisał ponad wiek później Marsilio Ficino (opisujący zdobycze XV-wiecznego renesansu sztuk i nauk): "...to stulecie, niczym złoty wiek, przywróciło światło w sztukach wyzwolonych, które dotąd były prawie całkowicie wymarłe: gramatyce, poezji, retoryce, malarstwie, rzeźbie, architekturze, muzyce, antycznym śpiewaniu pieśni przy orfickiej lirze... Osiągając to, co było najbardziej cenne pomiędzy starożytnymi, ale od tego czasu prawie prawie zapomniane, stulecie to posiadło wiedzę wespół z wymową i roztropność wraz ze sztuką wojskową... ten wiek wydaje się, że osiągnął szczyt astronomii, a we Florencji wyciągnął platońską naukę z cienia ku światłu...". (za: J.B. Ross, M.M. McLaughlin (red.), "The Portable Renaissance Reader", New York 1953, s. 79).
Co prawda Ficino dość mocno wyolbrzymił zasługi piętnastego stulecia w zakresie astronomii i innych nauk, niemniej pokusę przenoszenia wiedzy na temat kosmosu na czasy Giotta trzeba od razu odrzucić. Za czasów florenckiego malarza wciąż dominującym źródłem wiedzy były teksty kościelnych komentatorów do pism Ojców Kościoła, a istotną rolę odgrywała tzw. "Apokalipsa" Pseudo-Metodego o jawnie antymuzułmańskim wydźwięku. To w niej autor przypisał Jonitowi (niekiedy pojawia się też wersja Jonton lub Maniton), jednemu z synów Noego zrodzonemu już po potopie, zdobycie tajemnej wiedzy o kosmosie. Z wiedzy tej miał korzystać wspierając Nimroda przy budowie wieży Babel i udać się do "kraju na wschodzie". Nic więc dziwnego, że być może Jonit przedstawiony został jako astronom na jednym z reliefów wykonanych przez warsztat Andrei Pisano, znajdujących się na florenckiej kampanili (jak wiadomo, to Giotto był architektem odpowiedzialnym za posadowienie dzwonnicy). I choć badacze do dziś spierają się, czy rzeczywiście to przedstawienie ma mieć taki biblijny kontekst, to potwierdza to traktowanie astronomii jako jednej z kluczowych w tym czasie nauk "technicznych": oprócz astronomii, przedstawiono też sztukę budowlaną, medycynę, łowiectwo, włókiennictwo, prawodawstwo i... latanie (w tym wypadku posłużono się postacią Dedala).
Kolejne przedstawienie astronoma pojawia się we fresku Andrei di Bonaiuto w Santa Maria Novella z 1367 r. Tym razem astronom został podpisany, ale niestety obecnie słowa nie dają się już odczytać. Z uwagi na fakt, że przydano mu koronę jako atrybut, zwykle przypuszcza się, iż w ten sposób zilustrowano Ptolemeusza mylnie uważając, że spokrewniony był z władającą niegdyś Egiptem ostatnią przedrzymską dynastią. Artysta starał się dość wiarygodnie przedstawić postać, a miał już wcześniej wprawę w przedstawieniu starożytnych i średniowiecznych naukowców (dość znanym jest jego fresk z ok. 1350 r., w którym ukazał Awerroesa twierdzącego przecież, że "powinniśmy poszukiwać prawdziwej astronomii od strony fizycznych zasad", kontestując tym samym obliczenia zainteresowanych gwiazdami do bardziej doraźnych celów). XIV-wieczna Florencja niczym specjalnym nie różniła się od innych ośrodków, w których można było poświęcić się nauce. Fresk Giotta powstał jeszcze zanim opat St. Albans Richard z Wallingford skonstruował jeden z najdokładniejszych zegarów astronomicznych okresu średniowiecza (przypominający model kosmosu), a przed badaniami działającego w Padwie Giovanniego de' Dondiego - twórcy pierwszego astrarium (1364), pozwalającego określić położenie głównych ciał niebieskich określonego dnia i roku. Machina, darowana następnie księciu Visconti w 1381 r., była jednym z wielu efektów zainteresowania gwiazdami i kometami. Gwiazdami, którym jak twierdzą niektórzy "badacze",  towarzyszyły też nienaturalne obiekty, jak statki kosmiczne. A koronnym dowodem na obecność Obcych ma być wybitny obraz z tryptyku ołtarzowego Masolina de Panicale z 1428 r., przeznaczonego dla kościoła Santa Maria Maggiore w Rzymie. Ale o rzekomych okrągłych statkach kosmicznych, jakie miały być postrzegane przez naiwnych Włochów jako nietypowe chmury, z których padał sierpniowy śnieg, w następnym poście już za niedługo ;)