wtorek, 19 lutego 2013

XVIII-wieczne uroki kawy i kontaktów towarzyskich

Każdy fan tego znakomitego napoju (pod warunkiem oczywiście, że dobrze przyrządzonego) wie, że najcudowniejszy w kawie jest nie smak, lecz to że można poczuć się, jakby stopniowo uciekały gdzieś w nieodgadnioną dal wszelkie troski i smutki. A już kiedy spożywa się ją w miłym towarzystwie, to wrażenie to jest wręcz intensyfikowane. Nietrudno zatem zgadnąć, że fascynacja egzotycznym, gorącym napojem stała się tematem sztuki, zarówno wtedy, gdy pozwolić sobie mogli na nią bogatsi, jak i wtedy, gdy weszła do repertuaru posiłków osób najbiedniejszych. Niestety dziś jej rola została niejako zinstrumentalizowana - kawę pije się, by się pobudzić, bo ponoć pozwala utrzymać świeży umysł kilka godzin dłużej, a rytuał pań (i rzadziej panów) w urzędach administracji, które zaczynają dzień od kawy - pomimo tłumu ludzi oczekujących grzecznie na załatwienie ich spraw - może doprowadzić do najgorszych koszmarów każdego liczącego się z czasem petenta.
Już w 1923 r. niemiecki badacz L.L. Schücking stwierdził, że "zanik konsumpcji alkoholu miał przy tym pod wieloma względami skutki odwrotne niż pod koniec XVII w. wprowadzenie do Europy kawy, która sprzyjała kontaktom społecznym. Męskie stowarzyszenia i kółka wymarły, grupy stałych gości rozpadły się, kluby opustoszały; pojęcie towarzyskich obowiązków, odgrywające tak doniosłą rolę, zwietrzało" (za: Jürgen Habermas, "Strukturalne przeobrażenia sfery publicznej", Warszawa 2008, s. 311). A więc to obydwa wspomniane napoje trzymały ludzi razem - alkohol słusznie potraktowany został od tego czasu jako dodatek do jedzenia, a umiejętność przegotowania wody tak, by pozbawić jej większości chorobotwórczych zarazków (że nie wspomnę o wprowadzeniu normalnej kanalizacji w wielu większych miastach), pozwoliła zredukować picie "miodu pitnego" i innych fermentowanych napojów. Kawa jednak nie zmieniła swego znaczenia - jej smak potrafi upajać każdego, choć - jak w moim przypadku - nie wszyscy lubią pić gorące napoje.
Przyjrzyjmy się zatem temu, jak sztuka uwieczniła tę niezwykłą rolę kawy. Nicolas Lancret w 1742 r. namalował swoje dzieło, które jako ostatnie za jego życia zawisło na paryskim Salonie. Małe dziewczynki, wchodzące w okres pokwitania, porzuciły leżącą na pierwszym planie laleczkę, symbolizującą okres w swoim życiu, który opuszczają, i w zamian częstowane są przez mamę "dorosłym" napojem. Do dziś w wielu rodzinach zachowało się podobne traktowanie kawy jako napoju, którego nie warto dawać dzieciom (i ze względów zdrowotnych wiele w tym racji). Młodsza dziewczynka na obrazie za chwilę skosztuje po raz pierwszy łyżkę z gęstą, mazistą substancją (jakie to szczęście, że obecnie wiele kaw jest rozpuszczalnych - fakt, że nieco wypacza to smak napoju, ale przynajmniej nic nie zaczepia się w szpary między zębami). Czy jej się spodoba? - zdaje się pytać odbiorcę artysta. Na pozór, to naiwne pytanie, na które też z oczywistych względów widz nie uzyska odpowiedzi, choćby na różne sposoby próbował zanalizować strukturę obrazową dzieła, zawiera w sobie kwintesencję problemu. Pytanie "naiwne", jak w większości obrazów malarstwa salonowego czasów Ludwika XV, ale akurat społecznie istotne.

Łatwo domyślić, że kawa jest tu tylko symbolem wchodzenia w nowy etap życia przez dziewczynki. Ta starsza jest już zapewne po pierwszej kawie, a mimo wszystko pozostaje niewzruszona, jakby zdawała sobie sprawę, że musi zachować powagę w tym quasi-skonwencjonalizowanym rytuale. Dla każdego socjologa i prawnika oczywistym jest, że rytuał wymaga norm, zwykle takich, które opisują dokładnie, jak ów rytuał powinien wyglądać. I dlatego samo próbowanie kawy za pomocą łyżeczki, dotąd narzędzia, które służyło do karmienia dziewczynki, gdy sama nie mogła jej utrzymać, wydaje się współczesnemu odbiorcy nienaturalne. Czemu dziewczynka nie sięga do filiżanki sama, pokazując jak jest dorosła? Czemu czynić to musi w dość otwartej pozie (uniesiona lekko lewa ręka), ale jednocześnie podległa wizualnie swojej opiekunce, która trzyma kawę - ewidentny "przedmiot pożądania", na co wskazuje skoncentrowany na filiżance wzrok dziewczynki - tak daleko od kosztującej napoju? W pewnej mierze można to wyjaśnić tym, że mała dziewczynka mogłaby oparzyć się gorącą substancją, ale przecież nie takie naturalne doświadczenie odbiorcy wystarczało na temat Salonowego malowidła. Pomimo tego, że wiele z tych prac korzysta ze społecznych, mitologicznych czy literackich konwencji dla ukazania czyjejś urody, pozycji społecznej, zaspokajając w najprymitywniejszy sposób potrzebę docenienia (a więc poprzez kreację wizerunku), to jednak bez owej znikomej "głębi" dzieło Lancreta raczej nie pojawiłoby się na Salonie.
Przyjrzyjmy się zatem ówczesnym związkom kobiet z kawą. Popularność kawy w XVII i XVIII w. doprowadziła do powstania w całej Europie miejsc spotkań dla ówczesnej bohemy artystycznej, ale także tych, którzy owych artystów finansowali. Saloniki organizowane przez kobiety zarówno w centrach kulturalnych, jak Paryż czy Berlin, umożliwiały spotykanie się i rozmawianie o wszystkim w bardziej swobodnej, neutralnej, atmosferze, a niektórzy badacze twierdzą nawet, że w takich miejscach znaczenie przestały grać ówczesne rangi społeczne. To już nie zatłoczone przypadkowe karczmy, lecz miejsca bardziej sławne niż osławione, mające indywidualny klimat, zrzeszające klientelę o określonej pozycji społecznej, a nie konkretnym pochodzeniu (jak niemieckie karczmy vel knajpki w miastach włoskich, w których walcząca z protestantyzmem Inkwizycja szukała innowierców)... Część miała określone zabarwienie polityczne, jak choćby u Mary Leadbeater czy Mary Anne McCracken, u których spotykali się przywódcy irlandzkich ugrupowań, marzący o niezależności czy choćby autonomii w ramach Imperium Brytyjskiego. Z drugiej strony takie kawiarenki (czy raczej salony kawiarniane) pozwalały nie organizować takich spotkań w domach lub rezydencjach. Wystarczyło przyjść, niekiedy niezapowiedzianym, w luźniejszym stroju, a nie nowo nabytej sukni czy dystyngowanym garniturze, i można było się spodziewać spotkania przyjaciół albo wręcz kogoś nieznajomego, kto przyszedł nie tylko miło spędzić wieczór, ale także porozmawiać. To, że zorganizowanie spotkania nam wydaje się banalnie łatwe, bo wymagające jedynie jednego telefonu, mejla lub wpisu na portalu społecznościowym, w skonwencjonalizowanym społeczeństwie nie-masowym tak łatwe nie było. No i można było wrócić do miejsca zamieszkania względnie trzeźwym, pobudzonym intelektualnie, co ma też swoje przełożenie na relacje rodzinne...
Jak stwierdził swojego czasu Beverly Lemire pisząc o XVIII-wiecznej konsumpcji, to m.in. kawiarnie stały się jednym z czynników, który zaczął przekształcać jednostkę w konsumenta. Nowa przestrzeń publiczna, w której znalezienie się zależało od wypicia kawy (ja do dziś żałuję, że nie wypracowano w Europie czegoś na kształt greckiej stoa, gdzie można byłoby przyjść i po prostu pobyć, coś porobić, popisać na kompie lub poczytać, bez zamawiania jakiegokolwiek produktu...), dopełniona została nową kulturą "kawową". J.S. Bach spłodził "Kawową o kawie" między 1732 a 1734 rokiem (fragment tutaj), która wykonana została po raz pierwszy w kawiarni Zimmermana w Lipsku i oczywiście trunkowi przypisano pozytywną rolę jako istoty pozwalającej pogodzić dwa przeciwieństwa (buntowniczą córkę i pragnącego nadal ją pilnować ojca). A słuchacz dowiadywał się z tego żartobliwego (a może reklamowego) dzieła, że tak jak koty nie przestaną łapać myszy, tak nie da się rozerwać więzi pomiędzy kawą a młódkami. W Paryżu było podobnie. Włoch Francesco Procopio, który przybył do Paryża w ostatniej ćwierci XVII w., stworzył - dzięki swej znajomości przygotowywania lodów oraz kawy - jedno z częściej uczęszczanych miejsc w stolicy Francji. Z kolei znana londyńska firma ubezpieczeniowa Lloydów wpierw zajmowała się kontraktami z dostawcami kawy i nielicznych egzotycznych produktów, w szczególności drogą morską.
Ta neutralność przestrzeni publicznej objawiła się nawet w niemieckim traktacie z 1690 r., w którym napisano, że kawiarnia jest miejscem, "gdzie każdy może wyrazić swoją opinię bez obawy". Spokojniejsza atmosfera, spowodowana pewnie mniejszą konsumpcją dostępnego w kawiarni alkoholu, inny skład osobowy (z uwagi choćby na cenę produktu), powodowały że można było liczyć na rozmowę bardziej na poziomie i merytoryczną dyskusję zamiast emocjonalnych stwierdzeń (morał z tego taki, że w restauracji sejmowej winno się obecnie serwować tylko kawę...). W końcu, jak pisał angielski pisarz James Ralph, w kawie i jej wpływie na ludzki umysł zawiera się "potęga refleksji", jaka jest temu człowiekowi dostępna.
O tym, jak immanentnym składnikiem życia społecznego stał się czarny, gorący napój, świadczy choćby jedna z akcji protestacyjnych w 1793 r., gdy okazało się, że rewolucyjna władza nie jest w stanie zapewnić mieszkańcom wystarczającej ilości nasion kawy. Jak widać do sloganu chleba i igrzysk, gdy ówcześni mistrzowie propagandy (jakobini i żyrondyści) organizowali igrzysk aż nadto (vide: post o rozrywce w rewolucyjnej Francji: link), trzeba było jeszcze dopisać kawę... Na ile konsumpcyjna przestrzeń publiczna nadweręża ramy systemu feudalnego i autokratyzmu do dziś toczą się dość ostre spory. Niemniej w przypadku obrazu Lancreta, jak i wielu innych powstałych w XVIII w., gdzie do klasycznych komponentów martwej natury jak kwiaty, naczynia, sztućce i egzotyczne owoce zaczęto dołączać dzbanek do kawy, dostrzec można rolę tego napoju, rytuału, który w swej uproszczonej formie odpowiadać mógłby całej kulturze picia herbaty w Japonii. 
Symboliczne przejście z okresu dziecięctwa do świata młodzieży, do sfery, w której uczestniczyć już mogła jej starsza siostra, sfery pełnej nowych konwencji, ale i form rozrywki, możliwości, dotąd zakazanych, a teraz otwierających się stopniowo przed rosnącą dziewczynką, utożsamione zostało z jednym łykiem napoju. I z postacią ocja, któremu służący nalewa drugą filiżankę, której przeznaczenia widz także nie może przewidywać. Wydawać by się mogło wpierw, że jest to filiżanka przeznaczona dla starszej siostry, oczekującej dostojnie na swoją kolej, a poczęstowanie łyżeczką młodszej jest tylko przejawem kultury osobistej. Z drugiej strony, wzrok wpatrzony w filiżankę, sugeruje, że jednak każda z dziewczynek dostanie po cząstce tego napoju z tego samego naczynia. A zatem filiżanka, która zostaje dopiero napełniona, jest dla ich ojca, który niejako symbolicznie zaprasza je do swojego stołu. Do dziś w wielu domach (zwłaszcza tych bardziej tradycyjnych) przy rodzinnych spotkaniach i bankietach jest podział na stół dla dorosłych i dla mniejszych uczestników spotkania. Na jednym są trunki, a pod ich wpływem co bardziej podchmielony "wujek" puści jakąś wiązankę, a na drugich zwykle słodycze i produkty odpowiednie dla dzieci. Być może właśnie taki rytuał przejścia w swym obrazie uwiecznił Lancret. Matka przestanie być opiekunką rozkosznych dzieci, a zacznie je wprowadzać w świat, do jakiego przynależą już jako młode panny pochodzące z wyższych sfer. Staną się bardziej samodzielne, odpowiedzialne. Młodsza, radosna, nie zdaje sobie jeszcze sprawy z tego, że wraz z przyjemnościami czekają ją także nowe wyzwania, obowiązki, reguły, które musi poznać i do których musi się stosować. Starsza, zdaje się, już tego doświadczyła i wie, że bycie dojrzalszą niesie ze sobą także pewne rozterki i wcale nie jest przedłużeniem okresu dziecięcej zabawy. Pomysł zatem jest zbliżony do tego, jaki w wielu nowożytnych obrazach, pojawiał się zarówno w przedstawieniach rodzajowych, scenach gier czy malowidłach odnośnie uczestnictwa w życiu kulturalnym. Lancret przeniósł go jednak na zupełnie inny poziom - uczynił ze spożywania kawy moment przejścia, niezbyt skonwencjonalizowany jak wprowadzenie po raz pierwszy młodej panny do sali bankietowej, by uczestniczyła w rozerotyzowanym kontredansie, bo odbywający się wyłącznie w rodzinnej atmosferze. Atmosferze, której znaczenie pojmują na obrazie wyłącznie kobiety, chociaż ojciec zdaje się spoglądać na swoje córki z dumą, że tak pięknie się rozwijają.
A potem, w XIX w. tacy plebejusze jak piszący te słowa zaczęli konsumować kawę do swoich posiłków i prawie cała otoczka picia kawy została zwulgaryzowana. Ot, jak chociażby na słynnych "Jedzących kartofle" van Gogha z 1885 r.: