środa, 8 lutego 2012

Miano Wenecji Północy

Co łączy Wrocław, Sztokholm, Manchester i Brugię? Odpowiedź wydaje się (choćby w kontekście nazwy posta) dość prosta - każde z nich nazywano "Wenecją Północy". Podobnie opisywano Gdańsk, dziś przede wszystkim Amsterdam, Kopenhagę, Hamburg, Duisburg, Papenburg oraz Berlin. Miasta te nie jednakże niewiele miały wspólnego z Wenecją, mieniącą się bogactwem niezależną republiką chwalącą się bezpieczeństwem pomimo braku warownych murów oraz dbającą o swoje interesy dzięki licznej pełnomorskiej flocie. A jednak znalazło się jedno miasto, które próbowano zbudować na wzór Wenecji, przyznając mu od razu niezwykłe znaczenie - stolicy wielomilionowego państwa, rządzonego przez najbogatszy (aż do 1917 r.) ród na świecie. Sankt Petersburg, miasto, które od początków swego istnienia miało świadczyć o narodzinach i trwaniu potęgi, a potem zrodziło rewolucję, która tę potęgę obaliła, jako jedyne chyba zasługuje na owe zaszczytne miano "Wenecji Północy". Jak jednak rozumiano to pojęcie w czasach nowożytnych?
Wiele można napisać na temat fantastycznego tematu, jakim są weneckie i neapolitańskie weduty. Francesco Guardi, jeden z najlepszych malarzy piękna Serenissimy, ok. 1775 r. stworzył przedstawiony obok "Widok wyspy San Giorgio Maggiore", który oglądać można w petersburskim Ermitażu. Pomijając zjawiskowe malarstwo wychodzące spod pędzla tego artysty pełne krzątających się postaci na wąziutkich łódkach, lekko żółtawy kolor nieba niczym oglądany przez tworzone na Murano arcydzieła sztuki szklarskiej, trzeba skupić przede wszystkim na atmosferze wyjątkowości, jaką kształtowały weneckie panoramy. A takiego charakteru większość miast nie miała, mimo że na skalę kontynentalną czy regionalną były w stanie zdominować obrót towarami na danym akwenie. Czy jednak za pojęciem "Wenecji Północy" nie powinno też iść umiłowanie niezależności, otwartości struktury miejskiej i społecznej, stopniowe kształtowanie miejskiej tożsamości w duchu zarówno poszanowania tradycji, jak i spoglądania podniesionym czołem ku zbliżającej się przyszłości? Jeśli z naszego punktu widzenia wydaje się to oczywiste, to bynajmniej nie tak postrzegali Wenecję autorzy tekstów z XVII i XVIII w. Sposób opisu imperialnego Petersburga wyraźnie to unaocznia.
Włoscy podróżnicy byli dość niechętni w szafowaniu porównaniami do Serenissimy pomimo rozplanowania miasta przez włoskiego architekta Domenica Trezziniego, czy późniejszej już - klasycystycznej - przebudowy pod kierunkiem Luigiego Rusci. Jeden z takich podróżników, niejaki Francesco Locatelli (notabene nazywa się jak zwycięzca Tour de Pologne z 1949 r.) w 1735 r., nie miał zbyt dobrych doświadczeń z pobytu w mieście. Wylądował on bowiem na dwa lata w lokalnym więzieniu, więc gdy opublikował swoje "Listy moskiewskie" wyraźnie ostrzegł obcokrajowców, żeby nie spodziewali się szczęśliwych chwil w państwie Romanowów. Optyka postrzegania Petersburga zmieniła się wraz z nastaniem czasów Katarzyny II i utrwaleniem pozycji Rosji jako kolejnego imperium na mapie Europy. Czemu jednak włoscy autorzy nie porównywali miasta z Wenecją pomimo ponad trzystu (na chwilę obecną) mostów łączących wyspy w zatoce (trzynaście z nich jest zwodzonych) i patrolującej floty kronsztadzkiej.
Wenecjanin Francesco Algarotti w 1760 r. opisał w "Listach z Rosji" swoją wizytę podczas ślubu księcia Brunszwiku z Anną Leopoldowną. Docenił m.in. stan floty, chociaż dziwiło go to, że z uwagi na lody skuwające zatokę jest ona uwięziona na prawie pół roku w wąskiej zatoce. Sensowniejsze wydawało mu się umieszczenie ich w okolicy obecnego Tallinna, lecz takie nietypowe zachowanie tłumaczyć chciał "widzimisię" monarchy.
To prawdopodobnie postrzeganie Rosji jako kraju despotycznego, dalekiego od klasycystycznego ideału ograniczonego parlamentaryzmu lub wpływu arystokracji, warunkowało, że jednak Petersburg jawił się jako odległy od względnie "republikańskiej" Wenecji. Z kolei Włosi nie dostrzegali podobieństw do Wenecji - im bardziej stolica państwa Romanowów przypominała miasta holenderskie, w których Piotr I gościł incognito przed objęciem władzy. F. Algarotti postanowił też skrytykować tzw. styl moskiewski czyli rosyjską formę baroku, jaką opracował jego rodak Francesco Bartolomeo Rastrelli. Architekt ten pojawił się w Rosji w 1715 r. towarzysząc swojemu ojcu, Carlowi, który zatrudniony został ze względu na swoje umiejętności rzeźbiarskie. Syn szybko prześcignął ojca i to dzięki niemu panorama Petersburga wzbogaciła się o nieprzeciętne obiekty jak Pałac Zimowy i Letni (na ilustracji poniżej), Konwent Smolny czy choćby Pałac Katarzyny w Carskim Siele. Mimo to w oczach Wenecjanina styl ten zasługiwał co najwyżej na lekką pogardę, łącząc w sobie przebrzmiały barok włoski i francuski. A to ze względu na to, iż Algarotti jakimś cudem doszukał się w budowlach Petersburga dominacji stylistyki niderlandzkiej...
Nieistniejący już Pałac Letni, powstały w latach 1741-1744, obecnie zastąpiony został Zamkiem Michaiłowskim. Algarotti musiał go widzieć, a jednak zupełnie nie przypominał mu budowli weneckich. Ilustracja bazująca na rysunku Michaiła Iwanowicza Machajewa - moim zdaniem najlepszego wówczas rosyjskiego grafika przeczy holenderskim wpływom w Petersburgu lat 40. Z wielką pompą 24 czerwca 1741 r. wbito kamień węgielny pod nową budowlę, która zastąpiła wcześniejszy mniejszy dworek przeznaczony dla imperatorki przed objęciem tronu. Zachowane z tego okresu zapiski wskazują, że caryca wyraźnie wnioskowała o to, by pałacowi nadano maksymalnie wenecki wygląd. Gondole płynące licznymi petersburskimi kanałami, które parę lat temu przywrócono w tym mieście, także dają nam do myślenia. Jak bardzo weneckim musiałby być Petersburg, by Wenecjanin poczuł się jak w domu? Czyż budowla ze 160 komnatami ozdobionymi lustrami i rzeźbami, z ogrodem pełnym fontann i galerią sztuki nie była czymś niezmiernie bliskim przepychowi weneckich pałaców oraz konkurencją dla Wersalu? A gdy porównamy to z zaprojektowanymi także przez F.B. Rastrelliego Pałacem Zimowym, w którym zamierzano urządzić 1500 pokoju połączonych ponad setką klatek schodowych, majestatyczność stolicy budowanej prawie że od surowego korzenia przypominać może nawiązywanie do legendy o założeniu Wenecji. Gwarna stolica próbą wyrwania się od opresyjnej rzeczywistości? Może i taka idea pojawiła się w umysłach carów i architektów w XVIII wieku...
Znana legenda o założeniu Wenecji na wyspach jako swoistego refugium mogła mieć w tej kwestii znaczenie. Najbardziej znana z jej wersji mówiła o tym, że uciekający przed barbarzyńskimi Hunami mieszkańcy północnej Italii (znaczna część z nich miała pochodzić z Padwy) skryli się na wyspach, gdzie mogli ukształtować swój ustrój bez obawy o jakiekolwiek prawa, których nie akceptowali. Z czasem do tej sagi dodano wątek, że zniszczenie Rzymu przez Hunów było elementem kary za sprzeniewierzenie się ideałom "humanistycznego" ustroju i polityki, a samego Attylę pośmiertnie włączono w dzieje organizowania się Europy po upadku Rzymskiego Imperium. Łatwo jednak dostrzec błędy w tej historii, której bodaj najsłynniejszym piewcą był Giuseppe Verdi w wystawionej w 1846 r. operze nazwanej na cześć barbarzyńskiego wodza. Choćby sama legendarna data założenia miasta czyli 421 r. niezbyt korelowała z inwazją Hunów na ziemie Italii. Nadal też czyniła z Wenecji młodszą o kilka dekad siostrę pobliskiej Akwilei (zdobytej przez Gotów w 402 r.). Nie przeszkodziło to jednak kształtować kolejne elementy legendy. W 466 r. w pobliskim Grado miało dojść do dyskusji, w której uczestniczyli wszyscy mieszkańcy i która doprowadzić miała do ustalenia systemu władzy z trybunami wybieranymi przez każdą grupę mieszkańców. Republika chwalić się zatem mogła już w czasach nowożytnych tradycjami demokratycznymi i silną legitymizacją władz, czymś co w okresie absolutyzmu nie zawsze było tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać...
Kto był w Sankt Petersburgu, ten zapewne nie mógłby się zgodzić z finalnym krytycznym stanowiskiem Algarottiego. Jak mawia stare przysłowie "każda myszka swój ogonek chwali" (czy jakoś tak), ale czy można doszukać się choć cienia obiektywizmu w słowach: "jeśli grunt byłby nieco wyższy i mniej grząski, plany nie były po wielekroć zmieniane, Palladia wyznaczono architektem, a materiały budowlane wykonano w lepszej jakości i lepiej zestawione, jeśli mieszkańcy mieliby ochotę mieszkać wygodniej i przyjemniej, to Sankt Petersburg byłby w gronie najcudowniejszych miast na ziemi" (Maria Di Salvo, "A Venice of the North? Italian Views of St Petersburg", w: Anthony Cross (red.), "St Petersburg, 1703-1825", Basingstoke - New York 2003, s. 74). Inni Włosi byli bardziej chętni, by przyrównywać stolicę Rosji do rodzinnych stron. Casanova nie mógł nadziwić się przestronności ulic, a inny Włoch twierdził nawet, że czuje się jak w "Rzymie Północy". Wenecja jednak jakimś dziwnym trafem omijana była w ich opisach, jakby próbowano sugerować, że jest jedyna i niepowtarzalna, a wszelkie próby choć rywalizowania z nią musiały skończyć się niepowodzeniem. Nawet tak nieznaczne, jak podejmowane w XVIII w. przez radę miejską Gdańska, by ukazywać się jako organ władzy równie niezależny co Senat Serenissimy.