niedziela, 22 kwietnia 2012

Instytucje kultury krajów EURO - British Museum

Zostało nieco ponad 47 dni do czasu, jak najlepsi piłkarze Europy kopną piłkę na Mistrzostwach Europy w piłce nożnej. A właściwie nawet nieco więcej godzin, bo w meczu ot(w)arcia czyli Polska - Grecja raczej najlepsi piłkarze Europy się na murawie nie pojawią. A tylko coś co można w pewnym sensie nazwać "kadrą Smudy", a nie jakąkolwiek reprezentacją (dla przypomnienia: "Słownik języka polskiego" podaje, że "reprezentacja" oznacza "grupę osób występującą w jakimś imieniu" albo "reprezentowanie kogoś lub czegoś"). Nie jestem pewien, czy w przypadku Polski można mówić o reprezentowaniu czegoś nawet tak oczywistego jak wysoki poziom sportowy. Ale i tak będę im kibicować, bo Bułgaria się niestety do Euro nie dostała...
Dlatego i ten blog nastawić się musi powoli na to, czym Polacy będą żyć przez prawie cały miesiąc. Tłum turystów z co najmniej 15 krajów zawita w nasze gościnne progi, jeśli nie po to, by towarzyszyć swoim ulubieńcom, to chociaż by przejazdem dostać się do Ukrainy. Kiedy więc oni poznawać będą RP wzdłuż i wszerz (a w przypadku Polek także pewnie dogłębnie), to warto też przypomnieć co ich kraje mają do zaoferowania. Tak więc do początku Euro postaram się przedstawić 15 interesujących instytucji kultury i muzeów z ich państw. Czas więc na coś znanego czyli fantastyczny londyński budynek British Museum - jedno z pierwszych nowoczesnych muzeów, skupione do dziś przede wszystkim na obiektach z czasów starożytnych.
Historia powstania British Museum jest dość powszechnie znana, ale jak mawiał Empedokles "co należy powiedzieć, to należy powiedzieć i dwa razy" (notabene ciekawe, ile razy sam to mówił, że fraza ta utarła się w zachodniej kulturze jako jeden z jego najsłynniejszych cytatów...). Hans Sloane był jednym z wielu XVIII-wiecznych zbieraczy "osobliwości", przy czym mało który ówczesny kolekcjoner mógł się z nim równać, jeśli chodzi o wielkość zbiorów - żyjący 93 lata lekarz z Ulsteru, który ściągnął do Wielkiej Brytanii jamajską czekoladę (w XIX w. jego potomkowie sprzedali manufakturę produkującą ten wówczas "apteczny specyfik" braciom Cadbury) miał w swoim posiadaniu aż 71 tysięcy obiektów, które państwo nabyło od niego za 20 tysięcy funtów czyli mniej niż wynosiła wartość całej kolekcji [zainteresowanych tym, jak w XVIII w. kolekcje "osobliwości" przekształcały się w muzea w nowoczesnym rozumieniu tego słowa odsyłam do książki Michała Mencfla, "Skarbce natury i sztuki. Prywatne gabinety osobliwości, kolekcje sztuki i naturaliów na Śląsku w wiekach XVII i XVIII", Warszawa 2010 - świetne, nietypowe obrazki i na pozór abstrakcyjne dzieje zbieraczy powodują, że książkę czyta się, jeśli nie z zapartym tchem, to właściwie na bezdechu ;)].
Tak jak nie byłoby zbiorów obecnego British Museum bez kolekcji Sloane'a, tak nie byłoby, gdzie te zbiory przetrzymywać, gdyby nie klasycyzujący obiekt Roberta Smirke'a - moim zdaniem najlepszego architekta londyńskiego XVIII wieku. Robert miał trochę ułatwioną ścieżkę kariery, bo jego ojciec o tym samym imieniu był już w miarę wziętym architektem w Londynie i 15-letniego chłopca "wkręcił" do pracowni byłego ucznia swojego przyjaciela, Johna Soane'a. To właśnie ten artysta ukształtował sposób postrzegania świata przez młodego architekta - Soane od 1788 r. budował siedzibę Banku Brytyjskiego i był jednym z pierwszych artystów, którzy pod wpływem architektury rzymskiej próbowali bezpośrednio przeszczepiać dziedzictwo antyku w Wielkiej Brytanii. W Rzymie spotkał Soane innych projektantów, którzy podzielali jego zapatrywania (jak choćby Thomas Hardwick) i razem czytali programową w tym czasie książkę Marca-Antoine'a Laugiera "Essai sur l'architecture", której okładkę widać na obrazku poniżej.
Nie jest łatwo streścić tę publikację w kilku zdaniach, bo i Laugier nie był w niej zbyt konsekwentny. Ogólnie jednak pragnął wykazać, że renesans wypaczył kulturę starożytną. Nie przyszło mu to jednak łatwo - jako jezuicki mnich obraził kiedyś w swoich kazaniach króla  francuskiego i musiał wyjechać do Lyonu, gdzie zmienił zakon na benedyktyński. Dopiero po kilkunastu latach wrócił do głoszenia swojej nietypowej teorii, iż cała architektura wywodzi się z... "prymitywnej chatki" (tej, którą widać obok na rycinie Charlesa-Dominique-Josepha Eisena). Alegoria Budownictwa (Architektury?), na co wskazuje trzymany przez nią cyrkiel i otaczające ją elementy dekoracji architektonicznej wskazuje, jak należy budować, chociaż z naszej perspektywy niektóry pomysły wydają się co najmniej nietypowe. Szukając "genezy" tej sztuki Laugier doszedł to idei, że porządny, prawidłowo i harmonijnie zbudowany, obiekt powinien opierać się na kolumnach (był ewidentnym przeciwnikiem włączania kolumn w partię ścian i tworzenia półkolumn i pilastrów), potem belkowaniu i wreszcie zgrabnym naczółku lub tympanonie (tylko jednym lub dwóch - naczółki po krótszych bokach budowli czy jeszcze w innych miejscach uznawane były przez Laugiera za zaburzające całościową wizję obiektu). Widać więc, że książka Laugiera mogła zostać potraktowana jako kontrowersyjna, zakazująca w znacznej mierze tej dowolności, jaka zapiera dech w piersiach podczas oglądania od zewnątrz i wewnątrz późnobarokowych budowli. Blondel najpierw książkę Laugiera wychwalał pod niebiosa, potem uznał za katastrofalną w skutkach, a o tych, którzy fascynowali się pomysłami mnicha z Lyonu w 1774 r. napisał: "Większość młodych architektów to myśliciele, ale oni wcale nie myślą; i większość klientów to zadufani w sobie ignoranci. Ponieważ przeczytali "Esej Ojca Logier" [Blondel celowo zmienił nazwisko autora], to uważają się za bardzo uczonych". Widać więc, że Blondelowi nie podobało się m.in. to jak brytyjscy, niemieccy i holenderscy autorzy czytali Laugiera marząc o uproszczeniu sztuki i ponownym powiązaniu jej z naturą. Z drugiej strony świadczy to też o tym, że mimo iż Blondela i Soufflota wymienia się często jednym tchem jako najlepszych architektów francuskich 2. poł. XVIII w. (coś dużo dzisiaj tekstów o oddychaniu w tym poście...), to wiele ich dzieliło. To bowiem w kościele Ste-Genevieve w Paryżu Soufflot bodaj jako pierwszy najpełniej zastosował pomysły Laugiera. Ale co to ma wspólnego z R. Smirke'iem? Tę oto bowiem książkę artysta dostał od Soane'a, gdy opuszczał jego pracownię. Smirke mógł więc przeczytać to programowe dziełko, w którym de facto Laugier nie przedstawił przecież całościowej wizji architektury, ale jedynie jak budować najzwyklejszy kościół (to bowiem chrześcijańska świątynia miała stanowić dlań obiekt wywodzący się z "prymitywnej chatki").
Smirke musiał być wartościowym uczniem, bo nie tylko nabywał wiedzy, ale i był nawet opłacany przez Soane'a (a to nie zdarzało się często, nawet gdy brało się kogoś pod opiekę ze względu na relacje koleżeńskie). Chłopiec już bowiem jako 16-19-latek wygrywał nagrody w konkursach organizowanych przez Akademię, w tym w konkursie z 1799 r. na projekt Muzeum Narodowego (stopniowo od 1753 r. rosła liczba osób odwiedzających Montague House, dawną siedzibę muzeum, niemniej dopiero pół wieku później zbudowano obecny budynek). Mimo to kariera Smirke'a nie była usłana różami - projekt Teatru Królewskiego przy Covent Garden, który stał tam aż do 1856 r., został skrytykowany przez byłego mistrza jako nieodpowiadający harmonijnej architekturze postulowanej przez Laugiera, a specyficzne użycie portyku spotkało się z totalną dezaprobatą. Mimo to R. Smirke uzyskał jednak niezwykle istotną pozycję na rynku londyńskim, dzięki takim budowlom jak Królewska Mennica z lat 1809-1815, kościół św. Anny w Wandsworth (1820-1822) czy kościół NMP z lat 1821-1824, gdzie skopiował perystylowy portyl z wcześniejszego kościoła św. Anny. To jednak British Museum (1823-1846) stanowi jego najważniejsze dzieło, chociaż działał także przy budowie King's College i fasadzie Urzędu Celnego.
Czymże byłoby jednak British Museum, gdyby nie wyjątkowa, sklepiona czytelnia British Library, powstała w latach 1852-1857... To w tym roku dopiero ukończono wszystkie elementy Muzeum, tworząc kompleks w formie już niewiele różniący się wizualnie od obecnego (John Burnet w latach 1904-1914 wykonał tzw. Galerie Edwarda VII, a w 1999 r. Norman Foster wespół z pracownikami "Buro Happold" wykonał ukazany poniżej szklany Wielki Dziedziniec umiejscowiony przy bibliotece i dedykowany Elżbiecie II). Dawna wiktoriańska czytelnia mnie osobiście z British Museum podoba się najbardziej. Też wykonał ją Smirke, ale nie Robert, lecz jego młodszy brat - Sydney. Urodzony osiemnaście lat później był świadkiem tego, jak krewny wznosił monumentalny gmach British Museum, a sam kilkanaście lat po tym dostał również zadanie stworzenia budynku muzealnego. To jego bowiem autorstwa jest m.in. portyk i kopuła Imperial War Museum, zbudowane w latach 1838-1840. Sydney także podzielał fascynację Włochami, ale już w nieco innym duchu. Wpływ bowiem brata był dość znaczny, u niego Sydney terminował, a potem w 1820 r. obaj udali się w podróż po Półwyspie Apenińskim odwiedzając - jak na zainteresowanych prostotą architektury przystało - świątynie greckie na Sycylii. Kiedy więc Robert z uwagi na wiek przestał zajmować się czynnym wykonywaniem zawodu, Sydney przejął po nim pracownię i kończył wciąż trwające projekty. Gotów był jednak także na eksperymenty i wprowadzanie nowych pomysłów do wznoszonych przez siebie obiektów - przykładowo ta piękna czytelnia wsparta jest na żeliwnych elementach, a by zmniejszyć ciężar sklepienia użył... papier mache (sic!) o grubości około 15 cm. Trudno się dziwić, że cieszył się całkiem niezłą reputacją jako architekt o nieprzeciętnej wiedzy inżynieryjnej.
EURO sprzyja temu, by nie tylko kibicować narodowej drużynie, ale także zwiedzać w miejscu, gdzie odbywają się mecze lub nocuje reprezentacja. Czy z taką samą chęcią kibice Anglii będą zwiedzać małopolskie muzea? W sumie wielu z nich centrum Krakowa zna już prawie jak własną kieszeń. Ja zaś w następnym poście zabiorę Czytelników do jednego z muzeum naszego potężnego sąsiada ze wschodu (i to potężnego nie tylko jeśli chodzi o umiejętności piłkarskie Żirkowa, Kierżakowa i Arszawina).