wtorek, 24 kwietnia 2012

Instytucje kultury krajów EURO - Galeria Trietiakowska

Liga najludniejszego państwa Europy można powiedzieć, że rośnie w oczach. Dzięki oligarchom i biznesmenom, których majątki nie zawsze dają się prześwietlić co do rubla zespoły takie jak CSKA i Spartak Moskwa po dekadzie osłabienia i pozastadionowych rozstrzygnięć (z uwagi na upadek Związku Radzieckiego) znów potrafią rozdawać karty w meczach  z - wydawać by się mogło faworyzowanymi - zachodnimi rywalami. Inne zaś jak Zenit Sankt Petersburg, Rubiń Kazań, Anży Machaczkała czy nawet Terek Groznyj (mam nadzieję, że Smuda nie czyta tego bloga, bo jeszcze wpadnie na pomysł, by znów powołać Polczaka do kadry...) kuszą często najlepszych piłkarzy z najsilniejszych europejskich lig bajecznymi zarobkami, ale i wymagającą widownią nieszczędzącą niekiedy bananów i drapania lakieru samochodów. Podążmy zatem do stolicy Federacji, jednakże nie na spotkanie z Władimirem Putinem, któremu zadalibyśmy pytanie, czy wywiera jakiś "pośredni" wpływ na pozycję w tabeli zajmowaną przez Zenit, ale do położonej całkiem niedaleko Galerii Trietiakowskiej, której początki są całkiem podobne do dziejów londyńskiego British Museum.
Idea "narodowych" muzeów, zbierających obiekty nie tylko sztuki, ale także innego typu, i eksponujących je, by uprzytomnić odbiorcy wyjątkowość europejskiego dziedzictwa dzięki Luwrowi i British Museum na początku XIX w. rozszerzyła się na całą Europę i niemała była w tym zasługa grabieżczej polityki wojsk napoleońskich, ściągających do Francji wszystko, co choć trochę posiadało poziom artystyczny "arcydzieła". Przede wszystkim jednak odczuwano powszechnie potrzebę tworzenia takich instytucji, wydawania doprawdy niekiedy ogromnych sum na dzieła, które dziś cieszyć mogą oczy zwiedzających i to nie tylko prace dawnych mistrzów, ale i współczesnych artystów, postrzeganych jako tworzących prace w nowym, narodowym stylu. O tym, że Rosja była już wtedy krajem wielkich możliwości (pod warunkiem, że miało się trochę pieniędzy) świadczy fakt, iż Paweł Trietiakow Galerię otworzył w wieku 24 lat (sic! - był młodszy ode mnie), rozpoczynając jednocześnie zbieranie prac ówczesnych rosyjskich malarzy akademickich i pieriedwiżników. Efekt przerósł najśmielsze oczekiwania, czego wynikiem była konieczność przebudowania budynku, któremu nadano nową fasadę autorstwa Wiktora Wasniecowa. Ten fenomenalny rosyjski artysta nie był jednak architektem (chociaż zaprojektował swoją moskiewską rezydencję, a po rewolucji bolszewickiej także budionówkę nawiązującą do szpiców średniowiecznych hełmów), lecz malarzem. Malarzem, znanym przede wszystkim z prac historycznych, ale moim zdaniem najciekawszym jego dziełem w Galerii Trietiakowskiej jest "Alonuszka" z 1881 r. - malowidło, o którym krytycy rosyjscy mówili już podczas pierwszej prezentacji, że jest jednym z najwybitniejszych obrazów powstałych w tym kraju.
Obraz ilustruje znaną baśń o dziewczynce, której niesforny brat zamienił się w koziołka, a ona sama posmutniała nie widziała co w tej sytuacji począć (kto nie zna baśni, powinien odwiedzić tę stronę: tutaj). Nie jest to jednak dzieło będące wyłącznie przedstawieniem sceny z baśni, lecz raczej summą uczuć zrozpaczonej sierotki na tle podzielającej jej wrażenia przyrody. Skulona poza, rude włosy, poza wyrażająca lęk przed światem i bezwolne spoglądanie na płynący jesienny liść... - to wszystko ewokować może skojarzenia z pracami bardziej prerafaelitów niż obrazami akademickimi i historycznymi. Inny ówczesny malarz, wiązany niekiedy z postimpresjonizmem, Igor Emmanuiłowicz Grabar stwierdził nawet o tej pracy, że   "w jakiś sposób ów specyficzny rosyjski duch emanował z tej dziewczyny", a ona sama zakorzeniła się w jego umyśle. Na pozór teza ta wydaje się trochę na wyrost, ale nie da się ukryć, że jest w niej coś pociągającego - jeśli nie jako całkiem urokliwej kobiety, to raczej poprzez fakt, iż widz spodziewa się do Alonuszce niezwykłej głębi osobowości. Skojarzenia z prerafaelitami są także w tym aspekcie na miejscu, że siedzi ona na kamieniu niczym rusałki z obrazów Colliera czy Waterhouse'a (był już o tym swojego czasu pewien post). Nie jest jednak ani piękną, choć zazdrosną Meluzyną, zaborczą syreną czy skłonną łamać męskie serca Świtezianką. To raczej prosta dziewczyna poszukująca swojego miejsca i choć na chwilę odnajdująca to miejsce na pograniczu dwóch światów. Wystarczy przyjrzeć się temu, jak kładzie ona stopy, prawie przy granicy z wodą, jak się w niej odbija, nie zwracając na to prawie żadnej uwagi (jakże przeciwne jest to do podobnie kreowanych przedstawień Narcyza)... Wasniecow dał jej na wyłączność to miejsce na ziemi, gdzie umożliwił postaci na ukazanie w pełni jej delikatnej kobiecości. Będąca na marginesie społeczeństwa sierotka zobowiązana do opieki nad swoim dziecinnym bratem stała się leśną nimfą? - oto wyjątkowość tego obrazu. Nie erotyzm, jak u wspomnianych angielskich artystów, lecz skulona poza wiejskiej dziewczyny, która z każdą kolejną chwilą obserwacji jej przez widza zdaje się coraz bardziej pogrążać się w rozmyślaniach. Tylko wielcy artyści potrafią w taki sposób kształtować rzeczywistość swoich malowideł...
O Wasniecowie pisał wiek temu Rilke, który w swoim eseju "Sztuka rosyjska" najwięcej miejsca poświęcił właśnie temu malarzowi. I chyba mało kto potrafił tak precyzyjnie określić "ducha" malarstwa uprawianego przez tego długowiecznego artystę. Dla Rilkego Wasniecow był jednym z nielicznego grona artystów, którzy odnowili malarstwo rosyjskie i oddzielili je od równie przecież nietypowego malarstwa akademickiego (jakie  uprawiał chociażby Briułłow). Wiktor miał "nie ważyć się odwoływać do swojej własnej duszy, lecz do zbiorowej duszy ludu, poszukując ich w chłopach, w ich tradycji, wierzeń i uprzedzeń, w starych pieśniach i opowieściach [tzw. bylinach]". Na pozór nie wydaje się to niczym wyjątkowym, a Rilke w pewnym stopniu też z tego korzystał (to przecież dzięki fascynacji kulturą rosyjską, zwłaszcza tekstom Tołstoja, Rainer włączył w szerszym stopniu mistykę w swojej poezji), ale jednak jest to coś niepokojącego. U Wasniecowa nie mamy bowiem do czynienia z czymś, co w okresie Młodej Polski przypominało "chłopomanię" czy chociaż z przedstawieniem wyidealizowanego mieszkańca wsi, jak to czynił Wyspiański i mniej utalentowani od niego malarze przełomu XIX i XX wieku. Wasniecow celuje bowiem - mimo maestrii technicznej - w specyficzną wyłącznie dla siebie formę opierającą się na naiwnym amatorstwie. Oglądając jego prace odnosi się wrażenie, że mamy przed oczyma wyrywek rzeczywistości, ale całkowicie nieprzypadkowy, a jednocześnie ujęty niezwykle naturalnie. Trochę na takie pojmowanie spuścizny Wiktora ma też jego biografia - wyjechał do Paryża, ówczesnego centrum kultury, by tam nauczyć się czegoś od najlepszych żyjących w tym czasie malarzy. Wrócił jednak do Rosji, bo brakowało mu związku z prostymi ludźmi. Być może więc to jest największą siłą jego malarstwa - jest proste, tylko na pozór nieskomplikowane, cieszy oko... A zarazem dopełnia się z całą gamą dość trudnych technicznie środków, powodujących że zarówno z bliska, jak i daleka nie sposób nie doceniać jego warsztatu.
"Alonuszkę" turyści z zagranicy często pomijają, niesłusznie pewnie przypuszczając, że jest to jedna z prac, jakich wiele w zachodnich muzeach. Na szczęście jednak zatrzymują się przy innym fantastycznym dziele, które mnie osobiście najbardziej poruszyło w Galerii Trietiakowskiej - znacznych rozmiarów ikonie z lat ok. 1550-1560 (143,5 na 395,5 cm), noszącej tytuł "Niech będzie pochwalony Gospodarz Króla Niebieskiego", która niegdyś wisiała w kościele Wniebowzięcia na Kremlu. Dzieło to przez pryzmat zdobycia Kazania w 1551 r. ukazuje męczenników pod przewodnictwem archaniołów i Maryi zdążających do wiecznej szczęśliwości. Odnosząc się zaś do fragmentu z "Octoechosu" - stosowanej powszechnie w kościołach prawosławnych księgi liturgicznej z ośmioma cyklami hymnów - nieznany artysta zrównał typowo polityczne zwycięstwo z walką o prawdziwą wiarę, co unaocznia na obrazie nie postać dowodzącego wojskami Iwana Groźnego, lecz trzymającego krzyż Konstantyna Wielkiego w towarzystwie najstarszych rosyjskich świętych - św. Włodzimierza, Borysa i Gleba. Wyjaśnienia tej specyfiki owej ikony szukać należy właśnie w tym, jaką religię wyznawali podbici poddani chanatu kazańskiego. Azjatyccy władcy, wywodzący się jeszcze z dominacji na Rusi Złotej Ordy, zaszczepili przede wszystkim islam w jego tatarskiej odmianie. Z kolei pomniejsze ludy mówiące różnymi językami turskimi i ugrofińskimi nadal trwały przy religiach animistycznych. Po dawnym prawosławnym chrześcijaństwie właściwie nie było już śladu, toteż Iwan Groźny zaangażował się przede wszystkim w stworzenie w regionie nowej struktury kościelnej - w trzy lata po całkowitym upadku chanatu, czyli w 1555 r., powstało w Kazaniu arcybiskupstwo, a w ciągu kilkunastu lat od pokonania przeciwnika parę prężnych ośrodków monastycznych. Nie wpłynęło to jednak na najwyższe klasy społeczne, które nadal traktował "Moskali" jako najeźdźców, niemniej to właśnie w tym kontekście polecono stworzenie owej wyjątkowej ikony z postaciami zdążającymi do Kazania niczym do biblijnego Jeruzalem.
A w następnym poście o instytucjach kultury krajów EURO czas na Włochy, bo tam - w stulecie manifestów futurystów - wreszcie postanowiono palić w muzeach obrazy! Czas więc jak najszybciej zwiedzić niektóre muzea nim płomienie ognia zniszczą sztukę nowoczesną...