wtorek, 1 maja 2012

Instytucje kultury krajów EURO - Pinacoteca Nazionale w Bolonii

Po kilku dniach zasłużonego wypoczynku czas wrócić do pisania bloga. Zgodnie z obietnicą tym razem wycieczka do Włoch, a dokładnie do mojego ulubionego miasta w tym kraju czyli Bolonii. Jeszcze dwa tygodnie temu można byłoby pomyśleć, że Półwysep Apeniński obfitujący w wybitne zabytki ściągające miliony turystów z całego świata jest swoistą Mekką dla fanów sztuki. Urzędnicy jednakże uważają inaczej, ograniczając wydatki na muzea z uwagi na niezbyt dobrą (eufemizm!) sytuację finansową Republiki Włoskiej. Atmosferę pogrzał Antonio Manfredi, kierownik Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Neapolu, który - idąc w pewnym stopniu wzorem futurystów - podpalił dwa obrazy ze zbiorów placówki, twierdząc że brak mu środków na ochronę i ekspozycję zbiorów (więcej pod tym linkiem: tutaj). Akurat w przypadku tego muzeum to nie była jakaś przesadna strata, a skłonność południowych Włochów do przesadzania jest wręcz legendarna... Dodatkowo tym samym dokonał dość ciekawego performance'u, o którym pisać będą pewnie periodyki o sztuce na całym świecie wskazując, że niezależnie od kraju muzea muszą w ciągu ostatnich lat (bardziej niż zwykle) iść na kompromis pomiędzy wysoką sztuką a potrzebami rynku. Trochę to przerażające, gdy w przypadku niektórych zamków, w tym polskich, dotacje obcina się co roku o kilkanaście procent, licząc że obiekt nadal będzie ściągał turystów i jego zarządcy jakoś znajdą środki na najpotrzebniejsze remonty. Łatwiej jest oszczędzać w muzeach malarstwa i rzeźby - zawsze można schować część zbiorów do magazynu, gdzie niszczą się wolniej niż podczas ekspozycji, ale czy o to chodzi, by chować fajne dzieła przed zwiedzającymi? Może więc czas w takiej sytuacji zawitać znowu do Włoch, nim szabrownicy wykradną kolejne artefakty z okolic Pompejów, a zarządcy istotniejszych muzeów pójdą śladami Manfrediego. Kto zaś chciałby choć trochę poznać włoskie malarstwo, nie może pominąć Pinacoteci w Bolonii - jednego z najważniejszych muzeów tego gatunku sztuki w Europie.
"Ecce Homo" Guida Reniego z ok. 1639 r. to w mojej ocenie jedno z najbardziej poruszających dzieł, na jakie można się natknąć w tym muzeum. Na pozór bezwolnie patrząca w górę twarz, jakby poszukująca wyjaśnienia tego cierpienia, lepiej pasuje do sceny modlitwy w Ogrójcu, gdy Syn Boży pyta Ojca, czy musi wypić ów "kielich goryczy". Oczywiście nie jedyne z tych znanych, gdyż świetne prace szkoły Carraccich, obrazy Guercina i właśnie Reniego, czy też malarzy XV-wiecznych, jak Francesco Cossa i Francesco Francia zajmują prawie całe sale, budząc podziw zwiedzających. Bolonia, niegdyś jedno z ludniejszych miast Europy, stworzyła bowiem własną szkołę malarską - najpierw popularną pod koniec XIV w. i w XV w., potem uczyli się tu wielcy mistrzowie, którzy karierę rozwinęli w innych ośrodkach (do dziś wisi w Pinacotece niezwykle skomplikowana symbolicznie "Święta Cecylia" Rafaela), by wreszcie na przełomie XVI i XVII w. ponownie miasto zyskało sławę dzięki Lodovico, Annibale i Agostino Carraccim. Kolejne sto lat przyniosło zaś także nietypowych artystów, jak choćby Crespi, który został profesorem miejskiej akademii artystycznej, powstałej w 1710 r., noszącej niegdyś nazwę od papieża - założyciela (Accademia Clementina). Zresztą uważni Czytelnicy pewnie nieraz zauważyli, że o bolońskich artystach kilka razy wspominałem na łamach tego bloga:
- o otwartości sztuki bolońskiej na kobiety i jednej z nich, którą uznać można za patronkę historyków sztuki popełniłem następującego posta,
- kilka wątków na temat maestrii technicznej Francesco Francii i Garofala (Benvenuta Tisi) - tutaj,
- o erotycznych rycinach Marcantonia Raimondiego - link,
- o "Rzezi niewiniątek" Guida Reniego - link,
- o jednej z kilku świetnych malarek Elisabetcie Sirani i jej fascynującym portrecie Beatrice Cenci post pojawił się tutaj,
- a o łudzących oko obrazach Giuseppe Marii Crespiego co nieco poczytać można z kolei w tym wpisie.
Jak widać Bolonia była środowiskiem niezwykle twórczym i stąd też muzeum pochwalić się może szerokim spektrum prac poczynając od poliptyku wiązanego z Giottem przez "Św. Jerzego walczącego ze smokiem" Vitale da Bologni aż po największy na świecie zbiór prac z tego regionu. Burzliwa historia Accademii Clementina pozwoliła też na zachowanie wielu unikalnych prac - w okresie napoleońskim masowo zamykane i dewastowane okoliczne kościoły musiały przekazać do tychże zbiorów najcenniejsze obiekty, bo tylko wtedy można było być pewnym, że się jakoś zachowają. Zresztą i tak część obiektów w ramach polityki kulturowej Napoleona wywieziono do Luwru, ale na szczęście wróciły niedługo później na macierzyste tereny. Tak było w przypadku prac Reniego i Carraccich, które kierowana przez matematyka Gasparda Mongego komisja zarekwirowała i przekazała do ekspozycji w Paryżu w latach 1797-1815. Dzięki temu jednak sztuka bolońska na nowo pojawiła się w obiegu artystycznym, czyniąc w odczuciu ówczesnych historyków sztuki z Emilii najważniejszy poza Rzymem i Wenecją ośrodek sztuki włoskiej w XVII wieku. Ale czym wyróżnia się ta sztuka? By zrozumieć to zagadnienie musimy skupić się na dziejach rysunku w Bolonii od czasu późnego średniowiecza... Cofnijmy się więc do czasów pierwszej wielkiej malarki bolońskiej, a więc wspomnianej Katarzyny de Vigri, której beatyfikacja w 1592 r. uznawana jest za czynnik przekonujący ówczesne panie, że kobiety także mogą być dobrymi malarkami.
To seksowne dziewczę o delikatnych rysach twarzy to wspomniana wyżej Elisabetta Sirani, która przedstawiła siebie jak maluje portret swojego ojca, również malarza (choć moim zdaniem nie tak utalentowanego jak jego latorośl). W oparciu o ten rysunek, grawiurę wykonał Luigi Martelli i obecnie pracę tę oglądać można w innej bolońskiej instytucji czyli Bibliotece Comunale dell'Archiginnasio. Jak jednak doszło do tego, że tak wielką rolę odgrywały malarki w tym mieście? Prace zmarłej w 1463 r. Katarzyny nie były zbyt znane - poza kilkoma ikonami jej najsłynniejszym dziełem są miniatury w książkach, których nie eksponowano, lecz przechowywano w macierzystym konwencie klarysek, który założyła. Jej kult był jednak dość silny, a Elisabetta mieszkała po przeciwnym rogu ulicy niż mniszki. Sama zaś Katarzyna po jej kanonizacji w 1712 r. została okrzyknięta patronką założonej dwa lata wcześniej akademii sztuki.
Śladami Katarzyny dość szybko poszły jednak inne artystki i przyzna trzeba, że w tym zakresie stanowisko wobec kobiet jako parających się tym dość trudnym zawodem było całkiem liberalne. Świetnym przykładem jest pierwsza znana z imienia renesansowa rzeźbiarka - Properzia de' Rossi, która uczyła się rysunku u wspomnianego Raimondiego. Urodzona ok. 1490 r. artystka pojawia się nawet w "Żywotach..." Vasariego, chociaż akurat o niej florencki malarz wypowiedział się dość niepochlebnie, stwierdzając że kobiety zbyt łatwo nadają swym pracom melancholijny charakter. Ech, ta słaba płeć... Jednak nie na tyle słaba, by nie wykonała kilka urzekających przedmiotów. Do jej największych dzieł należy ołtarz główny w Santa Maria del Baraccano w Bolonii, a także scena z Józefem i żoną Potifara (1525), która zdobić miała zachodnią fasadę najważniejszego kościoła w tym mieście, czyli San Petronio (niegdyś największego kościoła katolickiego na świecie, a i dziś zajmującego szóste miejsce w tym zestawieniu). O tym, że potrafiła całkiem nieźle operować dłutem w marmurze świadczy chociażby umieszczona poniżej fotka tej interesującej pracy. Szkoda, że nie wszystkie kobiety z taką gracją potrafią zaciągnąć mężczyzn do swojego łoża...
Prawdziwy "wysyp" świetnych artystek to jednak końcówka XVI w. i 1. poł. XVII w. Dwie z nich bardzo często pojawiają się w tekstach feministycznych jako przykłady problemów, z jakimi musiały w tym czasie borykać się malarki chcące wyrażać się poprzez sztukę. Każda jednak miała o tyle ułatwione zadanie, że pochodziła z rodziny o tradycjach artystycznych. Starsza z nich, Lavinia Fontana, była córką Prospera Fontany i specjalizowała się w portretach. Działała akurat wtedy, gdy rodzina Carraccich założyła własną nieformalną "akademię", kierując z powrotem uwagę europejskich mecenasów sztuki na to, co się działo w Bolonii. Wpłynęło to też na postrzeganie rysunku w tym mieście - przez najbliższe dwa wieki kolekcjonerzy chętnie zamawiali nie tylko obrazy, ale i kupowali nawet rysunki przygotowawcze, niemniej w przypadku Lavinii sytuacja jest bardziej skomplikowana. Jedynie cztery, pięć rysunków można wiązać z wykonanymi przez nią obrazami, reszta jest bardziej luźnymi szkicami, które jednak także cieszyły się powodzeniem. Co ciekawe, niektóre wykonane przez nią portrety były dość nietypowe i odbiegały od utartej konwencji stojącej lub siedzącej postaci. Przykładem chyba najbardziej charakterystycznym jest "Nowo narodzone dziecko w żłóbku" z ok. 1583 r., znajdujące się w Pinacotece Nazionale w Bolonii. Niewinny chłopiec leży w niewielkim łożu przypominającym królewskie posłania lub kabinety albo raczej architektoniczną obudowę nagrobków. Spogląda na widza w podobny sposób, delikatnie się uśmiechając. Kontrast między drewnianym otoczeniem a jedynym naturalnym elementem czyli twarzą dziecka jest uderzający. Chyba tylko kobieta potrafi przedstawić małe dziecko z taką czułością wpisując je w obcą dla niego scenerię...
Wspomniane artystki, choć całkiem niezłe i dobrze wykształcone, nie mogą się jednak równać z rysunkowym mistrzostwem Elisabetty. Jako pierwsza wykonywała ona prace przedstawiające sceny historyczne (Lavinia zrobiła tylko kilka mitologicznych), a to wymagało dobrego opanowania rysunki i kompozycji (czyli słynnego włoskiego disegno). Także techniki jakie stosowała wskazują, że nie były jej obce różne sposoby rysowania - znamy jej prace wykonane zarówno kredą (czerwoną i czarną), jak i piórem oraz pędzelkiem. Jej rodak, Carlo Cesare Malvasia, który w 1678 r. wydał książkę poświęconą bolońskim artystom, nie mógł wyjść z podziwu, jeśli chodzi o talent rysunkowy Elisabetty i twierdził, że w tym zakresie przewyższyła swojego ojca. Sam zaś chwalił się, że to on pierwszy rozpoznał niepośledni talent młodej dziewczyny i przekonał mniej obdarzonego tą cechą tatę (Giovanniego Andreę), by uczył córkę. Ile w tym czczej przechwałki, ciężko w chwili obecnej ocenić, ale faktem jest, że dwie siostry Elisabetty, starsze od niej Anna Maria i Barbara, także zostały malarkami, chociaż mniej podziwianymi.
Przedstawiona obok rycina znajdująca się w Staatsgalerie w Stuttgarcie to rysunek przygotowawczy do obrazu "Maryja kontemplująca arma Christi" (obraz, niezwykle miękko operujący światłocieniem, znajduje się oczywiście w bolońskiej Pinacotece). Widać zarówno w rysunku, jak i malowidle, pełnię umiejętności malarki, toteż nie dziwi, że gdy zakończyła swój żywot po 37 latach tułania się po ziemskim padole miasto urządziło jej publiczną ceremonię pogrzebową i pochowało tuż obok Guida Reniego w kościele San Domenico. Być  może dostrzeżono też w tym jej bliskość stylistyczną w stosunku do tego nieprzeciętnego malarza. Czy można zatem od Katarzyny de Vigri do Elisabetty Sirani poprowadzić ciąg artystek inspirujących się dokonaniami klaryski i samych próbujących swych sił w tym zawodzie? Chyba tak, i to oprócz wyjątkowych dzieł malarzy - mężczyzn jest najciekawszą rzeczą, jaka pojawia się przed oczyma zwiedzających Pinacotecę Nazionale w Bolonii. Na ile jednak to Katarzyna była wzorem, a na ile "produktem" otwartości mieszkańców ówczesnej metropolii europejskiej, nie sposób obecnie odpowiedzieć. To bowiem o wiele słabsza artystycznie malarka, jaką była Anna Maria, siostra Elisabetty, przedstawiła bolońską świętą (obraz obecnie znajduje się na Malcie), podczas gdy Elisabetta nigdy nie namalowała ani jednej zakonnicy, ukazując wyłącznie Matkę Boską.
Ale odpowiedź na to pytanie, to już zadanie dla innych historyków (i historyczek) sztuki. My zaś bierzemy plecaki na plecy i smaczne kanapki, bo następna wizyta w muzeum będzie mieć miejsce na północy Europy - w kraju niezmiernie zabieganych ludzi, czyli w... Szwecji.