czwartek, 3 maja 2012

120 milionów dolarów za "Krzyk" Muncha

W życiu bym tyle nie zapłacił za to dzieło (gdybym tyle oczywiście miał). Jak to możliwe, że jedna z największych "ikon" konsumpcyjnego świata, przedstawionego jako wysysający z człowieka wszelkie siły witalne, stała się obecnie ósmym najdroższym obrazem na świecie (przy założeniu, że "Gracze w karty" Paula Cezanne'a rzeczywiście zostały sprzedane katarskiej rodzinie królewskiej za 254 miliony dolarów, bo oficjalnie nie ujawniono ceny podając jedynie, że mieści się między 250 a 300 mln USD)? I ciekawe, co myślałby o tym Munch, świadomy tego, że wybija się z grona jemu współczesnych i że stworzył dzieło wyjątkowe. Oryginalny "Krzyk" powielony został z tych przyczyn w dodatkowych trzech egzemplarzach, w tym jednym z 1895 r., który znalazł się w posiadaniu Pettera Olsena, który wystawił je wczoraj na aukcji w Sotheby's w Nowym Jorku. Zacznijmy więc najpierw od samej sprzedaży i tego, jak "nakręcono" koniunkturę na to wyjątkowe malowidło.
Wersja "Krzyku" z 1895 r. jest najbardziej kolorowa ze wszystkich - jako jedyna mniej operuje przygaszonymi barwami, linie są najbardziej powyginane, niekiedy "ostrzej" na siebie zachodzą, nadając obrazowi największą dynamikę w porównaniu z pozostałymi egzemplarzami tego obrazu. Czy przez to przekaz artysty jest najbardziej wyrazisty? Na pozór wydawać, by się mogło, że tak - przecież Munchowi chodziło o pokazanie rozdzierającego ciało postaci wrzasku, de facto stającego się jego drugą naturą, toteż nacisk na ekspresję byłby najbardziej wskazany. A jednak chromatycznie to dzieło nie powala, kontrasty są trochę zbyt mocne, czerwień, żółć i błękit (w końcu trzy główne kolory) zbyt agresywnie oddziałują na ogląd malowidła, odciągając uwagę odbiorcy od krzyczącej twarzy. To raczej niebo "krzyczy", a nie łapiący się za głowę mężczyzna na pierwszym planie. Oczywiście ocenę zostawiam Czytelnikom, ale moim zdaniem ten obraz to najsłabsza z wersji "Krzyku", jaką artysta wykonał. Jeśli zatem ta sprzedana została za 119,9 miliona dolarów, to jak wiele mogliby wydać kolekcjonerzy za pozostałe wersje, gdyby okazały się dostępne na rynku? Sotheby's przygotowując się do tegorocznej aukcji nowoczesnego malarstwa (na którym właśnie "Krzyk" miał być hitem) zrobiło nawet specjalny filmik pokazujący rozdarcie psychiczne Muncha, gdy malował swoje prace z serii "Fryz życia", do którego należy "Krzyk". Można go obejrzeć tutaj na oficjalnym kanale Youtube'owym tej instytucji galeryjnej. I tak jeden z obrazów Muncha stał się najdroższą pracą sprzedaną kiedykolwiek na otwartej aukcji. Nabywca z tego skorzystał i złożył finalne zamówienie przy użyciu telefonu. Całą zaś aukcję (tym, którzy choć przez chwilę chcą poczuć dreszczyk emocji lub nigdy niczego nie kupowali na takiej aukcji) można obejrzeć w innym filmiku, a mianowicie pod tym linkiem.
Za tak dużą kwotą wydaną na pracę znajdującą się od lat 20. w posiadaniu rodu Olsenów (byli swoistymi mecenasami artysty od czasu ekspresjonizmu i w dwudziestoleciu międzywojennym) przemawia przede wszystkim stan zachowania obrazu i fakt, że jego proweniencja jest pewna. Najbardziej znaną wersję stracono z pola widzenia na trzy miesiące w 1994 r., gdy została ukradziona z Galerii Narodowej w Oslo, a ta z Muzeum Muncha - moim zdaniem najciekawsza wizualne (fotka obok) - w 2004 r. padła łupem złodziei i znaleziono ją bardzo zniszczoną dopiero dwa lata później. Obecnie nie prezentuje się tak dobrze, jak na wykonanych kiedyś fotografiach, a kolejne zabiegi konserwacyjne nie przynoszą spodziewanych obiektów. Tak to jest, kiedy dzieło wykonane temperą na kartonie przechowuje się przez co najmniej kilkanaście miesięcy w zawilgoconej piwnicy (nie róbcie tego w domu ;)). Ostatnia zaś wersja wykonana została jako rysunek pastelami na kartonie (ob. w Galerii Narodowej w Oslo) i z oczywistych względów jej wartość rynkowa jest niepomiernie mniejsza niż obrazu olejnego. 
Zwykle na wartość malowidła wpływa jego proweniencja - to czy znajdowało się rękach znanych osób, jak często było eksponowane, a także czy reprodukuje się je w publikacjach o artyście, a jeszcze lepiej o danym kierunku artystycznym. W przypadku "Krzyku" Muncha, będącego w posiadaniu rodziny Olsenów, nie jest to zaletą pracy. Dzieło tylko raz wyjechało za ocean (pokazywano je w Waszyngtonie w latach 20.), nie zmieniało właścicieli (rodzina Olsen osiągnęła kilkumiliardowy majątek dzięki istniejącej ponad półtora wieku firmie zajmującej się transportem ludzi i towarów), a cała kolekcja w latach okupacji hitlerowskiej przechowywana była w stodole pełnej słomy (też nienajlepszy sposób na przechowywanie obrazów wykonanych temperą, ale jak widać - działa). Jeśli jednak porównamy tę wersję z 1895 r. z tymi z lat 1893 (poniżej) i z ok. 1910 r. (obrazek powyżej), to dzieło to nie powala, a Munch troszkę nie poradził sobie z kompozycją, zwłaszcza po prawej stronie, gdzie brzeg fiordu w okolicy Oslo w "zbyt oczywisty sposób" oddziela się na błękitu morza. Całość zaś tworzy efekt nieco graficzny, jakby Munchowi wpadły w łapki nie pastele, lecz produkty dopiero co założonej firmy Crayola (karierę to przedsiębiorstwo zrobiło dzięki pokazaniu swojego asortymentu na Wystawach Światowych w Paryżu w 1900 r. i Saint Louis w 1904 r.). No dobra, tyle ponarzekałem odnośnie jakości wspomnianego malowidła, ale zostaje jedno istotne pytanie: o co chodzi w załączonym obrazku?
W takiej sytuacji należałoby się odnieść do pierwszej wersji obrazu, umieszczonej tuż obok tego tekstu. To ona wykonana została kredkami, po prawej stronie umieszczono czerwoną ramę, krajobraz - choć podzielony na kilka stref - tworzy jednolitą całość, a postaci w tle po prostu spacerują zamiast spoglądać na wpływające statki. Najbardziej osobisty cykl obrazów Muncha, jakim nazywa się powstała w tzw. okresie berlińskim serię "Fryz życia", składał się z dwudziestu czterech grup prac (obrazów i grafik) podzielonych na takie grupy, jak "Miłość", "Strach" i "Śmierć". Sam malarz też serię tę nazywał "poematem o życiu, miłości i śmierci", a sam obraz "Krzyżu" postrzegał jako symbol wyobcowania nowoczesnego człowieka. Stąd też wydawać by się mogło, że spokojna i przyjemna przestrzeń - statki wpływające do portu w Olso i drewniana balustrada widokowego mostu łączącego kolejne punkty Christianafjord - będzie swoistym ukojeniem dla postaci. Tak jednak się nie dzieje, nawet tam z dala od ruchu ówczesnych metropolii pozbawiona cech anatomicznych postać (jednakże większość badaczy uznaje, że mamy do czynienia z mężczyzną, a niektórzy nawet twierdzą, że autoportretem Edvarda). W przeciwieństwie jednak do powstających w tym czasie prac van Gogha (równie wysoko cenionych na rynku artystycznym co dzieło Muncha) czy Jamesa Ensora (o tym na razie głucho w czołówce sprzedawanych artystów), Edvard stworzył dzieło wykorzystujące przede wszystkim materię artystyczną dla uwypuklenia obawy postaci przed światem. To pewne, ale co można o tym dziele powiedzieć więcej? Większość badaczy daje się zwieść słowom samego artysty (tego też nie róbcie w domu, niektórzy artyści potrafią swoimi komplementami uwieść niejedną modelkę...), zapominając, że dopiero w 1918 r. Munch nadał swym pracom powstałym w latach 1892-1895 wspólną nazwę "Fryz życia". Sięgnijmy zatem do jego dzienników, które zapisywał nieco wcześniej. "Szedłem sobie wzdłuż drogi z dwójką przyjaciół - gdy Słońce zaszło - i nagle całe niebo stało się krwistoczerwone - a mnie przemogła melancholia. Stałem nieruchomo opierając się o barierkę, śmiertelnie zmęczony - chmury niczym krew i języki ognia zwisały nad błękitno-czarnym fiordem i miastem. Moi przyjaciele poszli dalej, a ja stałem sam, trzęsąc się z niepokoju. Poczułem wielki, niekończący się krzyk przebijający się przez naturę". Ten znany cytat powielają wszyscy badacze, zaczynając opowieść o "Krzyku". Potem często przechodzą do innego zapisku, dającego więcej informacji, gdzie miało miejsce to zdarzenie i z którego wynika, że Munch schodził z góry w Christianii (czyli obecnym Oslo). Stąd też nie kwestionuje się obecnie z jakiego wzgórza spogląda widz na scenę na moście (Ekeberg, od kilku lat w obrębie miasta). Pytanie brzmi jedynie, kiedy Munch poczuł ten lęk, który następnie przedstawił we wspomnianych malowidłach?
Litografia umieszczona obok to czwarta wersja "Krzyku". Ona mówi nam najmniej o tym, co zdawał się ustalić Reinhold Heller, który analizując wygląd Oslo w różnych porach dnia i roku stwierdził, że scena miała miejsce późnymi miesiącami jesieni. Czy to jednak miało znaczenie dla artysty? W każdym razie inni badacze też poszli tym śladem. Albo bowiem musieli przyjąć, że to zwykły zachód słońca tak wpłynął na Muncha, albo to pewne zjawisko atmosferyczne zmodyfikowało zachód do tego stopnia, że chmury wydały mu się krwistoczerwone. Częściowo o tym drugim świadczyć może tekst Christiana Skredviga, przyjaciela Edvarda, z którym malarz rozmawiał na przełomie 1891 i 1892 r. w Nicei: "Przez długi czas chciał namalować wspomnienie zachodu słońca. Czerwonego jak krew; nie, jak skoagulowana krew. Ale nikt poza nim, by tego tak nie postrzegał. Wszyscy myśleliby o tym, jak o chmurach". Do dziś piszący o tym obrazie widzą faliste linie w górnej partii dzieła jako chmury, nie zaś jako sugestię faktury tej nieosiągalnej przestrzeni krajobrazu. Mnie osobiście najbardziej rozbawił inny pomysł na wyjaśnienie tego stanu rzeczy, a mianowicie wpływ wybuchu wulkanu Krakatau, który uwarunkował wygląd nieba na całym świecie na kilkanaście miesięcy po eksplozji 27 sierpnia 1883 r. Gazety rozpisywały się o krwawej czerwieni nieba przypominającym raczej języki ognia niż jesienne szarości. Byłaby to całkiem poważna teza, gdyby nie jeden drobny szkopuł - położenie Norwegii dość wyraźnie na północy kontynentu powodowało, że owych zjawisk atmosferycznych nie można było oglądać w odległych regionach kraju, gdzie trwała noc polarna. Jednakże Munch był w tym czasie w Christianii, więc jego ten problem nie dotyczył. Norweskie gazety zaś 30 listopada pisały o następującym zjawisku: "Silne, jasne światło widziano wczoraj i dziś około piątej na zachodzie miasta [Ekeberg leży na południe od centrum - przyp. Geo]. Ludzie myśleli, że to ogień, ale to tylko czerwony odblask mglistej atmosfery po zachodzie słońca". 
Czy to właśnie to zjawisko zainspirowało Muncha, to pozostanie pewnie jeszcze długo problemem niewyjaśnionym. Czy jednak jest to istotne? Przypomina mi się sytuacja sprzed kilku lat, gdy jedno z muzeów organizowało cykl wykładów o Wyspiańskim i jednym z problemów był kadraż przedstawień dzieci rysowanych i malowanych przez artystę. Po dość ciekawym tekście, co to wizualnie daje, wstał pewien mężczyzny (prawdopodobnie jakiś filolog) i stwierdził, że w wydanej niedawno książce (o niebotycznym nakładzie 100 egzemplarzy) ktoś napisał, że widział, jak u Stanisława dzieci bawiły się w ten sposób, że biegały jak oszalałe po całym pokoju, nagle malarz kazał im się zatrzymać bez ruchu i rysował jedno z nich. Czy to wyjaśnia specyfikę ujęcia postaci? Jedynie częściowo. Zapomina się bowiem, że zostaje jeszcze ten element artystycznej "licencia poetica", pozwalający artyście zmienić zastany stan rzeczywisty - dodać lub ująć coś, co z jakichś względów uznaje za stosowne. 
Tak samo też pewnie było z Munchem, który przez kilka lat trawił ideę czerwonawego zachodu słońca, by stworzyć na podstawie tej impresji swoje najwybitniejsze dzieło. Dzieło, które jak sam napisał w 1933 r., wespół z pozostałymi pracami miało na celu być malarską formą "aktywnego życia i jego własnego życia". A może to kolejna Munchowska podpucha i zainspirował go wiersz przyjaciela malarza, Vilhelma Kraga, który w 1891 r. napisał wiersz "Noc" (opublikowany rok później), gdzie opisywał "czerwone chmury"? A całość dopełnił Przybyszewski tekstem "Uber Bord" (wchodzącym w skład trylogii "Homo sapiens"), gdzie zachód słońca nazwany został "zamarzającą czerwienią"? Zbyt wiele miejsca Munch zostawia do spekulacji badaczom. Tak jak wczorajsza aukcja zostawi miejsce tym, którzy interesują się rynkiem artystycznym. Pobyt na mistrzów "nowego otwarcia" w XX wieku czyli Picassa, Pollocka, Warhola i de Kooninga - to normalne, na impresjonistów i postimpresjonistów (van Gogh, Renoir, Cezanne) - standard, secesja (Klimt) - to sprzedaje się zawsze, bo ludziom się podoba, ale pierwociny ekspresjonizmu? - to musi zaskakiwać...