wtorek, 3 maja 2011

Portret Beatrice Cenci

Powszechnie znanym faktem jest, że na przełomie XVIII i XIX w. to Rafael i jego prace uznawane były za apogeum europejskiego malarstwa oraz najwyższy wymiar artystycznego geniuszu. Tak chociażby ocenił tego renesansowego artystę Stanisław Kostka Potocki, który w pierwszej polskiej publikacji poświęconej dziejom sztuki ("O sztuce u dawnych, czyli Winkelman polski") rozpisywał się, iż żaden inny obraz nie może równać się z wiszącą w Dreźnie "Madonną Sykstyńską". Przekonanie to było powszechne (już w XVII w. w konkursach oceniających dzieła poszczególnych malarzy prace Rafaela dostawały bardzo dużo punktów), ale też nie każdy w ten sposób oceniał dorobek poprzednich pokoleń. Jednym z najbardziej jaskrawych przykładów, że może być inna poruszająca do głębi estetyka jest zachowanie Nathaniela Hawthorne'a - słynnego XIX-wiecznego amerykańskiego pisarza, który w pamięci zapisał się przede wszystkim jako autor "Szkarłatnej litery". W swoich "Włoskich notatnikach" uczynił on bowiem z innego obrazu obiekt kluczowy dla oglądania rzymskiej sztuki. A tym nietypowym malowidłem był enigmatyczny "Portret Beatrice Cenci" (autorstwa jak wówczas przypuszczano Guida Reniego).
Jak widać na załączonym obrazku, portret tej rzymskiej szlachcianki wydaje się dość prostym malowidłem, pozbawionym zbytnich udziwnień wizualnych czy innych elementów, które odciągałyby widza od spojrzenia w niespokojne oczy przedstawionej postaci. Łatwo też dostrzec można(pomimo przekłamania, jakie zawsze występuje przy kontakcie z reprodukcją fotograficzną), że dzieło to raczej jest “za słabe” jak na takiego mistrza światłocienia, jakim był Guido Reni. Ale nie to świadczy o wyjątkowości obrazu, które na żywo obejrzeć można w Galleria Nazionale d’Arte Antina w Rzymie. Wystarczy bowiem choć przez chwilę spojrzeć na ten pełen lęku, ale i kobiecego uroku skręt głowy, to zamrożenie ulotnej chwili, skierowanie pełni uczuć wprost ku odbiorcy, który jednak nie jest w stanie ich ogarnąć. Podczas kilkudniowego wyjazdu do Brna, który zakończył się 1 maja, koleżanka, z którą byłem, nie mogła nadziwić się, że patrzę kobietom prawie wyłącznie na twarz. W przypadku tak przedstawionej Beatrice, można na jej twarz patrzeć bez końca. Czy jednak o ten magnetyzm chodziło Hawthorne’owi, gdy zwiedzał Rzym?
Jak wiadomo dla tego pisarza kluczem w wielu powieściach był problem odkupienia, winy, dylematy moralne, często stawiania człowieka “pod ścianą”, w której nie może wybrać dobra i zła, lecz jedynie mniejsze lub większe zło. Bezlitośnie we wspomnianej powieści obnażył nieszczerość purytanizmu czasów nowożytnych, koncentrując się na tym, jak wielką hańbą (i przeszkodom ku zmianom samej siebie) była wyszyta litera na stroju Hester. I pomyśleć, że jeszcze dziś zdarzają się w niektórych społecznościach podobne tatuowania ludzi zepchniętych na granice społeczeństwa. Z takim bagażem światopoglądowym Nathaniel zwiedził Palazzo Barberini, gdzie wówczas wisiał wspomniany obraz. Jak sam podał przeszedł korytarzem nie zważając zupełnie na inne prace, by dotrzeć do dwóch, na których szczególnie mu zależało – “Fornarinie” Rafaela (słynnym malowidle przedstawiającym prawdopodobnie kochankę artysty, Margheritę Luti – link) i właśnie na portrecie Beatrice. Wizerunki obydwu nietypowych kobiet wisiały w ostatniej sali, a Nathaniel dostrzegł w nich pewne ukryte piękno, uchwycenie granicy między moralnością a grzechem. O Beatrice napisał, że jest “jak upadły anioł – upadła, ale bezgrzeszna. To jest niezmiernie wzruszająca zetknąć się z jej wzrokiem (…) To najbardziej dogłębnie uczyniony obraz na świecie; żaden artysty nie stworzył i nie stworzy już go ponownie”. Zaciekawiła mnie jednak w tychże notkach Hawthorne’a inna celna uwaga. On wiedział kim była Beatrice Cenci (w przeciwieństwie do polskiej Wikipedii) i sam zauważył, że być może obraz ten tak na niego oddziaływuje, bo wplata bezpośrednio w interpretację dzieje przedstawionej kobiety. Stwierdził jednak, że być może dla niektórych, którzy tego nie wiedzą, XVII-wieczne malowidło wpływać będzie z jeszcze większą intensywnością. To z tego powodu czekałem aż do połowy posta, by przypomnieć jej tragiczną historię.
hosmer - beatrice cenci
Ukazana powyżej rzeźba Harrieta Goodhue Hosmera z 1857 r. także przedstawia bohaterkę dzisiejszego wpisu. Oto ona, kobieta szukająca z jakichś przyczyn ukojenia w różańcu, spoczywająca niespokojnie na sarkofagu, obawiająca się tego, że prawdopodobnie jakiś niecny czyn, którego się dopuściła zostanie wykryty, a ona sama pociągnięta do odpowiedzialności. Ta znajdująca się w Missouri rzeźba jest tylko jednym z przykładów (moim zdaniem nadmiernie urodziwym) fascynacji dziejami Beatrice w XIX w. Także polska sztuka ma w tej kwestii dość istotne dokonanie, gdyż Juliusz Słowacki w 1839 r. stworzył dość rzadko wystawiany dramat pod tytułem właśnie naszej bohaterki (ostatnimi laty można było to dzieło oglądać na deskach teatru w Krakowie, które ze względu na co najmniej nietypowy pomysł reżysera na zmianę zbierało dobre i złe recenzje). Cóż, więc takiego robi Beatrice spoczywając w tak nietypowym miejscu, jakby starając się odwrócić koleje historii?
Proces Beatrice i innych członków jej rodziny wstrząsał opinią publiczną Rzymu na tyle mocno, że bez problemu jego ślady znajdujemy w pismach nawet przelotnie odwiedzających Wieczne Miasto turystów. Jej ojciec, Francesco Cenci, był arystokratą o bardzo wybuchowym, wręcz koszmarnym charakterze. Ale jak na rzymskiego arystokratę przystało, obowiązywały go co prawda te sama prawa co resztę mieszkańców, ale już co do wymiaru kary, trudno było spodziewać się jej wymierzenia chociażby w średnich “widełkach” zagrożenia. Skonfliktowany z papieżem wylądował na pewien czas w więzieniu za jakieś mniej poważne czyny, mimo że dowody ewidentnie wskazywały, iż znęcał się nad żoną i synami, a potem zaczął kazirodczo gwałcić swoją córkę Beatrice. Kara jednak nie była zbyt poważna i gdy zbliżał się okres wypuszczenia Francesca, rodzina protestowała, by tego nie czynić. Łatwo się domyślić, że brutalny ojciec (którego charakter był powszechnie znany) szybko odkrył, kto stał za donosem na policję i jego uwięzieniem. Postanowił więc wysłać całą rodzinę do letniej rezydencji poza miasto.
Wydawać, by się mogło, że potraktował ich bardzo łagodnie. Jednakże to właśnie wtedy matka z synami i córką zaczęły się obawiać o swoje bezpieczeństwo, bo takie rezydencje nie podpadały bezpośrednio pod sądy rzymskie, które jednak bliższe były nieco ku temu co rzeczywiście nazywać możemy wymiarem sprawiedliwości. Na prowincjonalne zaś Francesco mógł wpływać de facto bez ograniczeń, a więc spokojnie pozbyć się całej rodziny i nie ponieść za to żadnych konsekwencji. Toteż cała rodzina postanowiła się pozbyć swojego oprawcy, wtajemniczyła w to dwóch wasali swojego rodu i ci mężczyźni mieli otruć Francesca. To jednak nie udało się (jak mawia stare powiedzenie “złego diabli nie biorą”), więc trzeba było korzystać z bardziej brutalnej metody. Finalnie Beatrice, jej matka i bracia rozbili ojcu głowę młotem i wyrzucili ciało przez okno, próbując zasugerować organom ścigania, że doszło do wypadku. Konspiracja jednak się nie udała i pochwycono jednego z wasali, który na dodatek przyznał się, że był kochankiem Beatrice, ale nie ujawnił sprawców zdarzenia. Aby nie ryzykować rodzina Cencich postanowiła pozbyć się drugiego wasala i kiedy to się nie udało, sprawia wyszła na światło dzienne.
Ludność wzięła stronę Beatrice i jej rodziny, starając się na różne sposoby usprawiedliwiać jej zachowanie. Sąd jednak był zupełnie innego zdania. Być może wpływ na orzeczenie miał fakt, że w tym czasie doszło do innego zabójstwa w rodzinie arystokratycznej i papież Klemens VII obawiał się, iż w przypadku łagodnego potraktowania sprawców może dojść do całej fali podobnych morderstw. Efekt był łatwy do przewidzenia – 11 września 1599 r. cała rodzina pojawiła się na szafocie. Z kobietami rozprawiono się w sposób najmniej okrutny, gdyż po prostu je ścięto. Starszy brat przeżył natomiast to, co uczyniono z jego ojcem, gdyż roztrzaskano mu głowę młotem. Młodszy brat, mający wówczas jedynie 12 lat, został na rok pozbawiony wolności, jego majątek skonfiskowano, a sam miał zostać, gdy podrośnie wysłany na galery, co jednak ostatecznie nie nastąpiło.
Odnowienie legendy Beatrice Cenci oczywiście zawdzięczamy Shelley’emu, który podczas pobytu w Rzymie po raz pierwszy zwrócił szczególną uwagę na wspomniany obraz, a potem napisał na podstawie dziejów tego rodu pięcioaktowy dramat. Angielski poeta myślał jednak, że obraz ten stworzony został przez G. Reniego podczas jego pobytu w Rzymie (1599-1600). Trafiłby ten więc ten wybitny artysta na samo apogeum sporu, podziału między opinią ludności a zdaniem sądu i papieża. Jednak i tę zagadkę udało się w ciągu ostatnich dziesięcioleci rozwiązać i obecnie trudno przypisać autorstwo Reniemu. Prawdopodobnie delikatność ujęcia i doprawdy nietypową przenikliwość spojrzenia malowidło to zawdzięcza mieszkającej również w Bolonii Elisabetcie Sirani, przy czym była ona artystką o dwa pokolenia młodszą od mistrza, do którego stale w XVII w. nawiązywali malarze w tym mieście.
Do dziś można się zastanawiać, czy Beatrice postąpiła słusznie, czy nie. Hawthorne w “Marmurowym faunie” także umieścił spór między dwoma głównymi bohaterkami, z których jedna krytykuje rzymską arystokratkę, a druga z kolei uznaje jej zachowanie za największą cnotę w tamtych okolicznościach. Odpowiedzi nie daje też Słowacki, Dumas, Stendhal czy inni autorzy, którzy postanowili poświęcić jej kolejne zapisane karty swojego talentu. Nawet David Lynch odnosi się w “Mulholland Drive” do tego obrazu, a także pośrednio do Hawthorne’a, tworząc fascynująca intrygę z dwoma nadzwyczajnymi kobietami w tle. Pytanie zatem o Beatrice jest pytaniem o podstawy naszej moralności, o to, jak wiele jesteśmy w stanie usprawiedliwiać okolicznościami, a kiedy pojawia się cienka czerwona linia, po przekroczeniu której bez mrugnięcia okiem należałoby wymierzyć odpowiednią karę. Wzrok postaci namalowanej przez E. Sirani zdaje się od kilku stuleci błagać o wyjaśnienie tego problemu…