poniedziałek, 16 maja 2011

Współczesne akwarele i gwasze

Czy Sztuka jest kobietą? Ta przez duże S, a nie ta lansowana niekiedy na siłę odbiorcom… Nie, sztuki nie można analizować w ten sposób. Ale można zauważyć, że zależnie od płci mężczyźni i kobiety postrzegają w sztuce inne rzeczy, mają inne gusta. Iluż to bowiem facetów lubi Fridę Kahlo, podczas gdy większość znanych mi historyczek sztuki za nią przepada? Może mężczyźni szukają odmiennych wrażeń, zadają obrazom i rzeźbom inne pytania… Jakkolwiek, by nie próbować odpowiedzieć na to pytanie, gdzieś w oddali majaczy pytanie o “sztukę kobiecą” – wcale nie feministyczną, wcale nie nawołującą do zniesienia prawdziwych lub wyimaginowanych opresji, ale sztukę tworzoną przez kobiety, o kobietach i dla kobiet. Był już jeden post tego typu na niniejszym blogu (link), był post, jak to wyglądało w XIX w. (link), więc czas na moją ulubioną autorkę współczesną. Barbara Fox… już samo imię i nazwisko brzmi uroczo. A jej prace są jeszcze lepsze.
Barbara Fox - blessings
Powyższa praca nie powala jakimiś znacznymi rozmiarami. Na kartce papieru wielkości 13 na 19 cali Barbara Fox przy pomocy akwareli i gwaszu wymalowała całkiem udaną martwą naturę na tle ściany z reprodukcjami znanych malowideł, wyglądających niczym fotki z polaroida. Jak sama dopowiedziała swoją pracę w jednym z amerykańskich katalogów “przyjęłam nową drogę, by uczynić własne martwe natury bardziej osobistymi. (…) “Błogosławieństwa” powstały, kiedy dostrzegłam, jak późnowieczorne światło słoneczne wylewa się na posadzkę w jadalni. To było tak piękne, że po prostu musiałam tę scenę uchwycić. Schwyciłam parę gruszek i dzbanuszek, tworząc martwą naturę. I kiedy zaczęłam malować, zdałam sobie sprawę, że gruszki i dzbanek mają kobiece kształt”. Od razu widać, że ta scena potrzebowała kobiecej ręki i… duszy. Wrażliwość artystki, nawet jeśli celowo podkreślona ze względu na wymogi katalogu, widoczna jest bezspornie na zamieszczonym obok malowidle. Prawie półmetrowa kartka staje się czymś więcej niż zwykła martwa natura, kobiecość przenika ten obraz, czyni go wyjątkowym, chociaż oczywiście widać niedoskonałości warsztatowe Barbary (te oczy “Dziewczyny z perłą”… – grrr, zbyt dalekie to od Vermeera).
Spójrzmy jednak na obraz przez zupełnie inny pryzmat, poprzez to, co jest tak wyjątkowe w malarstwie, a więc możliwość uchwycenia chwili (albo jej wygenerowanie). Gruszki zdają się nie być zbyt stabilne, jedna przetoczyła się bok, a środkowa prawie osuwa się ku dwóm bardziej pękatym “przyjaciółkom” po lewej. Przedstawiona obok wersja obrazu nie jest jedyną, gdyż akwarela ta znana jest mi także w formie bardziej wydłużonej (uciętej z góry i dołu), dodatkowo różniącej się brakiem sygnatury pod jedną z gruszek. I weź tu potem człowieku wierz reprodukcjom umieszczanym w internecie… ;) Obie łączy jednak pewna “magiczność” sceny, jaką udało się Barbarze Fox wygenerować. Gruszki nie sprawiają wrażenie naturalnych, a fioletowożółciste światło dalekie jest od tego, jakim zwykle jawią się nam przedstawione owoce. W ogóle zastosowanie fioletu i koloru lilii powoduje, że ta niewielka przestrzeń kobiecego domu staje się ucieleśnieniem swojej właścicielki. Zwykle w sztuce i literaturze mówimy o pars pro toto – jakimś elemencie ciała, które symbolizuje całość. Tutaj też mamy pars pro toto, ale nie fizycznej powłoki, lecz duszy.
Spójrzmy więc na kobiety w tle – Vermeer, bodajże jedyny artysta, który potrafił z XVII-wiecznych Holenderek wybrać, a potem przedstawić te, które do dziś ucieleśniać mogą ideał kobiecej urody. Dalej Tahitanka z obrazu Gauguina, sprawiająca wrażenie bezwolnej kobiety, wodzącej malarza na pokuszenie (mimo że miał w tym czasie córkę w tym wieku). Wreszcie Modigliani, którego akty wraz z obrazami de Kooninga stały się symbolem XX-wiecznego aktu kobiecego. I wszystkie te obrazy przeistaczają się powoli w oczach widza w kwintesencję ciała i duszy przedstawicielek płci pięknej. Zasłonięte w pewnym stopniu przez dzbanek stanowią zatem swoistą bazę dla artystki, która własną tożsamość kształtuje poprzez odniesienie się do tradycji, ale też te ulotne chwile, które z drobiazgową pieczołowitością próbuje przelewać jakże kobiecą techniką jaką jest akwarela czy gwasz.
barbara fox - vermeer
Skupmy się na Gauguinie, bo jego obecność jest tu wymowna. Zapewne nie trzeba Czytelnikowi przypominać, że jego pobyt na Tahiti zakończył się romansem z nastoletnią dziewczyną, namalowaną w “Manau tupapau”. Odrażający duch w tle był tu formą zamaskowania tematu, jakim był akt radykalnie naruszający normy obyczajowe społeczeństwa, które zdążyło już nawet zaakceptować prostacką urodę tytułowej bohaterki “Olimpii” Maneta. Co prawda malarstwo Gauguina końca XIX w. nie przenika aż takie “męskie” spojrzenie na kobiety jako wyłącznie obiekty seksualne, jak zdaje się mu imputować Griselda Pollock, ale już na pierwszy rzut oka widać, że artystę fascynowała otwartość ówczesnego społeczeństwa, porównywanego ze stale pruderyjną Francją. Jak w końcu pisał: “Widziałem wiele spuszczających wzrok kobiet. Postrzegałem je jako pragnące być “wziętymi” bez słowami, brutalnie. Niejako same zmierzały do gwałtu”. Ech, ten Gauguin…, jak widać wykształcony cywilizowany człowiek nie radzi sobie czasem z kulturą w, uznawanym przez niego za prymitywny, świecie. Co jednak chciała nam przekazać Barbara korzystając właśnie z pracy postimpresjonisty, które zdążyły obrosnąć dość znaczną literaturą feministyczną? Sięga tu raczej po tę zamkniętą formę kobiety bezwolnej, z pozoru niezależnej, ale poddającej się bez jakichkolwiek obostrzeń kobiecemu oglądowi. W tym kontekście naga niewiasta Modiglianiego jest już bardziej aktywna i świadoma swej kobiecości (oraz związanej z tym siły manipulacji męskim odbiorcą).
Ewolucja tła jest więc więcej niż sugestywna – najpierw typowa żona i matka na kopii arcydzieła Vermeera, która spogląda ufnymi oczami na odbiorcę. To prawdopodobnie powstałe w 1664 lub 1665 r. malowidło z muzeum Maurithuis w Hadze jest dość nietypowe, gdyż de facto nie jest portretem. To raczej jedno z najbardziej znanych “tronie”, co po niderlandzku znaczy “twarz” – przedstawień mniej lub bardziej wyidealizowanych twarzy, a nie konkretnych osób. Jedni ówcześni malarze tworzyli nieco satyryczne ryjki, odnosząc się do popularnych uzależnień, przywar czy cech charakteru. Inni zaś ukazywali siebie w nietypowym grymasie (jak choćby Rembrandt otwierający usta). Vermeer namalował podobny obraz i jego identyfikowanie odpowiednio ze służką artysty (jak w znanej książce i filmie ze Scarlett Johansson) czy córką Marią, być może skazane jest na porażkę. To nie o postać tu chodzi, lecz o ideał kobiecego piękna, naturalność oczywiście przenikającą całe malowidło i poruszającą widza. Spokojne, ufne oczęta, czerwona szminka delikatnie odciągająca uwagę widza, wreszcie perfekcyjne zbalansowanie “ciężkości” obrazu poprzez opadające fragmenty nakrycia głowy – to wszystko czyni z Vermeera jednego z najlepszych artystów w dziejach Europy (i pomyśleć, że czekał aż do 2. poł. XIX w. na swoje ponowne odkrycie). Do takiej synestezji doznań odbiorcy odwołuje się Barbara Fox, pozostawiając spoglądającego na jej prace sam na sam z trzema wyjątkowymi kobietami w historii malarstwa.
Barbara Fox “nie załapała się” na jakąś większą karierę artystyczną. Od czasu ukończenia szkoły sztuk pięknych w 1979 r. pracowała głównie jako ilustratorka i czasami tylko sprzedawała obrazy do drugo- i trzeciorzędnych amerykańskich muzeów (jak muzeum w Green Bay w stanie Wisconsin). Parę lat temu, w 2006 r. artystkę nieco “doceniono” i zatrudniono przy tworzeniu projektów monet oraz medali okolicznościowych wydawanych przez Kongres, ale trudno nazwać to jakąś wybitną karierą artystyczną. A w sumie trochę szkoda, bo coś w tych obrazach jest, co powoduje, że choć proste i niekiedy warsztatowo niedoskonałe, stanowią ukojenie dla oczu zmęczonych stycznością ze skomplikowaną sztuką. Zarazem są bardzo kobiece i chyba zgodzić się trzeba z malarką, która twierdzi, że jej “celem jest odtworzyć obraz wiernie, a zarazem pięknie, aby poprzez użycie kolorów i światłocienia zaprezentować obiekty w nowatorski sposób”.
PS. Jeśli po tym wpisie ktoś powie, że nie jestem romantykiem, to już totalnie nie wiem, cóż znaczy obecnie romantyzm (tak, to przytyk do Ciebie, zjawiskowa Beato…).