wtorek, 31 maja 2011

Niderlandzkie domy rozpusty

W Amsterdamie pierwsze informacje o kobietach wiadomej profesji pojawiają się już w XIII wieku. Polowały one na nas, biednych i złaknionych miłości mężczyzn, w okolicach portu tej miejscowości, wówczas będącej jedynie małą rybacką mieściną. Stopniowo jednak handel, rybołówstwo i inne formy zarobkowania rozwijały się na tyle, że postanowiono ograniczyć dostępność do tej formy rozrywki. Działalność pań lekkich obyczajów i jeszcze lżej opuszczanych sukienek ograniczono do konkretnych ulic, tym samym czyniąc ze wspomnianej formy przedsiębiorczości działalność reglamentowaną. Miejska policja doglądała domów rozpusty (czy aby czasem nie odbywa się tam zbyt wielka rozpusta) i poszukiwała osób zamężnych oraz mających święcenia kapłańskie. O tym, jak stopniowo rozwijało się ukazywanie prostytutek i ich klientów w sztuce była już na tym blogu mowa (link). Tym razem idziemy krok dalej, by zastanowić się, co doprowadziło do sytuacji, że pijacko-erotyczne uczty popularne w sztuce XVI-wiecznej Holandii stały się tak istotną pożywką dla malarzy.
hemessen - syn marnotrawny
Na początek obraz zakamuflowany, który przez pryzmat odniesienia się do słów “Biblii”, uniemożliwiać ma potencjalne oskarżenia o niemoralność artysty. To, co widać na załączonej ilustracji, to “Syn Marnotrawny” Jana Sandersa von Hemessen, powstały w 1536 r. i wiszący w Musees Royaux des Beaux-Arts w Brukseli. Obraz ten jest istotny nie tylko ze względu na jego walory artystyczne, ale także dlatego, że należy do grupy najwcześniejszych przedstawień tzw. wesołej kompanii, a więc typów niestroniących od trunków różnego rodzaju. Drugi temat to właśnie sceny (nie bójmy się tego słowa) “burdelowe”, gdzie pojawiają się dwie strony przyszłego stosunku prawnego i fizyczne oraz często stręczycielka. U Hemessena trwioniącemu pieniądze synowi bogacza towarzyszą dwie młode panie (dekolt jednej ewidentnie ściąga uwagę widza), a obok umieszczono starszą kobietę, która pełni rolę właśnie odpowiedzialnej za przyszłe ekscesy Syna Marnotrawnego.
Rola stręczycielek jest oczywiście w obrazach niderlandzkich dwuznaczna, jak to często zdarza się w przypadku postaci tego typu w malarstwie. Przykładowo w “U stręczycielki” Jana von Bijlert, tytułowa bohaterka pracy ciągnie mężczyznę za włosy, bo za mało zapłacił. Na innej ilustracji (“Stręczycielka” Jana Miense Molenaera z 1640 r.) unosi sakiewkę do góry, co rozumiane jest jako odniesienie do aktu, jakiego zaraz dokona opłacający. Bliskość językowa Niderlandów i północnych Niemiec powodowała, że tak samo nazywano wówczas zarówno sakiewkę, jak i jądra. Unosząca więc ten przedmiot do góry stręczycielka ewidentnie podkreśl zatem przyczynę otrzymania przez nią pieniędzy. Kobiety lekkich obyczajów nie miały jednak wówczas lekko – reformacja spowodowała, że zarówno w państwach katolickich, jak i protestanckich z surowością i zapalczywością tępiono grzech, jakiego się dopuszczały. Już w 1523 r. w Augsburgu zamknięto oficjalnie przybytki miłości, w 1534 r. to samo uczyniono w Bazylei, dwa lata później w Nordlingen, potem w Ulm, w 1539 r. w Wenecji zaczęto poddawać panie badaniom lekarskim i jeśli nie spełniały surowych norm wyrzucano je z miasta. Także w Londynie uczyniono podobnie, w Ratyzbonie, a w latach 60. Pius VI wygania prostytutki w Rzymie. W tym kontekście Amsterdam, gdzie w 1578 r. okresowo zamknięto burdele ze względu na trwającą rebelię przeciwko Hiszpanom, wydaje się dość liberalnym miastem. A już na pewno bardziej to liberalne niż wysyłanie prostytutek przymusowo do Australii i Nowej Zelandii, co praktykowano w XVII w.
hemessen - wesoła kompania
“Wesoła kompania” Hemessena powstała cztery lata po pierwszym pokazanym dziś malowidle. Po raz kolejny panie ucztują w tej imprezie, mimo iż było to dość powszechnie piętnowane. Widać to choćby po statystykach przestępstw w Amsterdamie, gdzie do ok. 1800 r. mniej więcej 20 procent czynów dotyczyło zachowań związanych ze sferą seksualną. Artyści ukazywali więc, być może niekiedy przejaskrawiając, ówczesny świat ze wszystkimi jego cnotami i wadami (to drugie wychodzi Niderlandczykom zwykle o wiele lepiej). Pytanie raczej brzmi: dla jakiego odbiorcy jest takie dzieło? Kto chciałby sobie powiesić na ścianie (oraz zainwestować ciężko zarobione pieniądze) obraz, na którym widać jak pani zabawia się z panem w towarzystwie mocno rozochoconego, zapijaczonego towarzystwa. Wyjaśnienia szukać należy raczej w moralności XVI w. oraz tym, co wówczas uznawano za dzieło dozwolone, a co za dzieło przekraczające granice dobrego smaku i erotyki.
Wyobraźmy więc sobie nowożytny Amsterdam. Miasto powoli oscylujące w kierunku 200 tysięcy mieszkańców, pełne bogatych kupców zarówno miejscowych, jak i zagranicznych. Do tego ludność napływowa i osiedlające się z terenów wiejskich słabo wykształcone (by nie powiedzieć wcale) kobiety, które zarabiać mogły jako pomoce domowe, szwaczki lub właśnie w analizowanym zawodzie marginesu. Pojawiały się więc często w karczmach, gdzie pojone bez umiaru przez owych mężczyzn, kończyły w ich objęciach nie dostając za to ani grosza, albo też specjalnie spędzały czas razem w towarzystwie nadzorujących je opiekunki. Z czasem jednak prostytucja “wyległa” na ulice. Nie była to jednak zasługa nasycenia się rynku (dziwnie brzmi to “nasycenie się” w niniejszym poście), ale fakt, że zainstalowano światła uliczne oraz latarnie. Tym oto sposobem Amsterdam zaczął rozwijać się jako miasto latarń, z czego ze względu na liberalne podejście do sfery prostytucji znany jest do dziś. Wydawać by się mogło, że to wszystko – klient, kobieta, sutenerka i dobre, wygodne miejsce do znalezienia wspólnego języka lub innych części ciała. Rynek zweryfikował jednak rzeczywistość i tak jak Joachim von Sandrart tworzył znaną publikację o najwybitniejszych dziełach i artystach niderlandzkich i niemieckich, tak inni pisali w tym czasie przewodniki po domach publicznych Amsterdamu (np. “Het Amsterdamsch Hoerdom” z 1681 r.). Jak widać miasto miało dwa skrajne oblicza.
palamadesz - scena z burdelu
Anthonie Palamedesz urodził się w Delft, ale zamieszkał potem w Amsterdamie, w międzyczasie uzyskując nauki u Dirka Halsa. Jego znajdująca się w prywatnej kolekcji “Scena z burdelu” (na ilustracji obok) to jedna z mniej ekspresyjnych form przedstawiania tego tematu. Zwykle bowiem kontynuowano jednak grzeszenie w ramach większej grupy, czasami ukazywano wspomnianą stręczycielkę, a tutaj mamy do czynienia jedynie z kobietą lekkich obyczajów i dwoma jej płatnymi absztyfikantami. Nie był jednak jedynym, który tak malował sceny pomiędzy przyszłymi kochankami. Bardziej znanym malowidłem jest praca Gerarda Terborcha “Ojcowskie upomnienie” z ok. 1654 r., które wisi w Staatliche Museum w Berlinie-Dahlem. Mamy tam sytuację odmiennego typu, ale podobnie zakomponowaną. Dobrze ubrana kobieta stoi naprzeciwko mężczyzny, który pokazuje jej monetę, obok siedzi wdowa (prawdopodobnie matka, ale wizualnie pełni rolę odpowiedniczki sutenerki), a to wszystko w typowym dla Terborcha enigmatycznym świetle.
Czy więc zatem artyści starali się na różne sposoby nie tylko ilustrować rzeczywistość, ale także przestrzegać kobiety wysokiego i niskiego stanu przed kierowaniem się chęcią pozyskania środków pieniężnych, a nie sercem? Czy raczej uwypuklali, że serce nie ma czego szukać w merkantylistycznym nowożytnym świecie kupców, szybkich fortun i równie szybkich finansowych upadków (vide sytuacja, która przydarzyła się Rembrandtowi)… Wydaje mi się, że odpowiedź na to pytanie jest zależna raczej od konkretnego obrazu, a nie ma wspólnej odpowiedzi na prace powstałe od ok. 1500 r. do mniej więcej 2. poł. XVII w. Oczywiście ówcześni mężczyźni wyjaśniali sobie ten problem inaczej. Warto zatem przytoczyć na zakończenie cytat z dziełka Bernarda Mandeville’a, który w “Bajce o pszczołach” pisze:
Kiedy sześć lub siedem tysięcy marynarzy przybywa na raz, jak to się często zdarza w Amsterdamie, którzy nie widzieli żadnej innej płci poza swoją przez wiele miesięcy, jak miałaby uczciwa kobieta przejść się ulicami miasta, by nie być zaczepianą, jeśli nie prostytutki za rozsądną cenę?”.
Kobiety lekkich obyczajów jako mniejsze zło – w ocenie ówczesnych teologów i pisarzy może tak. Ale wystarczy tylko rzucić okiem na malowidła holenderskich malarzy, by stwierdzić, że oni bynajmniej kobiet w ogóle nie potępiają.