środa, 4 maja 2011

Wulkany i artyści

Czas wreszcie kontynuować tematykę kataklizmów i tego, jak przedstawiano je w sztuce. Były już więc różnego rodzaju apokalipsy, niszczony most Golden Gate czy ilustracje przedstawiające trzęsienia ziemi (link). Dzisiaj padło na erupcję wulkanów, więc pewnie się domyślacie niejednego dobrego artystę ciągnęło na skraj Wezuwiusza, by zajrzeć do bulgoczącej wewnątrz lawy. Tym razem na tapecie znalazło się więc ciekawe geologiczne zagadnienie, jakim sposobem dochodzi do wybuchów. I na ile sztuka może się przydać w wyjaśnianiu tego zjawiska.
dahl - wybuch wezuwiusza 1826Jeśli wymieniać norweskich malarzy, bez których nie sposób napisać książki na temat historii sztuki, to prawdopodobnie tylko jedno nazwisko znalazłoby się na tej liście – czyli Edvard Munch. Nie byłoby jednak norweskiej sztuki, gdyby nie specyfika romantyzmu w tym kraju, która cechowała się nieprawdopodobną grozą i nastrojowością powstałych tam prac. Taką wizję świata narzucił Johan Christian Dahl, który zainspirowany Friedrichem i pejzażami Ruisdaela, uwieczniał nie tylko krajobrazy Niemiec (przebywał przez długi czas w Dreźnie, a od 1821 r. do śmierci w 1857 r. na stałe w tym samym saksońskim mieście), ale także innych krain. Między innymi w 1820 r. pojechał do Rzymu i Neapolu, zaś pokłosiem tej podróży było ukazane obok malowidło “Erupcja Wezuwiusza”.
Obraz ten ewidentnie ukazuje, że, wydawać by się mogło w czasie szybkiego poznawania nowych dziedzin nauki, nie ma nic bardziej istotnego niż rzeczywistość przedstawienia. Oczywiście można trochę dodawać “licencia artistica”, monumentalizować naturę i ukazywać jak małym pyłkiem jest wobec niej ludzka figura. Trudno jednak przyjąć, by Dahl wiarygodnie przedstawił erupcję, skoro dzieło powstało na podstawie jego notatek i rysunków dopiero w 1826 r. w drezdeńskim atelier, a nie chociażby pod Neapolem. Niemniej miał to szczęście, że rzeczywiście widział wybuch wulkanu w grudniu 1820 r. i ponoć był nawet jednym z pierwszych, którzy pospieszyli na zbocze góry, by dokładnie przyjrzeć się wypływającej lawie. Malowidło jednak Dahla w niczym nie różni się od wcześniejszych prac, które w XVIII w. uczyniły z Wezuwiusza swoistą atrakcję turystyczną, zaś obrazy wybuchów sprzedawały się równie dobrze jak malowane widoki portu w Neapolu, z których słynęło to miasto.
gavin hamilton - wezuwiusz
Wierni Czytelnicy pamiętają pewnie, że latem minionego roku na blogu pojawił się ranking 10 najładniejszych lasek (moim skromnym zdaniem) w dziejach sztuki. Wygrała wówczas Emma Hamilton przedstawiona jako “Bachantka”, a post przy okazji stał się podstawą dla opisania jej strasznych kolei losów, gdy ze względu na swoją nieprzeciętna urodę traktowana była przez wielu mężczyzn niczym przedmiot (i to nie tylko podążania). W każdym razie ówczesny wpis (link) dotyczył także jej męża Williama, który był wielkim kolekcjonerem i dyplomatą angielskim w Italii. Co to ma wspólnego z powyższą ilustracją powstałą w ostatniej ćwierci XVIII w., przedstawiającej turystów nie zważających na niebezpieczeństwo i oglądających z bliska lawę? Autorem poniższego malowidła jest bowiem Gavin Hamilton, kuzyn Williama, a obydwaj arystokraci z racji kolekcjonerskiej, archeologicznej pasji wykonywali wiele prac związanych z postępującymi odkryciami na terenie zasypanych przez lapille Pompejów i Herculanum.
Obydwaj wykorzystując swoje polityczne wpływy gromadzili wielką ilość zbiorów, która ostatecznie wylądowała w Wielkiej Brytanii. William utrzymywał bliskie relacje z królową Neapolu Marią Karoliną Habsburg, a Gavin prawdopodobnie różnymi środkami (jak kontakty z papieżem oraz odkupywanie znalezisk od okolicznych chłopów) wszedł w posiadanie 1/3 antyków wówczas znajdowanych. Nie jednak to jest najciekawsze, lecz to jak czynny stale wulkan stał się jedną z ważniejszych atrakcji Grand Touru. Jak wiadomo tego rodzaju wycieczki do Italii, w wyniku których młodzieńcy mieli nabyć ogłady i kulturalnego wykształcenia, z czasem stały się rozrywką dla bogatych mężczyzn nie stroniących od suto zakrapianych imprez oraz obecności kobiet niskich obyczajów. Po spędzaniu kolejnych tygodni w Wenecji, Florencji, Sienie i Pizie zbiedniały już arystokrata trafiał do Rzymu, gdzie spotkać mógł w jeszcze większej liczbie podobnych sobie utracjuszy. To tu bowiem przybywano całą zimę, wykorzystując ten czas na zwiedzanie przeogromnej ilości zabytków. Wydawane już wówczas przewodniki do Grand Tour proponowały kolejny etap podróży, a mianowicie do Neapolu (by finalnie “zobaczyć Neapol i umrzeć”) zwykle drogą lądową, a stamtąd jedynie na Sycylię lub do Messyny drogą morską. Po wybuchu Wezuwiusza w 1631 r. i odkryciu ruin Herculanum, Pompejów i Paestum oraz rozpropagowaniu ruin greckich świątyń na Sycylii, Neapol trochę stracił na znaczeniu, ale nadal pełnił istotną rolę jako punkt wypadowy. A do zwiedzania dawnych miejscowości dołączono właśnie ów majaczący groźnie nad miastem wulkan.
wutky - erupcja wulkanu
Ukazane na umieszczonej wyżej pracy Gavina Hamiltona formy turystyki zapowiadają już bardziej masowe zwiedzanie Włoch. Trudno się więc dziwić Byronowi, który w 1817 r. pisał: “Rzym jest ogarnięty angielską zarazą. Trzeba być szalonym, by pojechać do Francji i Italii zanim ten tabun nieszczęśników wróci do domów”. Cóż, i to mówił poeta, który w tym samym roku rozkochał w sobie 22-letnią żonatą kobietę, następnie wygonił ją z domu, a ta zrozpaczona rzuciła się do weneckiego kanału…
Wróćmy jednak do turystów i tryskającego różnymi nieprzyjaznymi substancjami wulkanu. Aby zmaksymalizować doznania (tak jak czynią to postaci na zamieszczonym obok obrazie Michaela Wutky, przyjaciela Williama Hamiltona, który razem z nim uczestniczył w tych wycieczkach) opracowano następującą metodę “zwiedzania”. Przychodzono nad krater przed zachodem i spoglądano na zatokę, jak słońce ukrywa się w odmętach morza. To wtedy też była największa szansa, by coś wydobywało się z Wezuwiusza – a to jakieś gazy, a to materiały piroklastyczne czy (na co z największym napięciem czekano) lawa. Całe zaś turystyczne zjawisko uległo umasowieniu dopiero w XIX w., gdy pod koniec lat 30. zbudowano kolej łączącą Neapol z jedną z podwezuwiańskich miejscowości.
Wspomniany William Hamilton pojawił się jednak w tym poście nie tylko ze względu na jego relacje rodzinne z Gavinem i przyjaźń z Michaelem Wutky, ale ze względu na jego kluczową rolę w przekazywaniu społeczeństwa informacji o wulkanie. Powszechnie uznawany za “najlepszego tancerza na dworze neapolitańskim” (a gdy przybyła Emma czynili wręcz niezrównaną w tym parę) w ciągu czterech lat pobytu w Neapolu wspiął się na Wezuwiusz 22 razy, z czego ponoć raz w naprawdę ekstremalnej sytuacji. Tym samym w 1776 i 1777 r. oglądał mniejsze erupcje wulkanu, ale nie poprzestał na samym Wezuwiuszu, lecz z bliska oglądał także krater Etny. Pozwoliło mu to w 1772 r. opublikować wielokrotnie wówczas wznawiane dzieło “Obserwacje Wezuwiusza”, a dzięki tym wycieczkom i zbierackiej pasji mógł sprezentować Muzeum Brytyjskiemu głowę Heraklesa, którą odnalazł w zastygłej magmie u podnóża wzniesienia.
erupcja z 1822
Ukazana obok erupcja z 1822 r. stworzona została przez George’a Juliusa Poulett Scrope’a, jednego z pionierów współczesnej wulkanologii. Od razu widać też, jak bardzo różni się ta ilustracja od wcześniejszych prac. Nie tylko pod względem artystycznym (jej autor bowiem był geologiem, a nie artystą), ale też tym, że zjawisko to nie zostało ukazane w sposób malowniczy, lecz o wiele bardziej groźny. Co prawda nadal występują na ilustracji rzeczy, które bynajmniej nie powinny mieć miejsca, jak owe pioruny w środku słupa dymu i wystrzeliwanych z wielką siłą materiałów piroklastycznych (nie mówiąc już o tym, jak przedstawiona została zależność przestrzenna między Neapolem a Wezuwiuszem), to jednak wbrew pozorom ilustracja ta bliższa jest rzeczywistym erupcjom tego wulkanu. Scrope bowiem pod wpływem włoskich wulkanów postanowił całkowicie zrewidować istniejącą wówczas koncepcję, jak działają wulkany i dlaczego zachowują się w taki, a nie inny sposób (już przed W. Hamilton wynajął mnicha, który miał dokumentować dzień po dniu wydobywające się z góry substancje).
Jak widać, analogicznie jak w przypadku trzęsień ziemi artyści niezbyt przydali się do naukowcom i raczej stworzyli widowiskową wizję erupcji niż wiarygodny obraz Wezuwiusza. Zupełnie inaczej natomiast opisywali to literaci. Niech przykładem będą słowa Hansa Christiana Andersena, który tym razem nie stworzył wiarygodnej bajki opisując swoje przeżycia podczas pobytu w Neapolu w 1834 r.: “Para siarki była tak silna, a ogień palił podeszwy stóp, że po mniej więcej dwóch minutach musieliśmy zawrócić; wokół nas widzieliśmy ogniste zębiska, świszczący hasał wydobywał się z krateru, jak wtedy, gdy grupa ptaków nagle wzbija się do lotu z drzew. Niemożliwością było wspiąć się na stożek, jako że iskrzące się kamienie stale opadały w dół”. Niemniej bezsprzecznie tym, co podkreślali artyści była groza i niebezpieczeństwo Wezuwiusza, zaś ukazane przez Dahla i Wutky’ego oraz opisane przez Andersena zagrożenia z łatwością wskazują, jak nieprzyjaznym było zakończenie zwiedzania włoskich osobliwości.