czwartek, 30 września 2010

Top 10 lachonków w sztuce - Miejsce #1

Czas wreszcie na rozstrzygnięcie trwającego ponad miesiąc rankingu. Kto mnie zna, mógł przypuszczać, jakie dzieło zajmie pierwsze miejsce, ale chyba dość obiektywnie oceniłem poprzednie dziewoje. Przypomnę tylko na wstępie czołową dziesiątkę toplisty:

#10 - Zima (La Frileuse) Jeana-Antoine Houdona - link,

#9 - Wenus Sandro Botticellego - link,

#8 - szlachcianka z "Pasowania na rycerza" Edmunda Blaira Leightona - link,

#7 - blondynka z rasterów Roya Lichtensteina - link,

#6 - Louise O'Muphy z "Blond odaliski" Francois Bouchera - link,

#5 - dama w liliowej sukni z obrazu Władysława Czachórskiego - link,

#4 - marmurowa grecka niewolnica Hirama Powersa - link,

#3 - Królowa wróżek z "Take the fair face of woman..." Sophie Anderson - link,

#2 - Lady Godiva z malowidła Johna Colliera - link.

Czas więc na miejsce pierwsze, które zajęła... Emma Hamilton z ryciny powstałej na podstawie obrazu Joshuy Reynoldsa ("Lady Hamilton jako bachantka"). To ten artysta, szczerze przeze mnie nielubiany, który śmiał narzekać, jak dobrym malarzem byłby Rafael gdyby miał możliwość studiowania w Akademii, stworzył jedno z najpiękniejszych (a moim zdaniem najlepsze) przedstawienia kobiety w dziejach sztuki wokółatlantyckiej. Emma Hamilton zaś to wyjątkowa kobieta, o której warto napisać kilka słów.

engraving

Zacznijmy od tego, że była muzą nie tylko Reynoldsa, ale i George'a Romneya, który również uwiecznił ją na swoich obrazach. Młoda dziewczyna w wieku 12 lat straciła ojca, który był jedynym żywicielem rodziny. Po przeniesieniu się do Londynu, który jako metropolia dawał większe możliwości wychowującej ją matce, nastoletnia Emma Hart zaczęła zarabiać jako modelka artystów tworzących w Akademii. Ze względu na fenomenalną urodę, którą opiewano nie tylko na terenie stolicy Imperium, ale wręcz na całym kontynencie (podziwiał ją m.in. Goethe) zjednała sobie wielu adoratorów, ale i zaciekłych przeciwników. Najpierw została metresą posła do parlamentu, ale gdy do wyglądu dorzuciła talent taneczny rozkochała w sobie Williama Hamiltona, ambasadora Wielkiej Brytanii w Neapolu. Oczywiście jak na brytyjskie standardy przystało związek ten nie mógł powstać w sposób spontaniczny. Wszystko zaczęło się od tego, że ów parlamentarzysta miał długi, z którymi nie mógł sobie poradzić. A był nim Charles Francis Greville, siostrzeniec sir Hamiltona. Wuj wsparł swojego krewnego, za co ten "podrzucił" mu do Włoch swój największy skarb - uroczą Emmę. W rzeczywistości jednak Emma była dla niego ciężarem. Bycie czyjąś metresą na jeden poważny minus: można zajść w ciążę. I tak było w przypadku Emmy, która w 1781 r. urodziła Charlesowi chłopca imieniem Harry. Kiedy poseł jednak popadł w problemy finansowe, postanowił wyjść z tego "z twarzą" czyli ożenić się z jakąś bogatą dziedziczką. Emmy należało się więc pozbyć i stąd ta chytra intryga.

William Hamilton zaś był wniebowzięty (a kto by nie był mając w domu tak urodziwe dziewczę?). Jego salon znany był z tego, że odbywały się tam bardzo eksluzywne przyjęcia. Sam zaś jako zapalony archeolog zbierał różne zabytki (głównie rzeźby i ryciny), które przekazywał przez ambasadę Skarbowi Wielkiej Brytanii. Emma więc świetnie nadawała się na gospodynię przyjęć, potrafiąc momentalnie oczarować gości. Oczywiście na początku było ciężko... a to z prostego powodu, że ani Greville, ani Hamilton nie zaznajomili Emmy ze swym misternym planem! Cóż jednak było robić nisko urodzonej angielskiej dziewczynie, która znalazła się nie ze swej woli na południu Włoch? Po 5 latach życia w Neapolu i spotykania takich osobistości jak wspomniany Goethe, Emma wyszła za mąż za sir Williama w 1791 r. Nie był to jednak koniec jej podbojów, a właściwie wykorzystywania pięknej kobiety do celów politycznych. W 1794 r. admirał Horatio Nelson pokonał francuskie wojskie pod Calvi. Celem Francuzów było uniemożliwienie secesji Korsyki od państwa (wówczas powstało istniejące do 1796 r. Królestwo Anglo-Korsykańskie), celem Anglików wsparcie rebeliantów i utworzenie protektoratu, zaś celem Emmy... uwiedzenie w Neapolu triumfującego Nelsona. W tym ostatnim odniosła sukces, rodząc brytyjskiemu bohaterowi córkę Horatię. Hamilton po raz kolejny zachował się zgodnie z niepisanymi regułami wykształconego dżentelmena <ironia> i oddał Emmę admirałowi. Lady Hamilton przeniosła się więc do Londynu, gdzie zamieszkała z żonatym wówczas dowódcą marynarki. Oczywiście ówczesne londyńskie gazety miały używanie...

romney - emma hart w kapeluszu 1782-1784

Piękno nie popłaca? Okazuje się, że w Anglii rodzącej się nowoczesności niestety nie popłacało... Ale nie słyszeliście jeszcze końca historii. Tragizm dopiero się zaczyna. Jak wiadomo pod Calvi Nelson stracił oko, zaś Trafalgarem w 1805 r. stracił życie. Co prawda wojska brytyjskie odniosły kolejne ważne zwycięstwo, ale Emma została sama już w 1803 r., gdy admirał wypłynął w morze. Ich drugie dziecko zmarło kilka tygodni po narodzinach, co załamało Emmę. Chciała bowiem prowadzić spokojne życie, stojąc w cieniu osławionego Nelsona. Dlatego też m.in. odrzuciła świetnie płatną ofertę śpiewania w Królewskiej Operze w Madrycie. Kiedy jednak admirał zginął, została sama z niewielką pensją, którą w testamencie wyznaczył jej kochanek. Popadła w długi, uzależniła od hazardu, nawet instrukcje Nelsona co do opieki rządowej nad nią zostały zignorowane. Próbowała nawet w trakcie wojen napoleońskich uciec do Francji przed swoimi wierzycielami, ale i tam ją znaleziono. Trudno się jej więc dziwić, że w takiej sytuacji zaczęła pić. Bojąc się o przyszłość córki Horatii (cały splendor po Nelsonie przejął brat admirała), zmarła w 1815 r. w Calais na zarażenie amebą, spędzając ostatnie lata w biedzie.

Smutne, ale prawdziwe. Dobrze, że chociaż miała "swoje momenty", bo i niektórzy tego nie mają, ale ból serce ściska, gdy pomyśli się o tym, jak traktowana była przez mężczyzn. Czas więc na ocenę, dlaczego przedstawiona obok dziewczyna (ta druga ilustracja to obraz George'a Romneya "Emma Hart w kapeluszu" z lat 1782-1784) wygrała w rankingu. Oczywiście oceniamy pierwszy obrazek, na którym nakrycie głowy nie zasłania cieniem połowy twarzy. Po pierwsze fenomenalny uśmiech i radość, jaki pojawia się na twarzy Emmy. Emma Hamilton jako bachantka to temat kilku czy wręcz kilkunastu obrazów zarówno Reynoldsa, jak i Romneya. Frywolne dziewczę przyjaźnie nastawia się w stronę widza, chce go włączyć w radosny taniec, w którym uczestniczy. Ale wybrałem ilustrację Reynoldsa, bo jest bardziej nastawiona na obecnego widza niż wiele innych przedstawień Emmy. Ta zgięta dłoń, którą przykłada do swoich ust... - urocze! Takie proste wizualne przedstawienie tekstu "Chodź za mną, a będziemy szczęśliwi". Notabene jest do dziś chwyt stosowany w reklamie i marketingu. Druga rzecz warta uwagi to włosy. Nie da się ukryć, że przedstawione trochę schematycznie, ale niejedna pani od szamponów z przerywników w środku filmów i seriali zazdrościłaby takiego koloru i gęstości pukli. Wreszcie delikatne rysy twarzy i dobre proporcje całego ciała. A więc przede wszystkim to naturalność spowodowała, że w mojej ocenie Emma Hamilton zajęła pierwsze miejsce w niniejszej topliście. Zamiast ziemistych czy mlecznobiałych karnacji, lekki róż wskazujący na jej europejskie pochodzenie. Zamiast falujących na wietrze włosów - skromne ich upięcie i przydanie polnych kwiatków. Zamiast skomplikowanej i ciężkiej sukni (albo co gorsza nagości) - zwiewne szaty dopasowane do atmosfery ciepłego lata. No i wspomiany uśmiech oraz "otwartość" na odbiorcę, której nie niweluje nawet zamknięta poza na obrazie Romneya.

Minusów nie znaleziono ;-) I to byłby koniec rankingu. Może w nabliższym czasie będzie ranking top "ciach" w sztuce, ale póki co liczę na propozycje od Czytelniczek, jacyż to przystojni mężczyźni powinni załapać się na tę listę przebojów. A jeśli któraś z Was poczuła się choć trochę urażona tymi plusami i minusami (w typie myślenia "jeśli grecka niewolnica H. Powersa ma grube uda, to jakie ja mam?"), to przekazuję dobrą informację! Lepsza kobieta żywa niż nieruchoma niczym analizowane rzeźby. A dwuwymiarowość (tu akurat przytyk do malowideł) jeszcze nikomu nie wyszła na dobre, co pewnie jest w stanie potwierdzić Kate Moss. Dlatego każda z Was jest sto, a może i tysiąc razy piękniejsza, niż panie z analizowanych dzieł sztuki.