niedziela, 1 kwietnia 2012

Post primaaprilisowy: Nowożytne eksplozje

Rok temu pojawił się wpis na temat wymyślonego przeze mnie stylu artystycznego (chociaż akurat nazwę wymyślił kto inny) - link. Tym razem z okazji święta 1 kwietnia czas na opis nietypowego tematu, jakim były wybuchy i eksplozje czasów nowożytnych - temat rzadki, ale i niezwykle interesujący. O wybuchach wulkanów już raz było (link), więc tym razem skupmy się na wybuchach obiektów stworzonych przez człowieka. A nie da się ukryć, że dramatyzm, z jakim artyści próbowali oddać niezwykłość tych zdarzeń (w powiązaniu oczywiście z "niskimi" pobudkami, jakie niekiedy im przyświecały) czyni z tych przedstawień wręcz nietypowe dzieła sztuki. Ale dość tego wstępu - przejdźmy z werwą do meritum!
Delft, 12 października 1654 r., nieco po 11:30. Donośny huk zaburzył codzienną poniedziałkową rutynę kupieckiego miasta. Umiejscowiony w północnowschodniej części miasta magazyn mąki rozpadł się na strzępy powodując poważne zniszczenia wokół tego budynku. Łomot słychać było ponoć nawet 80 kilometrów za miastem, a siła eksplozji była tak potężna, że w tym miejscu nie pozostało nic innego jak stworzyć słynny konny rynek, które do dziś nie zabudowano. Ucierpieli oczywiście także okoliczni mieszkańcy, w tym mieszkający w Delft malarze. Jednym z nich był Carel Fabritius - w mojej ocenie najzdolniejszy z uczniów Rembrandta, który w portowym mieście osiadł trzy lata wcześniej (w Muzeum Narodowym w Warszawie oglądać można jego "Wskrzeszenie Łazarza" z 1643 r.). Nie tylko pod gruzami budynków zakończył swój żywot, ale także zniszczeniu uległo wiele jego prac, jak też niektórzy pracujący z nim uczniowie - m.in. Mattias Spoors. Ponad ćwierć miasta nie nadawała się do zamieszkania, osłupieni ludzie starali się sobie nawzajem pomagać, ale czyż jest taka możliwość w sytuacji, gdy wybuch wygląda tak, jak na ukazanej poniżej anonimowej rycinie z tego roku?
Sam magazyn powstał w 1572 r., zaś środki na jego budowę przekazał Konwent św. Klary znajdujący się w tej samej dzielnicy. Siła uderzenia dotarła aż do dwóch głównych kościołów miasta - Starego i Nowego Koscioła (Oude i Nieuwe Kerk), specjalnie wydzielonych dla poszczególnych wyznań chrześcijańskich. Wydarzenie też spotkało się z szerokim odzewem w innych krajach - do miasta napłynęły listy z kondolencjami ze Stanów Generalnych oraz królowej Elżbiety. W ciągu kilku lat miasto odwiedzili też władcy okolicznych krajów, zatrzymując się chwilę także, by upamiętnić setki zmarłych.
Egbert van der Poel, który wywodził się z tego miasta, nie przestawał tworzyć prac na temat tego niebywałego nieszczęścia. Być może nawet sam stracił córkę (pochowano ją dwa dni po katastrofie), lecz też dzięki niemu zachowały się widoki miasta z dekady przed jego ponowną zabudową, którą uwieczniał m.in. Vermeer. "Wybuch magazynu z Delft" z ok. 1654 r. (czyli pierwsza ilustracja dzisiejszego wpisu) pokazuje też inne ciekawe artystyczne zjawisko - wytworzenie się motywu nokturnu miejskiego z płonącym budynkiem. Coś co wcześniej pojawiało się bardziej jako jedna lub kilka postaci oświetlonych płomieniem świecy (a w 2. poł. XVII w. świetnie rozwinie to Godfried Schalcken), dzięki van der Poelowi stało się też elementem malarstwa panoram miast. Czy artysta w ten sposób chciał pokonać traumę, analogicznie jak czynił to choćby Rembrandt malując po śmierci swojego syna Tytusa? Możliwe, zwłaszcza, że po wybuchu na kilka lat zapotrzebowanie na prace artystów zmniejszyło się i van der Poel musiał wyjechać do Rotterdamu. To tam przez kilkanaście lat, prawie do roku swej śmierci (1664) tworzył obrazy ilustrujące ogrom zniszczeń.
 Jak do tego mogło dojść? Wiadomo, że eksplodować mogą wszelkie podobne pyły, gdy znajdą się w odpowiedniej mieszance pyłowo-powietrznej i dojdzie do umiejscowienia źródła zapłonu. Demolka, jaką pokazał van der Poel na ilustracji obok ("Widok Delft po wybuchu magazynu w 1654 r.") nie była jednak jedyną w tym czasie. W podobny sposób oprócz mąki eksplozję spowodować mogły takie substancje, jak celuloza, pasze dla zwierząt, zboże, pył drzewny i węglowy czy cukier, i co by tu dużo mówić, jak przekonują nas ilustracje z czasów nowożytnych, substancje te często ze swoich nietypowych właściwości korzystały. Jak choćby we Wrocławiu, gdzie 21 czerwca 1749 r. zniszczenia miasta spowodowała wybuchająca Brama Prochowa (Mikołajska), co widać na załączonym obrazku ;)
Całe zdarzenie zaczęło się o 3:00 w nocy w kamienicy znajdującej się obecnie przy ul. Pawła Włodkowica 6.  W tym miejscu znajdował się Arsenał Prochowy, w którym składowano dwa tysiące beczek prochu. Budynek trafiony został przez piorun, a wraz z eksplozją doszło nie tylko do wybuchu  Arsenału, ale i poważnego uszkodzenia bramy, ostatecznie rozebranej w czasach napoleońskich. I tym razem nie obyło się bez ofiar (między 60 a 100 osób), w tym mieszkających w okolicy Żydów. Siła eksplozji była tak poważna, że naruszyła oddalony o pół kilometra kościół Bożego Ciała, zaś z kościoła św. Elżbiety wypadły okna. Z kościołów franciszkanów i św. Doroty fala uderzeniowa zerwała zaś dach. Najbardziej ucierpiał jednak kościół Opatrzności Bożej (dawniej dworski), którego budowę rozpoczęto trzy lata wcześniej i w 1749 r. był już całkiem zaawansowany. Budowla prawie całkowicie rozleciała się i trzeba było ją w znacznej mierze zaczynać od nowa, niemniej już rok później oddano świątynię do użytku. Zniszczenie kilkudziesięciu domów  widać wyraźnie na przedstawionej obok rycinie Jana Davida Schleuena opartej na rysunku Karola Albrechta von Goulona. A o ówczesnych potrzebach miasta wywołanych wojnami śląskimi niech tylko świadczy fakt, że fantastyczny barokowy gmach z Aulą Leopoldina postanowiono przeznaczyć wówczas na nowy magazyn...
Nie tylko Wrocław miał takiego pecha. Siedemnaście lat później (12 września 1766 r. o godzinie 11:00) podobna rzecz przytrafiła się w Norymberdze, gdzie także młyn, w dał o sobie znać. Co ciekawe, nie było to jedyne tego typu zdarzenie - okazuje się, że już dwa lata wcześniej (22 marca 1764 r.) obiekt ten uległ zapłonowi, co także znalazło swoje ujście w miedziorytach (wystawiono je m.in. w Earl's Court w Londynie w 1903 r., notabene w towarzystwie podobnych prac jak litografia przedstawiająca pożar w Pałacu Królewskim w Monachium w 1870 r. czy Operze w Palais Royal w 1763 r.). Jakim sposobem tak niestabilny obiekt nadal był użytkowany dwa lata później? Tego niestety nie jestem w stanie sobie wyobrazić, ale można stwierdzić, że mieszkańcy sami prosili się o nieszczęście... Przy okazji dostrzec można, że nieznany artysta zmieścił się w konwencji i nie omieszkał dodać ekspresyjnych, wylatujących w powietrze desek drewnianego obiektu, niszczących przy okazji okoliczne zabudowania.
Wybuchy zdarzały się jednak nie tylko na ilustracjach ukazujących wydarzenia współczesne, ale także umieszczano je w scenach biblijnych. Najlepszym chyba przykładem jest znajdująca się w Fitzwilliam Museum w Cambridge praca Francois de Nome, działającego podobnie jak dwóch innych artystów w tym czasie pod pseudonimem Monsu Desiderio. Wraz z tymi malarzami (personalia tylko jednego udało się ustalić - był to Didier Barra) stworzyli swoistą "spółkę", która lubowała się w fantastycznych widokach zniszczeń architektury. Siła ekspresji prac powoduje wręcz, że co bardziej chętni historycy sztuki widzą w ich dziełach zaczątki surrealizmu, ale chyba jest to zbyt daleko idące stanowisko. Niemniej nie sposób pominąć ukazanej powyżej sceny, w której król Asa, wprowadzając monoteizm w państwie Judy, niszczy idole politeistycznych religii. Kompozycja sceny nijak się ma do tego, jak temat ten podejmowano choćby w sztuce protestanckiej, gdzie co bardziej ekspresyjne prace przedstawiały płonące "bałwany" czy łupanie kolejnych pomników na ziemi przez zaangażowanych wyznawców judaizmu. W pracy de Nome'a destrukcja idzie na całego - świątynia przypominająca jak żywo wczesnobarokowe wnętrza z elementami późnogotyckiego wystroju zapada się pod wpływem pękających kolumn. Ogień trawi nie tylko boczne ołtarze, ale wręcz niszczy spoiwo między kolejnymi blokami kolumn, powodując że sprawiają wrażenie zawieszonych w powietrzu. Mi osobiście nasuwa się myśl, że tak pełne powiązanie przestrzeni świątyni z tradycją chrześcijańską powoduje, że praca ta mogła być zlecona przez kogoś, kto pragnął przemycić w niej treści antykatolickie, niemniej sam fakt działalności w Neapolu owej "spółki" artystów i brak informacji na temat dziejów tego obrazu, stawia tę tezę jedynie w sferze domysłów...
Mam nadzieję, że luźniejszy tym razem temat pozwolił co niektórym Czytelnikom podnieść w górę kąciki ust. A jeśli i to się nie udało to czas na dowcip o eksplozji (może trochę betonowy, ale chyba śmieszy):
Po wybuchu jądrowym na uschniętym kikucie ocalałego drzewa siedzi para szympansów.
- Masz coś do jedzenia? - pyta samiec.
Samica podaje mu jabłko.
- O nie, nie będziemy tej idiotycznej historii powtarzać od początku!

PS. Miłego "wkręcania" znajomych w Prima Aprilis!