sobota, 2 czerwca 2012

Instytucje kultury krajów EURO - Museu Calouste Gubelkian w Lizbonie

"Miłość - kolejny problem, którego Marks nie rozwiązał". Tak stwierdził swojego czasu Jean Anouilh, ale na szczęście z problemem tym poradził sobie Thomas Lawrence, tworząc jedno z najpiękniejszych przedstawień kobiet, jakimi obdarzyła nas Europa (i to zarówno kobiet, jak i ich przedstawień). "Portret Lady Elizabeth Conyngham" z lat 1821-1824 przykuwa uwagę zwiedzających Museu Calouste Gubelkian w Lizbonie - moim zdaniem drugą najważniejszą po Museu Nacional de Arte Antiga instytucję kulturalną w stolicy Portugalii. O ile zatem turyści do znajdującego się w dawnym pałacu książąt Alvor przychodzą obejrzeć na żywo obrazy sztuki portugalskiej przełomu średniowiecza i renesansu (prace Nuno Goncalvesa potrafią niektórym zapierać dech w piersiach, choć moim zdaniem obrazy powstałe w tym czasie w Hiszpanii prezentują wyższy poziom), by przejść do tryptyku "Kuszenia św. Antoniego" Hieronymusa Boscha oraz innych pracach XV-wiecznego malarstwa niderlandzkiego i skończyć na Giambattiście Tiepolu, o tyle ci sami turyści w Museu Calouste Gubelkian natknąć się mogą na dość odmienną sztukę wynikającą z nietypowego gustu artystycznego zbierającego. Urodzony w Konstantynopolu ormiański magnat naftowy dzięki zachodniemu wykształceniu (studia inżynierii ropy naftowej w londyńskim King's College) tuż przed I wojną światową doprowadził do stworzenia największego w Europie konsorcjum kompanii naftowych, które jednak nie bardzo liczyło się z interesami Imperium Osmańskiego, przez które przebiegały instalacje. Calouste miał jednak jeszcze drugie hobby - sztukę. To zamiłowanie do niej spowodowało, że obecnie w Portugalii znajduje się nietypowy zbiór prac, poczynając od antycznych monet poprzez sztukę Bliskiego Wschodu i Islamu, wielkich mistrzów sztuki holenderskiej na impresjonistach kończąc. Sam zaś kompleks muzealny poszerzono o Centrum Sztuki Nowoczesnej, gdzie oglądać można prace portugalskich artystów minionego wieku.
Nieprzeciętnie urodziwa kobieta, od której zacząłem dzisiejszy wpis, to tylko jedno z wielu równie fascynujących malowideł, na jakie natknąć się można w lizbońskim muzeum. Sentymentalny charakter pracy, osadzenie metresy króla Jerzego IV na nawiązującym do starożytności tle, bynajmniej nie wygląda w tej pracy Thomasa Lawrence'a na 52-latkę. Ponieważ jednak pędzel czyni cuda, pochodząca z niezbyt bogatej rodziny szlacheckiej Elizabeth jawi się odbiorcy niczym apollińska muza, chociaż tam akurat żadna nie potrafiła grać na harfie. Gest kobiety szarpiącej delikatnie strunę instrumentu jest jednak tylko symboliczny - to po prostu wizualne zaznaczenie, że gotowa jest spełniać męskie pragnienia piękna. O tym jednak, że łączyło ją z królem coś więcej niż tylko przyjemności cielesne, świadczy fakt, że była jego towarzyszką w trudnym okresie rozwodu z Karoliną z rodu Brunszwik-Wolfenbuttel. Jerzy miał wielokrotnie całować jej dłonie, nie zważając na obecność osób trzecich i nie móc od niej oderwać spojrzenia (nawet w trakcie własnej koronacji w 1821 r.). Trudno się zatem dziwić, że tak interesujące dzieło wpadło w oko bogatemu biznesmenowi i znalazło się w jego kolekcji trzymanej w paryskiej rezydencji. Sytuacja z przechowywaniem zbiorów skomplikowała się jednak na skutek wybuchu II wojny światowej - część rozpierzchła się poza Francją, a sam Calouste przeniósł się do południowej Francji, gdzie pełnił funkcję ministra. Szybko jednak przystąpił do przewożenia kolekcji do Lizbony (do której sam przeniósł się w 1942 r.), czemu w dużym stopniu pomogło przesunięcie części zgromadzonego kapitału do Panamy. Po śmierci kolekcjonera w 1955 r. majątek przejęła fundacja jego imienia, która postarała się, aby prace wchodzące w skład kolekcji wróciły do Portugalii. Dzięki temu zgromadzono z powrotem prawie 6 tysięcy obiektów, a dodatkowo fundacja zajmuje się finansowaniem bibliotek i wydarzeń artystycznych. Pozostaje tylko żałować, że równie prężnie działające fundacje omijają tereny Polski...
"Diana" Jeana-Antoine'a Houdona z ok. 1776  r. to jeden z najlepszych przykładów prac, których nabycie wiązało się z wykorzystaniem niespodziewanej oferty, jaka pojawiła się na rynku. Powszechnie znanym faktem są liczne aukcje "sztuki zdegenerowanej", dzięki którym swój budżet polepszali naziści przed wybuchem II wojny światowej. Podobnie czynili także bolszewicy, którzy na przełomie 1929 i 1930 r. wystawili na sprzedaż całkiem sporą grupę interesujących obiektów z czasów klasycyzmu i XIX wieku. Wiele z nich pozyskał Calouste, w tym umieszczoną obok "Dianę", która po raz kolejny zmieniła swojego właściciela. Houdon wykonał ją jako rzeźbę ogrodową dla księcia z dynastii saskiej Gotha, który z kolei przekazał ją następnie Katarzynie II. Delikatne ciało bogini łowów jeszcze bardziej uwypukla brązowa wersja tej pracy (znajdująca się w Luwrze), gdzie z uwagi na inny materiał artystyczny, rzeźbiarz mógł zrezygnować z partii roślinnej i pokazać z jaką gracją postać się porusza. Nie jest to jedyne dzieło, jakie nabył ormiański magnat, a na niektórych nawet się wzbogacił, odsprzedając je dalej. Dzięki temu stał się pierwszym cudzoziemcem, który nabył prace "eksportowane" ze sporządzonej w 1928 r. listy, na której miały znaleźć się prace warte co najmniej dwa miliony rubli. W ten sposób sale Ermitażu opuścił "Grający na lutni" Antoine'a Watteau (sprzedany w 1934 r. nowojorskiemu Muzeum Metropolitalnemu) czy "Portret Tytusa" Rembrandta. Z czasem najbardziej prestiżowe prace zaczął kupować ówczesny amerykański minister skarbu, a także znany finansista, Andrew Mellon. Tylko dzięki niemu budżet rosyjski wzbogacił się na dziełach sztuki o 8 milionów dolarów, co przy cenie, jaką wtedy płacono za wybitne dzieła (30 tysięcy dolarów za "Portret starego mężczyzny" Rembrandta czy 500 tysięcy dolarów za "Zwiastowanie" van Eycka) świadczy o skali wyprzedaży, zastopowanej ostatecznie przez Stalina dopiero w 1934 r. Dotychczasowy opis sugeruje zatem, że zwiedzający Museu Calouste Gulbekian spodziewać się może sztuki dawnej i dla europejskiego odbiorcy niekiedy egzotycznej. Nic bardziej mylnego - fundacja już po śmierci bogatego kolekcjonera przystąpiła do zbierania sztuki nowoczesnej, budując niczym rodzina Gettych dla swojej kolekcji równie nowatorski obiekt.
Cały kompleks muzealny przypomina park, w którym wyróżniają się dwa budynki - jeden poświęcony zbiorom dawnym i drugi, wznoszony do 1969 r., dla sztuki nowoczesnej. Specjalnie dla tej drugiej zorganizowano konkurs, w wyniku którego wyłoniono projekt opracowany przez trzech architektów: Ruigo Athouguię, Jose Pessoę i Pedro Cida. Ambitny proces budowy muzeum rozpoczęto już w rok po śmierci Calouste'a, ale dopiero w 1969 r. udało się go sfinalizować. O tym, że traktowano zbiory jako całość świadczy fakt, że starano się nadać muzeum, łączącemu w sobie także siedzibę fundacji i bibliotekę (najstarsze manuskrypty w kolekcji pochodzą z XIV w.), a cała inwestycja wymagała udziału Georgesa-Henriego Riviere'a, ówczesnego szefa ICOM (Międzynarodowej Rady Muzeów) jako stałego konsultanta. Najbardziej skomplikowanym zagadnieniem była kwestia światła - jak wyeksponować kolekcję, w której znajdują się zbiory o tak różnej tematyce, jak książki, monety, tapiserie, rzemiosło artystyczne z różnych materiałów, rzeźby, meble i obrazy. Ostatecznie przyjęto rozwiązanie, że światło padać będzie jedynie przez boczne okna, przy czym obiekty (na stałej ekspozycji jest ich około tysiąca) będą tak umieszczone, by więcej światła podało do tych pomieszczeń, gdzie dziełom sztuki zbytnio ono nie zagraża. W ten sposób chociażby eksponowana jest przedstawiona wyżej "Diana" Houdona, która niejako skąpana zostaje w dziennym świetle. 
Na przeciąganie się budowy muzeum miało wpływ także inne wydarzenie związane z tym, kto powinien kontrolować fundację. Calouste przekazał ją trzem osobom - swojemu wieloletniemu przyjacielowi Cyrilowi Radcliffe'owi, zaufanemu prawnikowi Jose Azeredo Perdigao i mężowi swojej córki, irańskiemu dyplomacie. Jego zamierzeniem było stworzyć międzynarodową fundację z wieloma sekcjami zagranicznymi (dziś istnieją tylko dwie: w Wielkiej Brytanii i Francji), lecz w sprawę wmieszał się portugalski rząd Salazara, traktujący zbiory Gulbekiana jako "dar dla narodu" i od tego uzależniający swoją politykę wobec bogatej fundacji (w zależności od szacunków dysponowała ona między 300 a 800 milionami dolarów). Fundację ostatecznie zwolniono od podatku, ale w zamian jej rada nadzorcza musiała w swej większości składać się z osób portugalskiego obywatelstwa. Spotkało się to z wyraźnym sprzeciwem Radcliffe'a, który w 1956 r. zrezygnował z funkcji i na jego miejsce powołano dwóch kolejnych Portugalczyków. Tym oto sposobem szlachetna idea ormiańskiego magnata co prawda nadal jest realizowana zgodnie z jego wolą wyrażoną w testamentach z 1950 i 1953 r. (dopiero na dwa lata przed śmiercią wybrał on Lizbonę jako miejsce, gdzie chciałby aby znajdowały się zbiory na stałe), niemniej zahamowano międzynarodowy rozwój tego interesującego pomysłu. Nie dziwi zatem, że dla postronnego odbiorcy fundacja - będąca de facto podmiotem niezależnym - w dziedzinie kultury w pewnym stopniu wyręcza działania rządu. Słowa Salazara z 1955 r., gdy konflikt osiągnął swoje apogeum, złowieszczo dźwięczą w uszach: "mamy w swoich rękach i możemy stracić poprzez własną słabość i niekompetencję wielkie sumy pieniędzy, które mają istotne znaczenie dla bilansu handlowego państwa i dla rozwiązywania pewnych naszych problemów". No, ale któż nie chciałby położyć swych dłoni na tak znacznym majątku?