piątek, 2 listopada 2012

Azjatycka architektura przyszłości

O tym, że (moim zdaniem) następny kolejny zwrot w światowej sztuce wywołany zostanie przez dorobek azjatyckich artystów pisałem już na łamach bloga kilka razy. Co prawda, nie bardzo jestem pewien, czy zwrot ten będzie podbudowany jakimś istotnym namysłem nad sensem sztuki i - co bardziej prawdopodobne - jakość tej sztuki będzie się wyczerpywać w swej wizualności, niemniej na wszystko to, co powstaje obecnie w Azji spoglądam z coraz większym niedowierzaniem. Gdy my kłócimy się o to, czy stadion na 58 tysięcy osób można zakryć przed deszczem albo zmieniamy ustawę tylko po to, by kluczowa autostrada mogła zostać uznana za ukończoną, mimo że daleko jej do takiego stanu, w Chinach, Malezji i nawet na Filipinach powstają obiekty, na widok których po prostu opada szczęka. Nie inaczej było ze mną, gdy wczoraj w moje chciwe łapki wpadł najnowszy (tj. trzynasty) numer "Architecture @" - pisma poświęconego najciekawszym realizacjom w Azji. I cóż, moskiewski wieżowiec otwarty wczoraj z taką pompą jako największy budynek w Europie wygląda przy nich jak młodszy brat, który wyszedł co prawda z pieluszek, ale nadal musi oglądać się na starszego, by nie palnąć jakiegoś głupstwa.
Kto oglądał "Terra Novę" w minionym sezonie zimowym, a w tym wybrał się na nową wersję "Pamięci absolutnej", ten mógł zapoznać się z dwiema całkowicie odmiennymi wizjami miast przyszłości, jakie powstąły w umysłach grafików komputerowych. Ale jako że w komunistycznych Chinach, niczym w PRL-u, "jutro zaczyna się dziś", to jak widać na załączonej ilustracji właśnie łamane są kolejne granice odwiecznej walki architekta z grawitacją. I to na korzyść architekta, jak w owym projekcie wznoszonym w Shenzhen, liczącym jako miasto "marne" (jak na Chiny) 1,4 miliona mieszkańców, ale stanowiącym centrum aglomeracji, w której oficjalnie mieszka 11 milionów ludzi. A liczba ta stale rośnie, bo jeszcze w 2009 r. było ich tam 8,9 miliona, zaś rok później - 10,3 miliona. Nietrudno się temu dziwić: miasto jeszcze pod koniec lat 70. było niewielką osadą rybacką i jako pierwsze doświadczyło pozytywów zmiany u steru władzy i zawarcia swoistego sojuszu Partii ze społeczeństwem, który skrócić można do hasła "my się trzymamy u władzy - wy się bogacicie". W 1980 r. otwarto tam pierwszą strefę ekonomiczną (głównie po to, by konkurować z dominującym w regionie angielskim wówczas Hongkongiem) i momentalnie rozpoczęto ruch budowlany. Siedziby założyły tam wielkie przedsiębiorstwa i filie zagraniczych firm, dla których obecnie wznoszony jest pokazany powyżej kompleks osiemnastu wieżowców. 
Nieprzesadnie wysokich, bo liczących "tylko" od 100 do 300 metrów, ale połączonych ze sobą tak, że tworzą nową wizję myślenia o architekturze. Ściśle zintegrowane z przyrodą i skomplikowanym systemem komunikacyjnym miasta mają nie być takim obciążeniem dla środowiska, jak mogłoby się to wydawać. Nim zatem arabscy szejkowie skończą swoje ekologiczne miasta na Pustyni Arabskiej, Chińczycy od końca 2014 r. cieszyć się będą mogli kompleksem usługowym, który przez 24 godziny na dobę będzie potrafić neutralizować zanieczyszczenie środowiska. Ale to nie wszystko! Specjalny system przy udziale wodorostów ma tworzyć tlen dla przebywających w wieżowcach, a rośliny rosnąć na organicznym kompoście, przy czym obieg wentylacji został tak skonstruowany, że szczęśliwie zapach tego kompostu nie będzie się roznosić po całym budynku. Można pomyśleć, że tak skonstruowany system budynków będzie mieć negatywny wpływ na relacje społeczne w mieście. Łatwo wyobrazić sobie żyjących w tych budynkach ludzi, którzy obcując z technologią jutra stopniowo odseparowywać się będą od "maluczkich", mieszkających w normalnych budynkach, zmuszonych do coraz częstszych cierpień z powodu zanieczyszczenia środowiska. I na to także architekci znaleźli rozwiązanie: podziemne pomieszczenia, które wykorzystując wspomniany system cyrkulacji powietrza będą to powietrze, schłodzone do normalnej temperatury, wtłaczać nie tylko wewnątrz wieżowca, ale i na zewnątrz. W ten sposób stworzony zostanie wokół obiektów specjalny mikroklimat niwelujący częste obecnie wrażenie szoku termicznego czy ogólnie pogodowego, jaki towarzyszy opuszczaniu takich obiektów usługowych.
Tyle chwalę Chińczyków, ale nie da się ukryć, że we wzniesieniu tego kompleksu nazywanego Galaxy Yabao Hi-Tech Enterprises Headquarter Park czynny udział wzięli także polscy architekci. W projekcie realizowanym przez mającą siedzibę w Hongkongu firmie 10 Design Group Ltd. zaangażowana została m.in. Ewa Koter jako architekt krajobrazu (architektka działająca wespół z Łukaszem Wawrzeńczykiem jako projektant organicznych i nowoczesnych wnętrz mieszkalnych), a także Maciej Setniewski. Wystarczy jednak przywołać nazwiska innych architektów, jak Ted Givens, Tatsu Hayashi, Peby Pratarna, Ru Chen czy zajmujący się wraz z Ewą krajobrazem - Ting Fung Chan, by mieć świadomość, że projekt ten spala międzynarodową wizję architektury, różne "szkoły" i pomysły, które skutkują pewną homogenizacją rozwiązań architektonicznych. Homogenizacją wcale nie taką niekorzystną, jak zwykle stwierdza się analizując sztukę i kulturę współczesną, ale twórczą na tyle, że pozwala stworzyć coś, co przerasta wizje futurystyczne, z jakimi obcować możemy w kinie. Faza pierwsza projektu zakończy się z końcem 2014 r., całość w 2018 r. Wtedy Chińczycy będą mogli powiedzieć, że zadziwili świat, łącząc w niezwykle nowatorski sposób szkło, metal, beton, kamień i oczywiście rośliny, a my w Europie po raz kolejny nabawimy się kompleksów.
Zakompleksieni udamy się zatem do Korei Południowej czy Japonii i nie poczujemy się lepiej. W krajach - jeszcze parę dekad temu uznawanych za Trzeci Świat - także architekci nie zasypiają gruszek w popiele. Przedstawiony obok projekt O2 City w Malezji zaskakuje swoim rozmachem. Widok z góry może nie powala, ale i tak przekracza znaczną większość nowoczesnych rozwiązań tworzonych obecnie w Europie. Szczególnie z uwagi na fakt, że o ile Galaxy Yabao jest projektem stricte komercyjnym, to O2 City w miejscowości Puchong (liczącej prawie 350 tysięcy mieszkańców) ma łączyć w sobie zarówno mieszkania, jak i obiekty usługowe. Miasto nie wydaje się zatem szczególnie wielkie (ot, taki nieco mniejszy Szczecin), ale pełni dość istotną rolę jako "noclegownia" dla pracowników w Kuala Lumpur, którzy zdążają do stolicy położoną na południe od dzielnicy autostradą łączącą Puchong z Damansarą, gdzie znajduje się gigantyczne rozwidlenie prowadzące ku centrum i obrzeżom metropolii. Stąd też realizacja tak wysublimowanej inwestycji, w której mnie najbardziej poruszyły... wiszące ogrody. Drugi cud świata, niegdyś świadczący o pokonaniu przez człowieka przyrody w centrum upalnej Mezopotamii, tutaj ma swoje kolejne wcielenie. Wszystko ekologiczne z obiegiem natlenianej, samooczyszczającej się wody, ogrody i parki z rzeźbami i fontannami... - całkiem nieźle jak na dzielnicę mieszkalną. Ale Chan Chin Yeow (główny architekt prowadzonej przez siebie firmy CY Chan Architect) poszedł krok dalej i... główny park zaprojektował w kształcie wzoru cząsteczki chlorofilu. Niestety nie udało mi się znaleźć informacji, czy chlorofilu A czy B, ale i tak pomysł co najmniej wart uwagi: budujący ekologiczną tożsamość, świadomość stałej odpowiedzialności za nie tylko lokalne środowisko.
Budowa tego kompleksu już się zaczęła i prawdopodobnie potrwa do 2015 r. (w przeciwieństwie do polskich przedsiębiorstw, przy takich ogromnych inwestycjach w Azji można liczyć na terminowość, chociaż im też zdarzają się niekiedy poważne poślizgji). Dzielnica zaprojektowana tak, by nie degradować i tak mocno obciążonego środowiska w prowincji Selangor, jak widać będzie wyglądać znakomicie nocą. Najwyższy wieżowiec, liczący sobie 28 pięter, celowo umieszczono tak, by był widoczny z autostrady, a mieszkańcy wiedzieli tym samym, gdzie skręcić. Cóż rzec, jeśli tak ma wyglądać raj (albo chociaż Babilon) XXI wieku, to nie miałbym nic przeciwko, by tam zamieszkać, ale znając życie pewnie poraziłaby mnie cena czynszu ;) Niemniej te 54 tysiące metrów kwadratowych, na których znaleziono przestrzeń mieszkalną o wielkości 156 tysięcy metrów, daje nadzieję, że podobne inwestycje pojawią się w innych miejscach, gdzie niezbędne jest harmonijne powiązanie środowiska z potrzebami ludności. Już dziś widzimy podobne pomysły w aglomeracji Hamburg-Harburg czy pomniejszych miastach niemieckich, ale na tak spektakularne wizje miast przyszłości chyba trzeba będzie w Europie jeszcze parę dziesięcioleci poczekać. Aby nie było jednak na to za późno...
A teraz coś dla fanów Tetrisa. Projekt Angkasa Raya, jaki w drugiej połowie przyszłego roku zacznie być realizowany w Kuala Lumpur, pokazuje, że dla nowoczesnej architektury nie ma rzeczy niemożliwych. Łączenie całkowicie odmiennych materiałów, które jeszcze w czasach stylu modernistycznego uważane było przez wielu architektów jako grzech pierwszy i śmiertelny zarazem, obecnie już nie razi. Co więcej, nie tylko nie razi, ale daje wprost nieprawdopodobne efekty wizualne. Pomysł Ole Scheerena dla niego samego nie jest może tak nowatorski jak dla nas. W 2002 r. wygrał konkurs na budynek CCTV (chińskiej telewizji), który ukończono w tym roku i który wygląda jak zgeometryzowana wersja wstęgi Mobiusa. Centrum Sztuk Performatywnych w Taipei, które ukończone zostanie w 2014 r., już z samego planu sprawia wrażenie celowej gry z tradycją. Część przypomina wille Palladia (a właściwie ich zanglicyzowaną formę) z nietypową dostawioną salą koncertową z eliptyczną apsydą - odwróconą jednakże do widowni dłuższym bokiem w przeciwieństwie do rozwiązań powszechnych w budowlach kościelnych. Skomunikowanie zaś wspomnianej sali, do której prowadzą wielkie, dominujące w głównej elewacji, schody przywodzi na myśl antyczne bazyliki. Scheeren projektując Angkasa Raya stworzył coś podobnego - obiekt, który jak stwierdził może być podobnym symbolem międzykulturowości Malezji i chlubą dla miasta podobnie jak Petronas Towers, które wzniesiono kilka przecznic dalej.
Już sam fakt, jak mieszkańcy tego jednego z (wciąż niedocenianych) "Tygrysów Azji" przekształcili swoją stolicę, świadczy o tym, że tyle wieków uprawiany europejski kolonializm ani im, ani nam nie wyszedł na dobre. Do miasta dojechać można nie tylko wspomnianą autostradą, ale także tzw. LRT (z angielskiego Light Rapid Transit System), kolejką miejską (KL Monorail) oraz budowanym kolejnym systemem transportowym (Mass Rapid Transit). Co ciekawe, Scheeren częściowo zanegował standardowy podział na część przemysłową i parkingi. Zwykle jest tak, że parking umieszczony jest tuż obok albo w podziemiach, ludzie opuszczają swoje pojazdy, następnie tłoczą się do jadących z dużą prędkością wind i wysiadają tam, gdzie pracują. Architekt poszedł w innym kierunku: czyż nie da się dojechać samochodem do parkingu położonego w tej sekcji, w której mieści się siedziba danego przedsiębiorstwa? W nowoczesnej architekturze nie ma takich granic.  Budynek podzielony jest na niezbyt ze sobą powiązane sekcje (tylko na tyle, na ile jest to potrzebne dla funkcjonowania obiektu lub w razie konieczności ewakuacji), a sekcja składa się z miejsc parkingowych, miejsc rozrywki, miejsc pracy, sal konferencyjnych, a niekiedy nawet z basenu i miejsca bankietowego. Całość oczywiście otoczona zielonymi, roślinnymi tarasami. Tę nietypową organizację wnętrza podkreśla zewnętrzne, które sprawia wrażenie celowo addytywnego. Bloki wydają się przypominać klocki Tetrisa, które upadły jakby przypadkowo w ten sposób i jakby obiekt nadal miał możliwość piąć się w górę. Wydaje się jednak, że 65 pięter, które stanie w centrum Kuala Lumpur do 2016 r. wystarczająco pokazuje skalę ruchu budowlanego, jaki od kilku dziesięcioleci nieustannie trwa w Azji. A widok z basenu na Petronas Towers - jak pokazuje symulacja komputerowa - będzie zapierać dech w piersiach, czego oczywiście pracownikom obiektu nie życzę.
Coraz bardziej skłaniam się do stanowiska, że takiej architektury potrzebujemy w XXI wieku. Fakt, że tak rzadko obcujemy z przyrodą, że nasz świat zdominowały urządzenia elektroniczne, które nas o nim informują zamiast samemu doświadczać realnego, namacalnego kontaktu i związanej z tym refleksji, powoduje, że być może w architekturze jest szansa na przywrócenie tego kontaktu choć w znikomym stopniu. Chociaż z drugiej strony spodziewać się można innego zagrożenia. Od dawna istniejący konlikt między "miastowymi" a mieszkańcami wsi i małych miasteczek przerodzić się może w konflikt między mieszkańcami gigantycznych metropolii a resztą społeczeństwa. Już teraz w takich megacentrach skumulowane są wszystkie ośrodki opinii i władzy, metropolie narzucają swoją wizję świata, a także własności/prywatności/anonimowości, wreszcie to wielkie miasta twierdzą, że generują to, co w XXI w. najważniejsze - wiedzę. Można się więc obawiać, że tworzenie takich enklaw (choć w szczytnym celu) z czasem przyniesie więcej złego niż dobrego - stworzy świadomość "nowego człowieka", co prawda ekologicznego, ale postrzegającego ekologię nie jako dbanie o przyrodę w jej naturalnym stanie, lecz mechanicznie wykonującego czynności, które postrzegane będą jako ekologiczne. To jednak problem nie architektów, lecz całego społeczeństwa, chociaż nie da się ukryć, że dzięki takim inwestycjom projektanci przyjaznych dla środowiska kompleksów spełniają o wiele pełniej niż awangardziści rolę "budowniczych świata".