środa, 7 września 2011

Korea Północna: propaganda wielkiego łona

"Przywódca przebył długą drogę do stanowiska wartownika
I przyciągnął nas z troską do swego łona
Tak szczęśliwi z powodu gorącej miłości, którą nas obdarzył
Schowaliśmy twarze w jego łonie..."

Tymi słowami zaczyna się jedna z północnokoreańskich pieśni nosząca znamienity tytuł "Przywódca przybył do stanowiska wartownika". Wydawać by się mogło, że bardziej zwariowanego pomysłu na utwór propagandowy nie da się znaleźć. Oto wielki przywódca dumnego narodu, który sam siebie postrzega jako kwintesencję humanitaryzmu w złowieszczym świecie, założyciel systemu, który w swym zamierzeniu ma być systemem "opiekuńczym", czyli Kim Ir Sen, staje się symbolem wielkiego łona, do którego tuli się dziatwa niezależnie od wieku i płci, nie mówiąc już o niezwykle sugestywnym chowaniu twarzy w tej partii ciała. Wyjaśnienie zatem problemu propagandy północnokoreańskiej nie jest zjawiskiem łatwym, chociaż ostatnimi czasy pokusiło się o to dwóch angielskojęzycznych naukowców, przy czym praca jednego z nich (Bryana R. Meyrsa pod tytułem "Propaganda Korei Północnej") została ostatnio przetłumaczona na język polski. I to ten tekst stał się dla mnie podstawą do przemyślenia paru wątków i umieszczenia swoich koncepcji na blogu.
Spójrzmy zatem na jeden z plakatów ściśle odnoszących się do rywalizacji między Północną Koreą a Stanami Zjednoczonymi w kontroli nad światem. Propaganda tego "komunistycznego" kraju - zarówno na zewnątrz  (vide: kanał Korei Północnej na Youtube - link czy  konto  na Facebooku zablokowane parę miesięcy temu dzięki spontanicznemu (zapewne ?)  atakowi hakerów z Korei Południowej i kilku innych państw), jak i wewnątrz - ukazuje Koreę jako kraj, który dzięki swojej potędze militarnej jest w stanie poważnie zagrozić USA i zająć pozycję Stanów na arenie międzynarodowej. Widać to wyraźnie na załączony plakat, w którym silny mężczyzna jednym zamachnięciem dłoni strąca w niebyt mniejszych od siebie Amerykanów. Oczywiście koniecznie przedstawionych z wielkimi nosami, co notabene pojawia się w satyrze i karykaturze zarówno po północnej, jak i południowej stronie demarkacyjnej linii 38. równoleżnika.
Ciekawe jest jednak znaczenie tego plakatu w kontekście innych prac propagandowych. Już w okresie bolszewickim zaczęto na poważną skalę wykorzystywać plakaty, w których dzielny bolszewik w analogiczny sposób rozprawia się z kułakami, wrogami wspieranymi przez zdradziecką Ententę (jak Polska), dzięki swej sile woli, a niekoniecznie posiadanemu przez siebie orężowi. Takie starcie ukazywać miało potęgę wiary w słuszność wyznawanych przez siebie ideałów, co przy okazji stało się podstawą dla większości hollywoodzkich filmów akcji (ileż to rund Rocky obrywa od mocniejszego od siebie przeciwnika, żeby wreszcie powalić rywala jednym nokautującym ciosem...). W propagandzie Północnej Korei chodzi jednak nie tylko o to. Jak słusznie zauważył Myers - chociaż nie w pełni przekonują mnie jego analizy materiału wizualnego i tekstowego - Korea pragnie widzieć siebie jako swojego rodzaju "naród oblężony". Z jednej strony historia wojowniczych państw na Półwyspie sięga kilku tysięcy lat, o czym przekonują nas seriale kręcone przez południowokoreańską telewizję, a z drugiej państwa tam istniejące nigdy nie zaznały pełnej niezależności, jak chociażby w Europie mocarstwa doby nowożytnej. Najpierw swoje wpływy rozciągali tam Chińczycy, potem Japończycy, którzy nie omieszkali ukazywać swojej wyższości wobec Koreańczyków, a finalnie Rosjanie i Amerykanie. W ten sposób stworzone zostało przekonanie, które z dużym dystansem odnieść można do tego jak Sarmaci postrzegali swoją rolę jako "przedmurze chrześcijaństwa". Przypisując sobie cechy wskazujące na krystaliczną moralność, nacjonaliści koreańscy jeszcze przed II wojną twierdzili, że wszelkie inne narody nie mogą równać się z mieszkańcami Półwyspu, jeśli chodzi o cechy charakteru.
 Sytuacja w trakcie wojny i tuż po niej także nie była łatwa. Pomimo wyzwolenia spod japońskiej okupacji, Korea wpadła w sidła dwóch innych, jeszcze silniejszych organizmów państwowych, które nie omieszkały dać upust swojej nienawiści. Prawdą jest, że za czasów japońskiej dominacji dochodziło do karygodnych czynów jak zabójstwa dzieci czy gwałty na kobietach (analogicznie przecież działo się w 1936 r. w Nanking), ale to dopiero propaganda po wojnie wyolbrzymiła skalę cierpień narodu. Z jednej strony było to na rękę Amerykanom, a z drugiej Sowietom, zaś oba państwa mienić się chciały "wyzwolicielami" Korei. Problem polegał w tym, że żadne z nich nie potrafiło przejąć całej Korei i dość łatwo po obu stronach przekształcono wizerunek Japończyków w zimnowojennego wroga. Widać to wyraźnie na załączonym, dość  przejmującym plakacie. Weryzm tej pracy jest niezwykły - artysta, do którego personaliów nie udało mi się dotrzeć (kolejny przykład uniformizacji społeczeństwa w państwie totalitarnym) - pokazuje nam dziecko wystawiające rękę, mi osobiście przypominające przedstawienia Buddy. Mamy tutaj i za dużą głowę, i symboliczną dłoń, i umieszczenie postaci w taki sposób, że dolna partia ciała (niczym w komiksach) uzyskuje o wiele mniejsze znaczenie. Konwencja jest natomiast niezmiernie bliska temu, jak próbowano w krajach socjalistycznych w latach 50. i 60. XX w. ukazywać, że komuniści i bliska przyjaźń z ZSRR chroni poszczególne państwa przed kolejną nacjonalistyczną, czy wręcz faszystowską nawałą. Dziecko płoży się po trupach mieszkańców swojej wioski, samotne, zdane tylko na siebie i na szczęście, że jego aktywność życiowa nie zostanie dostrzeżona przez amerykańskich oprawców.
Idźmy krok dalej. Społeczeństwa zachodnie o Korei Północnej nie wiedzą za wiele. Z oficjalnych informacji wynika, że szpiedzy nie bardzo są w stanie pozyskiwać jakichkolwiek wartościowych informacji, a totalna inwigilacja (wbrew temu co pokazują nam filmy pokroju Jamesa Bonda i "Salt") prowadzi do tego, że dla nieuważnego wywiadowcy podróż do Korei może być drogą tylko w jednym kierunku. Z drugiej strony państwo to zdaje się żyć w swoistym śnie, letargu - mniej lub bardziej odcięte od świata zewnętrznego. Dominacja partii nad mediami w tak znacznym stopniu bodaj nigdzie indziej nie została osiągnięta. Wszelkie dzienniki piszą o tym samym, seriale i filmy ukazują koreańskim zwyczajem starszych mężczyzn, którzy są w stanie swoją wiernością wobec ojczyzny zdobyć serce (a w domyśle ciało) młodych dziewcząt, zaś odbieranie chińskiego lub południowokoreańskiego sygnału radiowego i telewizyjnego odbywa się jedynie poprzez chałupniczo skonstruowane lub przemycone odbiorniki. Nie dziwi więc, że o Amerykanach tworzyć można różne fantastyczne teorie i stopniowo wtłaczać je społeczeństwu. Rybacy mówią, że sum nie znosi konkurencji. Z propagandą jest identycznie. Najbardziej skuteczna to ta, która ma monopol na przekazywanie wiedzy - gdy nie wiadomo, czy dana teza jest już skażona propagandą czy też wiarygodnie opisuje świat...
Państwa socjalistyczne żyły epatowaniem braku humanitaryzmu nazistów i starały się budować na tym swoją prawomocność (wystarczy spojrzeć na opinie "mediów" po publikacji listu biskupów polskich w 1965 r. ze słynnymi słowami "Wybaczamy i prosimy o wybaczenie"). Korea Północna zdaje się jednak działać inaczej. Dwa wyżej ukazane plakaty wskazują na to, że głównym celem USA jest oddanie się pasji nienawiści i przeprowadzenie ludobójstwa na mieszkańcach Półwyspu. Nie odbędzie się to jednak poprzez zwykłe rozstrzelanie, lecz tortury i nieprawdopodobne męczarnie. Tak, jakby tego jeszcze w Korei nie było... Z drugiej strony warto zwrócić uwagę na fakt, że przedstawieni autochtoni są jednak symbolami czystości rasowej, bliższej koncepcji Imperium Słońca czasów Hirohito niźli monolitem w stylu państw komunistycznych. Dokładna analiza plakatów, moim zdaniem, wiedzie nas raczej ku pomysłom na nacjonalizm istniejącym w latach 30. w Japonii (wczesny okres Showa) z jednym górującym nad społeczeństwem władcą, w którym ześrodkowują się wszelkie pozytywne cechy narodu. W ponoć demokratycznej Korei tą osobą ma być lider z rodu Kimów, ale też propaganda dopuszcza, by każdy mieszkaniec mógł poczuć choć trochę tej ofiarności i miłosierdzia. Wystarczy bowiem przytoczyć fragment z filmu, którego fabuła nijak się ma np. do tego, jak ludzie traktują się w zachodnich demokracjach. Jedna ze scen rozpoczyna się tym, że ranny w nogę żołnierz Armii Ludowej trafia na stół operacyjny. Załamany tym, że na całe życie będzie inwalidą, dzieli się swoimi rozterkami z chirurgami. Potem jednak budzi się po operacji jak nowo narodzony, ale szok budzi w nim fakt, że jednak ma sprawną przyszytą nogę. Kolejny kadr wyjaśnia całe zdarzenie, gdy w sali pojawiają się ci sami chirurdzy, którzy oddali mu fragmenty swoich zdrowych kończyn, by wyleczyć żołnierza. Pozostaje mi tylko domniemywać, że wychowani na takiej propagandzie mieszkańcy Północnej Korei, ryczą przed telewizorami widząc ten film jak bobry.
Dla mnie jako osoby, która zawodowo zajmuje się propagandą, to co się dzieje w Korei, to fenomenalny dowód na to, jak bardzo można przetworzyć ludzkie umysły, by nimi manipulować. Pomimo wszechogarniającego głodu, obozów pracy, znikających ludzi, utrudnień w przemieszczaniu się, szorstkiego papieru gazet, propaganda całkiem skutecznie przekonuje swoich "poddanych" o tym, że żyją w fantastycznym kraju, w którym może być tylko jeden przywódca. Jak długo coś takiego może istnieć, to ciężko domniemywać. Nawet Orwell widział konieczność zmian w państwie totalitarnym i dewaluacji haseł, gdy dla celów manipulacji umysłami ściemniano o wojnie z jednym mocarstwem i sojuszu z drugim. Ale to w Korei udało się stworzyć komunizm bez socjalizmu, lecz z nacjonalizmem, ścieżkę inną niż w potężnych Chinach (Dżucze) i wreszcie przedstawiać siebie jako państwo na tyle samowystarczalne, że potrafiące dyktować warunki najbogatszym, którzy gotowi są opłacać się Kimom za pomocą setek tysięcy ton produktów żywnościowych. Gdyby Goebbels, Stalin i Mussolini to widzieli, to pewnie przewracaliby się w grobie, czemu oni nie wpadli na tak skuteczny pomysł masowej perswazji.