poniedziałek, 16 stycznia 2012

Artystyczne wcielenia Myszki Miki

W Hiszpanii nosi nazwę Raton Miguelito, Chińczycy mówią na nią Mi Lao Shu, a we Włoszech przywołuje ją słowami Topolino. O kogo chodzi? Oczywiście o najbardziej rozpoznawalną ikonę Stanów Zjednoczonych, postać, z którą zaznajomione jest prawie każde dziecko i prawie każdy dorosły żyjący w państwie kultury panatlantyckiej (próbuję przeforsować tę nazwę na określenie zbiorcze kultury europejskiej i amerykańskiej, wliczając do niej państwa ściśle zależne kulturalnie od tego regionu). Myszka Miki, o której będzie dzisiaj mowa, stała się więc nie tylko gryzoniem, któremu przydarzają się różne nieszczęścia albo zabawne historyjki, ale przede wszystkim swoistym symbolem rozrywki, którego pomimo usilnych starań ludzi odpowiedzialnych obecnie za medialne imperium Disneya nie przebije nigdy w żadnym stopniu ani Hannah Montana, ani Selena Gomez (na szczęście). Czy jednak to wyjaśnia tak dziwne przedstawienia Myszki Miki, jak choćby to z 2003 roku autorstwa Aleksandra Kosołapowa, który brązowemu pomnikowi Lenina przystawił głowę zwierzaka z kreskówki Disneya?
Weźmy choćby na warsztat jednego z najlepszych żyjących artystów - Mike'a Mitchella. Nie czas i miejsce na łamach tego bloga przywoływać dossier malarza, którego kariera w ciągu ostatnich trzech lat nabrała znacznego rozpędu. Warto jednak przytoczyć informację, że w swoich pracach łączy często dorobek pop artu (i to w tym kreatywniejszym ujęciu, a więc lat 60. i 70. XX w.) z nowoczesnym surrealizmem. Dlatego choćby na przedstawionej obok pracy z Myszką Miki, wcale nie budzi ona zaufania tak bardzo, jak w filmach ze stajni Walta Disneya. Białe ząbki przywodzą raczej na myśl dzikie stworzenia z amerykańskich thrillerów, zaś pomarszczona cera świadczy o tym, że twarz może być raczej maską prawdziwej osobowości. Jaka jest zatem osobowość Myszki Miki - ponadczasowego symbolu, na ilustracji obok przedstawionego jeszcze w konwencji z kreskówek z pierwszej połowy XX wieku? Czyżby nie przystawała ona do rozbuchanego kapitalizmu XXI wieku, będąc pokazaną w sepii, bez koszuli, która przecież parę dekad temu stała się wreszcie istotnym elementem ubioru tej postaci?
Rozwiązanie tego problemu jest łatwe i oczywiste, bo uwagę widza przykuwają owe guziki - element obecny w stroju Myszki Miki prawie że od samych jej początków. Nie są to jednak żółte guziki podtrzymujące spodenki kulistego brzuszka zwierzątka, ale monety z logo dolara. I wszystko jasne - Myszka sprzedawała się amerykańskiej komercji, jej wyciągnięte dłonie do uściśnięcia (niczym podczas witania turystów przy wejściu do Disneylandu) tak naprawdę zmierzają do kieszeni odbiorcy. A otoczka przeszłości jest tylko próbą uwiarygodnienia, "uprawomocnienia", że Myszka Miki nadal stoi po stronie przyjemnej, radosnej rozrywki bez przemocy, w przeciwieństwie do innych komiksów czy bajek, jak choćby liczne opowieści o superbohaterach. Nie sposób tutaj przywołać jednego z odcinków "South Parku", na którym być może Mike Mitchell się wzorował. Odcinek poświęcony temu, jak bardzo uczniom tej szkoły z Kolorado podobał się zespół "Jonas Brothers" (pierwszy odcinek trzynastej serii), miał pokazać, że wcale zespołowi nie chodzi o promocję "czystości" i moralnych wartości wśród młodzieży. Żartujący ze wszystkiego co tylko możliwe twórcy (za wyjątkiem oczywiście Mahometa) pod sam koniec ukazali nawet zachłanną na pieniądze Myszkę Miki, która miała w tej na pozór purytańskiej otoczce sprzedawać dzieciom seks i wykorzystywać ich rodzącą się fascynację ciałem drugiej płci. O tym, czy rzeczywiście tak jest, nie mi przesądzać, lecz gdy patrzę na te domorosłe gwiazdki lansowane przez kanały Disneya (poczynając od lubianej przeze mnie Hillary Duff paręnaście lat temu) boję się, że Trey Parker i Matt Stone mogą być blisko prawidłowej odpowiedzi na to pytanie.
Ale nie tylko z Myszki Miki Mike Mitchell sobie żartuje. Jedną z najbardziej znanych jego prac jest zmanierowany Spongebob Squarepants leżący na plecach (grzbiecie?), w którym to dziele w dolnej partii umieszczono napis "Oto kto zginął w wycieku oleju z powodu BP". Widać więc, że ów urodzony i mieszkający w Los Angeles artysta jest prawdziwym produktem nowej kultury, na którą silny wpływ miał alternatywny obieg prac związany z internetem. Remiks całej kultury w pigułce, któremu oddają się coraz liczniejsze grupy artystów, zwłaszcza malarzy i grafików komputerowych, wcale nie jest takim powierzchownym zjawiskiem, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Faktem jest, że natłok tego rodzaju prac (od satyrycznych pokroju tych, jakie znaleźć można na 9gag-u aż po minimalistyczne plakaty kreowane przez twórców niezależnie od plakatów komercyjnych - tak robi się choćby w przypadku "alternatywnych" wersji niektórych przebojów kinowych) może na dłuższą metę być dość męczący, a wiele z tych dzieł nie powala też warsztatowo, będąc po prostu umiejętnym wykorzystaniem Photoshopa... A mimo wszystko Myszka Miki się broni, zyskując coraz to nowe znaczenia. Nie zawsze pozytywne.
Jak choćby w drugiej pracy Aleksandra Kosołapowa pt. "Bohater, przywódca, bóg", wykonanej kilka lat po wcześniejszym "Boże, chroń Mikiego-Lenina". Tam mieliśmy parafrazę zwycięskiego projektu Borysa Jofana na Pałac Sowietów w Moskwie, gdzie Myszka Miki na futurystycznych prostopadłościanach unosiła prawą dłoń niczym Lenin górujący nad miastem (wówczas, w 1933 r. miał to być najwyższy obiekt na świecie, wznosząc się aż na 415 metrów). Kolosalnej budowli nie udało się jednak zrealizować ze względu na inwazję hitlerowską w 1941 r. (i tu znów przytyk do kultury "niskiej" - fragmenty obiektu można było oglądać w grze "Stalin Subway"), co jednak nie przeszkodziło mieszkającemu w Nowym Jorku Kosołapowowi odnieść się do tego obiektu w kilku wersjach, poczynając od zwykłych pomników Lenina, aż po statuę przypominającą Napoleona dokonującego inspekcji wojsk (słynna dłoń chowana tuż za plecami z prawej strony). Na przedstawionej powyżej ilustracji rzeźbiarz idzie krok dalej. O Leninie i Jezusie można było powiedzieć, że każdy z nich był bohaterem, przywódcą i bogiem, jakkolwiek radziecki komunista nie tak pewnie wyobrażał sobie swój własny kult. Czy taką samą postacią jest Myszka Miki? Na pewno jest bohaterem, rozpoznawalnym symbolem, ale czy przewodzi światowej idei konsumpcjonizmu? Czy w ramach tej idei jest najwyższą istotą, marką, której pośrednio oddaje się boski kult? Artysta nie daje odpowiedzi na to pytanie, ale idzie krok dalej. Kult Lenina został obecnie prawie całkowicie obalony, kult Jezusa chwieje się w posadach, krytykowany w wielu państwach z racji konserwatywnego podejścia Kościoła do niektórych zagadnień. Myszka Miki trzymająca ich za ręce zdaje się czerpać z obydwu tych kultów i je ucieleśniać, uzyskując tym samym - niczym dziecko od swoich rodziców - opiekę i pewną formę (wizualnej przynajmniej) ochrony. Czerpie to, co dla niej najkorzystniejsze: totalność komunizmu oraz dobroć i prostolinijność, jaką można wiązać z założycielem chrześcijaństwa... Widz pozostaje zatem z pytaniem bez odpowiedzi: czyżby na naszych oczach rodził się nowy kult, nowa religia/ideologia?
O pomniku Mikiego-Lenina krytyczka sztuki Margarita Tupicyn napisała, że w pracy tej "Lenin i Miki stają się nierozerwalni jako produkty kultury masowej". Kiedy więc Hui Zhang w swej pracy "Myszka Miki w Świątyni Nieba" z 2009 r. surrealizm dziwnych póz (w typie Dalego) łączy z widokiem chińskiej pagody, dodając do tej zwariowanej mieszanki modelkę z twarzą Myszki Miki, wiedzieć możemy jedno. Miki jako symbol nie ma granic, a przez to nie ma też konkretnego znaczenia. Jest pustym symbolem, znakiem bez swojego "signifie". Jest przejawem pożądania pewnej odmiany, pewnych wartości, ale wartości te są niesprecyzowane. Jeśli malarz chciał pokazać pragnienie zmiany tożsamości, chęć sławy, to świetnie mu się to udało. Jeśli zaś poprzez całą konwencję pracy próbował zasygnalizować siłę oddziaływania zachodniej kultury, to stracił tym samym wiarygodność, wpisując się we wszechobecną ostatnimi laty w Chinach chęć porównywania osiągnięć Państwa Środka z resztą krajów rozwiniętych.
A może Miki (Minnie?) po prostu się uśmiecha...