wtorek, 31 lipca 2012

Instytucje kultury krajów EURO - Ny Carlsberg Glyptotek w Kopenhadze

W minionych Mistrzostwach Europy w "łaciatą" Dania pokazała charakterystyczny dla jej piłkarzy "pazur", zwłaszcza w meczu z Holandią, ale niestety na tym się skończyło. Lepiej chyba też nie będzie na zbliżającej się wielkimi krokami Olimpiadze, bo najlepszy sportowiec ostatnich dziesięcioleci w Danii czyli Wilson Kipketer skończył karierę kilka lat temu i mało kto jest w stanie w tym niewielkim kraju pójść w jego szybkie ślady. W takim razie, skoro Duńczycy nie mogą pasjonować się za bardzo tym, co się dziać będzie w Londynie, powinni wyjść na świeże powietrze, odetchnąć na łonie natury (względnie innym łonie w zależności od preferencji), a następnie odwiedzić Ny Carlsberg Glyptotek w Kopenhadzie, drugie najważniejsze obok Statens Museum for Kunst muzeum w Kopenhadze. Oba muzea mieszczą w sobie bogatą kolekcję dzieł romantycznych - chyba najlepszego okresu w dziejach malarstwa w Danii. Zwłaszcza jeden z artystów, Christoffer Wilhelm Eckersberg potrafi przykuć uwagę zwiedzających. Łącząc w sobie to, za co miłośnicy sztuki cenią Catela, Friedricha, Davida i Ingresa niejako stworzył podwaliny pod całe duńskie malarstwo XIX wieku. Warto więc poświęcić mu kilka słów, rozpoczynając od jednego z najlepszych jego widoków architektonicznych.
W 1814 r. Eckersberg namalował przedstawiony wyżej widok Via Sacra w Rzymie. Dla mnie osobiście ten obraz to kwintesencja tego, jak można za pomocą środków stricte malarskich na dwuwymiarowej przestrzeni przy odpowiednim wykorzystaniu koloru, cieni i kompozycji stworzyć nie tylko wiarygodne złudzenie przestrzeni, ale oddać ciężkość i masywność architektury. Na malowanej przez Davida scenie, gdy dwoje Bizantyjczyków odnajduje Belizariusza (słynny obraz z muzeum w Lille, który pozwolił potem wielkiemu artyście zrobić międzynarodową karierę) architektura - choć zniewalająca - w sobie wiele nienaturalności, ona po prostu buduje kompozycję, pokazuje granicę między dwoma "światami" - jednym teraźniejszości i drugim, dotyczącym odkrywanej przeszłości. Na późniejszych obrazach Davida nie jest lepiej: nadal architektura to tło ("Sabinki", "Śmierć Sokratesa"), wreszcie tylko sprytnie zaaranżowana przestrzeń, by zmieścić ładnie upozowane postaci ("Koronacja Napoleona na Cesarza Francuzów"). U innych artystów, którzy szlify zdobywali we francuskiej Akademii jest podobnie - jedni w tym prześcignęli swojego mistrza, inni zaś, jak choćby Ingres, skupili się na istotniejszych tematycznie i ideowo fragmentach obrazów. U Eckersberga jest natomiast inaczej: niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z widokiem ruin czy wnętrza architektonicznego, albo z portretem jednej lub więcej osób jego prace sprawiają wrażenie niezmiernie dopracowanych. Dopiero drobne spękania farby rozłożonej delikatnie na płótnie powodują, że widz odnosi wrażenie, iż obcuje "tylko" z obrazem, a nie wchodzi w odrębną rzeczywistość. Gdyby nie te spękania pewnie panie Nathanson (fotografia poniżej) wydawałyby się bardziej naturalne, nie zaś tak oszczędne w ekspresji i wyrazie. Ale choćby rzut oka na którąkolwiek z prac Eckersberga uzmysławia odbiorcy, że celem artysty nie jest tylko wiarygodne "dokumentowanie" otaczającego go świata, lecz ukazanie tego, że w każdej cząstce rzeczywistości jest coś nadzwyczajnego, pozwalającego na zainteresowanie umysłu choć na chwilę.
Mogę się założyć, że przynajmniej niektórzy Czytelnicy widzą ten obraz po raz pierwszy i nie znając jego autorstwa, sądziliby, że wyszedł spod pędzla Giorgia de Chirico z jego okresu odejścia od "malarstwa metafizycznego" na rzecz klasycznej ikonografii i metod artystycznych. Melancholijne wnętrze bazyliki Matki Bożej Ołtarza Niebiańskiego (czyli słynnego XII-wiecznego kościoła Santa Maria in Ara Coeli), fantastycznie modelowany światłocień i głębia tonalna - z tych cech Eckersberg słusznie słynie w duńskiej historii sztuki. Nie byłby jednak w stanie wykonać swoich dzieł, gdyby nie sytuacja polityczna i społeczna w tym czasie - przyjęty przez Francuzów Rzym stopniowo przygotowywany był na wizytę cesarza, która ostatecznie nigdy nie nastąpiła. Przystąpiono do renowacji różnych obiektów, zaniedbanych przez Piusa VI i jego poprzedników. Przy okazji próbowano odpowiedzieć na pytanie, które ostatecznie na przełomie XIX i XX w. rozstrzygnie Alois Riegl - czy obiektom przywracać ich starożytną świetność, niszcząc średniowieczne i późniejsze przekształcenia, czy też raczej zostawić w nich ten "ząb czasu" i ingerować tylko tam, gdy jest to konieczne. Najpierw zabrano się za Świątynię Westy, w której uzupełniono materiał budowlany, jednocześnie przeznaczając ją na szpital. Trudniejsze zadanie czekało architektów i budowlańców w przypadku Forum Romanum. Nie da się ukryć, że od późnego cesarstwa harmonijna struktura forum, do którego dostawiano coraz bardziej monstrualne obiekty, zostaje zaburzona, a wykorzystanie tego miejsca jako kamieniołomu (analogicznie jak czyniono to z Koloseum) zniszczyło bezpowrotnie wiele z tych budowli. Mimo to przystąpiono do prac przy Świątyni Pokoju czy Łuku Tytusa, by wreszcie w 1811 r. podjąć się najtrudniejszego zadania - renowacji obiektów na Forum Boarium, najstarszym rzymskim rynku, oraz tych położonych nad Tybrem. Kiedy zatem Eckersberg w 1813 r. przybył do Rzymu widział prace w największym stopniu ich zaawansowania i jak sam chwalił się w liście do przyjaciela mógł dostrzec fundamenty i posadzkę Koloseum, które potem zostały zasypane. Efekt jego fascynacji tą antyczną budowlą oglądać można do dziś we wspomnianym Statens Museum ("Widok trzech łuków Koloseum" z lat 1815-1816). Nie da się ukryć, że jak napisał we wspomnianym liście, zaskoczony tym umieszczeniem w środku dwunastu stacji krzyżowych, przy których co piątek odbywały się procesje, iż jest to "piękny temat na obraz i mam zamiar wykonać go najbliższym latem".
Jak na prawdziwego artystę przełomu XVIII i XIX w. przystało nie tylko starożytności budziły w nim uwielbienie czy ruiny dawnych obiektów. Gust artystyczny wytworzyła w nim nie tylko specyficzna metoda nauczania na kopenhaskiej akademii i zwracanie uwagi na szczegóły natury zwykle pomijane w malarstwie historycznym innych państw (widać to szczególnie wyraźnie w pracach Caspara Davida Friedicha), ale także nagrody, jakie w tej Akademii uzyskał pozwalające mu zwiedzić inne ośrodki sztuki. Dzięki otrzymaniu wyróżnień w 1805 i 1809 r. odwiedził Francję i Włochy, by wreszcie po czasie zawieruchy wojennej wrócić do rodzinnej Kopenhagi i tam objąć prestiżowe stanowiska na uczelni. Samo spektrum podejmowanych tematów świadczy o tym, że biegłość Eckersberg uzyskał nie tylko w pejzażach i widokach miast. W XIX w. szczególnym uwielbieniem cieszył się obraz przedstawiający Mojżesza nakazującego rozdzielić się falom Morza Czerwonego czy "wspaniałe i wyraziste w kompozycji" przedstawienie Baldura, które ofiarował zgodnie ze zwyczajem Akademii, gdy ta przyznała mu status profesora. Z talentu Eckersbera korzystali też najbogatsi Duńczycy, nie wyłączając rodziny królewskiej, dla której w 1821 r. stworzył rodzinny portret. Najbardziej prestiżowym jednak zadaniem było zlecenie udekorowania wnętrz pałacowych wysławiające mitologiczną i historyczną potęgę Danii - cztery obrazy znalazły się w sali tronowej (dwa dotyczące dziejów Christiana I i dwa na temat Fryderyka III), jeden zaś w sali rycerskiej zamku Christiansborg, odnawianego w latach 1803-1828 po poważnym pożarze z 1794 r., który wymusił przeniesienie się rodziny królewskiej do Amalienborga. Budowa przeciągała się, bo w międzyczasie Dania, należąca dotąd do sojuszu skonstruowanego przez Napoleona, musiała ogłosić bankructwo. Zamek odbudowano w zbliżonym stylu klasycystycznym, co tylko pokazuje jak silne były inspiracje sztuką i architekturą starożytną w Kopenhadze. Dość przypomnieć, że w starym zamku Nikolai Abraham Abildgaard, największy duński artysta XVIII w. i wieloletni dyrektor kopenhaskiej Akademii, w tle namalowanych przez siebie alegorii użył wizerunków Panteonu i Koloseum. Co interesujące, przedstawiony przez Abildgaarda Panteon nie posiadał słynnych "uszu" czyli barokowych kampanil dołączonych do tej świątyni za czasów Berniniego i usuniętych dopiero w 1893 r.
Albert Boime, jeden z najlepszych znawców sztuki XIX w., widzi w Eckersbergu tego, który przeistoczył sztukę akademickiej Kopenhagi w sztukę biedermeieru (bynajmniej nie traktowanego przez niego negatywnie jako prostej sztuki mieszczańskiej, jak czasami się o tym nurcie pisze). Talent Eckesberga ukształtowany przez Abildgaarda i Davida miał między innymi przejawić się w tym powstałym w 1820 r. dziele (a więc cztery lata po jego powrocie do Kopenhagi) przedstawiającym panny Bellę i Hannę, córki Mendela Levina Nathansona. Interesująca wydaje się historia zleceniodawcy. Pochodzący z żydowskiej rodziny dotąd szanowany kupiec i lider swojej społeczności wyznaniowej wraz z innymi kupcami tej narodowości posądzony został w 1813 r. o wywołanie wspomnianego kryzysu gospodarczego. Nathanson wraz z innym kupcem, Gottliebem Euchelem, którego łączyły z nim kontakty biznesowe, podjął więc starania, by usunąć to fałszywe odium i był w tym na tyle skuteczny, że już w rok później podpisany został akt gwarantujący Żydom te same prawa co innym mieszkańcom królestwa. Ten status społeczny córek Nathansona staje się w tym obrazie elementem kluczowym - konwencja, jakże zachowawcza zaburzona zostaje jednak poprzez nierównomierność przedstawienia obydwu córek: jedna frontalnie spogląda na widza, świadoma tego, że jest portretowaną, druga, jakby o tym nie wie, skupiając się na relacji z papugą zamkniętą w klatce. Obie jednak perfekcyjnie się dopełniają tworząc spójną figurę kompozycyjną, kreując przestrzeń w rogu obszernego pomieszczenia, a artysta dodatkowo podkreślił ich niewinność i stateczność zarazem, dwie cechy jakże pożądane przy wyborze potencjalnej partnerki życiowej wśród Żydów.
Eckersberg to przykład takiego artysty, który z uwagi na fakt tworzenia w ośrodku o mniejszym znaczeniu politycznym i kulturalnym pozostaje na uboczu wielkich malarzy początku XIX w. Rzadko wspominany w zbiorczych publikacjach podkreślających rolę Davida, Ingresa, Goyi czy Blake'a daje jednak całkiem znaczne estetyczne zadowolenie. Jego prace, choć sprawiają wrażenie prostych i pozbawionych większych przesłań, mają w sobie coś, czego z trudem szukać u większości jemu współczesnych - pokazują, że dokładna obserwacja otaczającego nas świata, uchwycenie momentu, który jawi się z jednej strony jako "wystudiowany", a jednocześnie przypadkowy, może przywrócić nam to, co tak łatwo stracić: umiejętność cieszenia się chwilą, chwytanie codziennego piękna prostego wbrew pozorom świata, w jakim dane nam jest egzystować.