niedziela, 1 lipca 2012

Instytucje kultury krajów EURO - Chorwackie Muzeum Sztuki Naiwnej w Zagrzebiu

O tym, że kobiety potrafią tworzyć wybitne dzieła sztuki nie trzeba nikogo przekonywać. Wrażliwość artystyczna czy talent plastycznie nie jest czymś, co jest ściśle związane z płcią, chociaż mam nieodparte wrażenie (przejawiające się w liczbie kobiet przypadających na jednego mężczyznę na studiach historii sztuki), że społeczeństwo o wiele pozytywniej patrzy na dzieła sztuki "naiwnej" wykonane przez kobiety niż przez mężczyzn. Znajdujące się w Zagrzebiu muzeum pokazuje nam jednak wyraźnie, że istnieją takie szkoły artystyczne celowo odwołujące się do dziedzictwa ludowego, które kształtowali prawie wyłącznie mężczyźni. Opisując dzieje uczestnictwa kobiet w tworzeniu sztuki zwykle podkreśla się ich działalność w przypadku początków fotografii i właśnie sztuki zwanej "naiwną". W obu tych przypadkach nie wymagano od  artysty formalnego, akademickiego wykształcenia - potrzebne było jedynie wiele samozaparcia i chęci, by poznać tajniki kształtowania artystycznego medium. Niekiedy przywołuje się osobę Julii Margaret Cameron, pionierki fotografii z lat 60. XIX w., która podobnie jak jej męscy konkurenci na tym polu musiała "techniką prób i błędów" poznać tajniki zawodu, by tworzyć swoje wyjątkowo inspirujące dzieła.
Analogicznie jest w przypadku XX-wiecznej "sztuki naiwnej". Artystki takie jak Patricia Barton, Grandma Moses, Seraphine czy Micheline Boyadjian należą do pierwszej ligi artystów "sztuki naiwnej" w ogóle, celowo podkreślając, iż swoją wrażliwość na piękno otaczającego je świata oraz ludzkiej duszy przekuwają w dzieła sztuki właśnie bez uprzedniego treningu w szkołach sztuk pięknych. Widoczne jest to szczególnie w przypadku Grandmy Moses, której prace powstawały przez ostatnie 34 lata życia. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie drobna okoliczność, iż zaczęła malować dopiero, gdy osiągnęła wiek 67 lat, po śmierci swojego męża. To dzięki temu uzyskała pseudonim, pod którym zyskała sławę. Podobną ścieżkę kariery miała Patricia Barton, która jako trzydziestoparolatka w 1964 r. stworzyła swój pierwszy gwasz pt. "Wiejski ogród". Dziś jej prace wiszą w muzeach na pięciu różnych kontynentach, prezentuje swoje osiągnięcia na wystawach indywidualnych na całym świecie, a nawet zlecono jej wykonanie kartek okolicznościowych dla UNICEF-u.

Udział kobiet w sztuce "naiwnej" nie był jednak tak znaczący przed II wojną światową. Pierwsze dzieła, które możemy wiązać z tym kierunkiem to prace Celnika Rousseau, ale dopiero powrót ku narodowej sztuce ludowej, jakiego doświadczyła większość państw europejskich, spowodował większe zainteresowanie twórczością wiejskich mistrzów. To ich prace inspirowały także artystów z terenów dawnej Jugosławii, którzy w latach 30. XX w. na nowo odkryli piękno prac chorwackich i słoweńskich (a później także serbskich) malarzy ludowych. To właśnie tzw. "szkole z Hlebina" przede wszystkim poświęcone jest Chorwackie Muzeum Sztuki Naiwnej w Zagrzebiu z wprost imponującym zestawem utalentowanych malarzy: pochodzących z terenu dawnej Jugosławii Eugenem Buktenicą, Emerikiem Fejesem (Węgier pochodzenia serbskiego, którego z kolei Chorwaci uważają za swojego krajana), Draganem Gazim, Ivanem i Josipem Generaliciami czy Mirko Viriusem, a także wywodzącymi się spoza tego regionu Willemem Van Genkiem, Nikiforem i Enriciem Benassim. Ukazany obok "Pejzaż" Ivana Generalicia wykonany w technice oleju na szkle jest dobrym przykładem tego, że nie trzeba dbać o "akademicką" precyzję, by nadać pracy nastrojowy i naturalny charakter. A Hlebine, dziś mająca niecałe 1,5 tysiąca mieszkańców, miejscowość przy granicy chorwacko-węgierskiej nadawała się całkiem dobrze jako źródło inspiracji. Dla Ivana i Josipa było to nadto miejsce ich urodzin i pierwszego okresu życia, zatem swój związek z tym miejscem mogli jeszcze wyraźniej "wpleść" w realizowane przez nich prace. Początki szkoły "naiwnego" malarstwa w Chorwacji wiązać jednak należy z Krstem Hegedusiciem, którego rodzina (gdy miał 8 lat) powróciła do Hlebina, skąd się wywodziła.
Polskiemu odbiorcy "Rekwizycja" z 1933 r., którą wykonał Krsto Hegedusic może kojarzyć się wizualnie ze "Świętem Jordanu" Teodora Axentowicza, ale sam sens obrazu jest całkowicie odmienny. Schematycznie ukazane postaci zgromadzone wokół batożonych chłopów pragnących uchylić się od obowiązkowego oddania wyprodukowanych przez siebie płodów rolnych dobrze oddaje to, co Krsta najbardziej interesowało. Gdy jako dziewiętnastolatek po raz pierwszy przeszedł przez progi Kolegium Sztuki i Rzemiosła Artystycznego w Zagrzebiu (obecna Akademia Sztuk Pięknych jest jej kontynuacją) pewnie nie spodziewał się, że spotka tam kilku innych studentów podobnie jak on zafascynowanych pięknem ojczystego regionu. W 1920 r. wykonał pierwszą akwarelę w tej konwencji, a prace Brueghla, którymi się inspirował, skłoniły go do trochę bardziej rubasznego, wręcz "komiksowego" ujmowania postaci. Celowo wiele z nich nie ma cech indywidualizacji, są raczej typami osób, jakie spotkać można w każdej wsi (z grubymi babami w chustach na czele). W 1929 r. powstała grupa "Ziemia", w której zrzeszeni artyści programowo twierdzili, że będą odwoływać się do dorobku sztuki ludowej, odchodząc od pewnych akademickich nawyków. W przypadku tej grupy, jak i późniejszej szkoły z Hlebina daje się dostrzec jedna istotna okoliczność - w pierwszym okresie w jej skład wchodzili studenci Akademii (nie zawsze mający immatrykulację), a nie osoby całkowicie nieobeznane z tym rzemiosłem, jak przywołane na wstępie kobiety. W tym wypadku więc sztuka nie może do końca nosić miana "naiwnej", ale też żadne inne w pełni nie oddaje specyfiki powiązania obu tych sfer artystycznych.
Niewielu artystów w ówczesnej Chorwacji tak dobrze operowało kolorem i kreską jak Hegedusic. W kilka lat po skończeniu Akademii został jej profesorem i tam w 1930 r. spotkał Ivana Generalicia, którego talent zaskoczył wykładowcę. Gdy wyszło na jaw kim jest jest młody student (późniejszy autor przedstawionego obok obrazu "Święto Cyganów"), profesor szybko zabrał dzieła młodego malarza na wystawę - i to nie byle jaką, bo na trzeciej wystawie "Ziemi" w Pawilonie Sztuki w Zagrzebiu (w 1931 r.). Tak rozpoczęła się kariera młodego artysty, który wespół z pochodzącym z tej samej wioski Franjo Mrazem i Mirkiem Viriusem (także urodzonym niedaleko) oraz ich akademickim mentorem stworzyli ok. 1934 r. grupę, która miała odnowić chorwacką sztukę. Mirko dołączył do pierwszej trójki nieco później, ale też dość szybko grupa zaczęła się rozrastać nie tylko o malarzy, lecz także artystów operujących innym medium - najlepszym rzeźbiarzem był Lavoslav Torti, który kształtował swoje prace w kamieniu, a jeszcze bliżej sztuki ludowej zbliżył się Petar Smajic operujący w drewnie. Grupa prezentowała w dużej mierze środowisko zaangażowane społecznie, w tym podzielała lewicową ideologię. Z tych przyczyn po dość korzystnych dla poszczególnych artystów latach 30., okres II wojny światowej i faszystowskiego ustroju ustaszów pod wodzą Ante Pavelicia wymusił potrzebę szukania zewnętrznego wsparcia. Dość aktywny na łamach chorwackiej prasy Hegedusic mógł liczyć na pomoc Alojzego Wiktora Stepinacia, arcybiskupa Zagrzebia i jednego z najmłodszych osób na tym szczeblu hierarchii kościelnej w tym czasie. Stepinac musiał lawirować między nowymi władzami liczącymi na poparcie Episkopatu i w zamian oferującymi walkę z prawosławnymi, a sprzeciwem wobec opresyjnego ustroju mającego wsparcie hitlerowskich Niemiec. Dzięki jednak swojej pozycji nie tylko udało mu się ograniczyć represje wobec prawosławnych i Żydów (chociaż w przypadku tych pierwszych bardzo niepochlebnie wyrażał się o ich religii), ale także mógł zadbać o takie osoby jak Hegedusic, którego poglądy mogły stać się samoistną podstawą dla pozbawienia go żywota. Rozsławiona po 1945 r. przez komunistów legenda o arcybiskupie jako osobie współodpowiedzialnej za represje wobec różnych grup społecznych (Stepinac dostał za to 16 lat więzienia, ale wyszedł po pięciu) stoi zatem w widocznym rozdźwięku wobec tego, jak wspierał on "naiwnego" artystę. Mniej szczęścia miał Virius, którego pochwycili naziści i skończył żywot w obozie koncentracyjnym. Zdarzenie to stało się podstawą do stworzenia przez I. Generalicia jednej ze swoich najsłynniejszych prac z dość często pojawiającym się u tego malarza motywem koguta.
Hegedusic mógł się Stepinaciowi odwdzięczyć tylko w jeden sposób, a mianowicie wspierając go w bodaj największym religijnym zamierzeniu w Chorwacji w okresie II wojny światowej. Arcybiskup pragnący uczynić ten kraj stricte katolickim podjął się budowy kalwarii w Marija Bistrica, w której wykonano takie stacje, jak ta powyżej. Komisję pod kierownictwem Pavle Jesiha uzupełniał jako malarz wspomniany już wyżej artysta, głównym rzeźbiarzem uczyniono Ivana Kerdicia, a architektem - Aleksandara Freudenreicha. Jak widać choćby z załączonego obrazka, gdy było to potrzebne, Hegedusic potrafił wspierać innych zaprzyjaźnionych z nim artystów, nawet gdy tworzyli prace w całkowicie odmiennej konwencji. W tym celu zatem stworzył szkic do fresku "Golgota", który uzupełnia cały kompleks sanktuarium.
Koniec wojny i pojawienia się nowego pokolenia, dla którego Hegedusic, Generalic czy Mraz stali się mentorami spowodowało, że zmieniła się także stylistyka szkoły w Hlebinie. Z jednej strony takie malarstwo mogło być formą ucieczki od konwencji socrealistycznych, które ze średnim skutkiem udało się wprowadzić w całej Jugosławii. Z drugiej - odnosząc się do własnego regionu można było podkreślać odrębność Chorwatów, którzy niezbyt chętnie akceptowali władzę w Belgradzie. Prace te zaczynają zatem oscylować coraz bardziej ku światu wyobrażonemu, imaginacji, niż wiarygodnym przekazom piękna chorwackiej wsi (jak np. w umieszczonym powyżej obrazie "Powódź" I. Generalicia z 1960 r.). Nowa władza poznała się jednak na wyjątkowości artystów i nie dostrzegając zbytniego zagrożenia pozwalała im na kontynuowanie działalności (należący do młodszej generacji Ivan Vecenaj i Mijo Kovacic niejednokrotnie odwoływali się nawet do scen biblijnych, a Petar Smajic wykonał bardzo urokliwe przedstawienie "Adama i Ewy"). To m.in. dzięki temu I. Generalic w 1953 r. mógł wystawiać w Paryżu i spędzić tam kilka miesięcy, zwiedzając najważniejsze francuskie muzea (szczególnie spodobała mu się "Mona Lisa").
Sława szkoły hlebińskiej już w latach 30. wykroczyła poza teren Jugosławii, ale dopiero w okresie powojennym istotną rolę zaczęli w niej odgrywać obcokrajowcy. Co prawda takie pochodzenie miał Emerik Fejes, ale z uwagi na to, że urodził się w Osijeku traktowano go jak "swojego". W grupie znalazł wsparcie którego tak potrzebował (złożony ciężkimi chorobami większość dnia spędzał w łóżku). W 1949 r. Emerik zaczął zajmować się malarstwem i malować widoki w oparciu o kartki pocztowe, jakie posiadał. Z tych przyczyn niekiedy pisze się o nim jako o ludowym artyście "miejskim" (jakkolwiek dziwnie to brzmi), ale lepiej chyba byłoby mówić o nim jako o malarzu zabytków. Zainspirowany wyjątkowością obiektów, których ze względu na stan zdrowia (jak i sytuację polityczną) nie dane mu będzie zwiedzić wykonał m.in. w konwencji "sztuki naiwnej" widoki fasady katedry w Mediolanie, kościoła św. Marka w Wenecji, wnętrza paryskiej Sainte-Chapelle, a także wiedeńskiej katedry św. Szczepana. Zdecydowany kolor, jakiego używał Emerik, uczynił z niego jednego z najbardziej podziwianych malarzy po 1945 r. w tym regionie. W ówczesnych pismach Ivan Generalic pokazywany był jako łącznik między pierwszą i drugą szkołą w Hlebinie, Ivan Vecenaj jako jego wybitny uczeń (piorunujące wrażenie robi znajdujący się w zagrzebskim muzeum obraz "Ewangeliści na Kalwarii" z kapiącymi z krzyża kroplami krwi oraz wyrazistym czerwonym niebem), a Emerik Fejes i Ivan Rabuzin uznawani byli za najbardziej utalentowanych. Ten drugi jako jeden z nielicznych nie tworzył obrazów na szkle, lecz operował olejem na płótnie. Przyjęło się jego obrazy nazywać czymś na kształt "wizualnego haiku" - ich prostota, sugestywność, a jednocześnie przepełnienie liryką i stylizacją Japończykom kojarzy się z ich narodową sztuką, a innym z pomysłem na sztukę, jaki miał w tym czasie Mark Chagall. Jako jedyny też unikał przedstawiania ludzi - jak stwierdził pewnego razu, zasłaniają oni prawdziwe piękno jakim jest optymistyczny, wręcz idylliczny krajobraz (np. taki, jak w ukazanym poniżej "Pierwotnym lesie").
Jeśli jeszcze nie udało mi się zachęcić Czytelników do odwiedzenia tego chorwackiego muzeum, to chyba znaczy, że osoby te nie przepadają za "sztuką naiwną". Mi ona zresztą nie jawi się jako naiwna, lecz dość głęboka - prosta, ale zarazem dowartościowująca tak istotne elementy dzieła jak pomysł i artystyczna staranność. A przedstawiony obraz Rabuzina trochę przypomina mi tła, jakie czechosłowaccy animatorzy stosowali w "Kreciku", ale to tylko moje luźne skojarzenie...