czwartek, 25 listopada 2010

Londyńskie dzieciaki

Coś ostatnio nie bardzo utrzymuję założoną sobie wcześniej średnią 2-3 postów na tydzień, ale taki nawał rzeczy do roboty w tym miesiącu (czytaj: konferencje, pisma, referaty i spędzanie ponad 10 godzin co tydzień w pociągu), że naprawdę ciężko się zebrać. Ale mam nadzieję, że dzisiejszy posty wynagrodzi Czytelnikom oczekiwanie na kreatywnie spędzone kilka minut przed monitorem. Tak się akurat składa, że w niedługim czasie powiem co nieco na jednej z tych konferencji o Williamie Blake'u. Ten jeden z moich ulubionych artystów, wizjoner, świetny rysownik i bardzo nietypowy poeta, stworzył swojego czasu wiersze o kominiarczykach. Ci biedni chłopcy ucieleśniają niestety to, co najgrosze było w erze dopiero raczkującego industrializmu. Ich rola społeczna, choć ogromna dla ówczesnej ludności, na szczęście dzięki zmianom współczesnego świata XIX i XX w. została zredukowana i można mieć nadzieję, że podobnego wykorzystania sierot nie doświadczają już nawet dzieci w najbardziej zacofanych krajach. Czas więc w tym poście zabrać się za piękną pracę ukazującą, że na szczęście nie żyjemy w najgorszym ze światów. Nie rozpaczajmy więc niczym Tadeusz Różewicz w swej ocenie rzeczywistości i przenieśmy się choć na chwilę do cuchnącego Londynu przełomu XVIII i XIX w., gdzie głód był zjawiskiem powszechnym, pijany mąż mógł okładać na ulicy małżonkę i karać za najdrobniejsze nawet przewinienia przy ludziach, a co czwarta mieszkanka tej metropolii zarabiała lub dorabiała sobie jako kobieta lekkich obyczajów.

blake-chimney

Cechą charakterystyczną prac Blake'a jest to, że łączył w nich elementy grafiki i literatury. Sam pisał wiersze, poematy czy nawet niedokończony epos rewolucyjny (powstała tylko jedna z siedmiu zamierzonych księg), które ozdabiał własnymi pracami graficznymi. Jak sam twierdził to nie on wynalazł nową technikę barwnych monotypii (odbitek drukarskich), lecz opisał mu ją w wizji jego przedwcześnie zmarły brat Robert. Jeśli dodać do tego inspiracje niestandardowymi egzegezami "Pisma Świętego" czy wręcz heretyckimi tezami Swedenborga, Paracelsusa i Jakoba Boehme, to od razu widać, że mamy do czynienia z kimś wyjątkowym, wykraczającym poza granice tego, co w przeciętnym rozumieniu wiążemy z romantyzmem, kulturą angielską czy po prostu grafiką. Ilustator prac Miltona oraz "Boskiej komedii" był też płodnym literatem. Nie czas i miejsce przedstawiać tu skomplikowanej mitologii Blake'a łączącej w sobie przekształcone wierzenia religii Wschodu z profetycznym wręcz odczytaniem "Biblii". Lepiej skupić się na wąskim temacie procesji, która z czasem przekształciła się w ogólną procesję ludzi pracy, potocznie zwaną Świętem 1 Maja. Już wiek przed uznaniem tego dnia za międzynarodowy dzień pracujących podobne procesje miały miejsce w Londynie. Co roku na ulice dotychczas umorusane, biedne dzieciaki wychodziły w białym stroju na ulice angielskiej metropolii i hałasowały, radowały się, brzęczały przyczepionymi dzwonkami. Byli to kominiarczycy, jedna z niższych warstw (nie tylko wzrostem) w społeczeństwie pracowników w tamtym czasie. Mieli bardzo niebezpieczne, niewzdzięczne zadanie, gdyż de facto to oni byli tymi wyciorami, które do dziś są atrybutem kominiarzy.

Kominy londyńskie w tym czasie rzadko kiedy miały więcej niż 20 cm2 powierzchni. To mniej więcej tyle co dłoń dorosłego człowieka. Nie kto inny więc niż małe dzieci mógł się przedostać przez ciąg wentylacyjny, by usunąć sadzę czy inne blokuje drożność rzeczy. Upychano je nieraz na siłę, gdy się nie mieściły, wsadzano nago, by nie ubrudziły swych ubrań, łamały się każdemu z nich mniej lub bardziej giętkie kości, dzieci nieraz blokowały się w tych kominach i umierały w męczarniach. Ci, którzy przeżyli wiedli życie kalek o zdeformanych kończynach, chorując na rozedmę i raka jąder. Kariera zaś kominiarczyków kończyła się najpóźniej w wieku 12 lat po siedmiu latach takiego upodlenia. O tym właśnie mówi Blake w dwóch wierszach o kominiarczykach, które stworzył. Jeden z nich (nie ten przedstawiony na obrazku) w pierwszej strofie podaje, kim jest podmiot liryczny: "Kiedy matka umarła (...) Ojciec sprzedał mnie. Byłem wtedy tak maleńki. Teraz czarne kominy czyszczę i śpię w sadzy" (tłumaczenie za Zygmuntem Kubiakiem).

Ile można było dostać za dziecko "sprzedane" właścicielowi firmy kominiarskiej? Nie więcej niż 20-30 szylingów. Ale nawet tej niezbyt wysokiej, jak na ówczesne czasy kwoty nie chcieli wydawać ci, dla których kominiarczycy pracowali. Lepiej było brać dzieci z przytułków, nie karmić za bardzo swoich podwładnych (by za szybko nie urośły) i potem porzucić ich, gdy nie nadawali się już do żadnej pracy. Tak zdeformowane dziecko, niedożywione i zabiedzone już we wczesnym dzieciństwie, nie mogło potem znaleźć też innego legalnego sposobu zarobkowania. Stawali się więc elementem kryminogennym i nierzadko czekało ich krótkie nieszczęśliwe życie. "W sercu Tomka cisza błoga. Raźnym krokiem do zwykłej idziemy roboty. Kto czyni swą powinność, nie wie, co to trwoga". Tak Blake kończy swój wiersz: pokazuje w bolesny dla Czytelnika sposób, że brak jest nadziei dla przedstawionej postaci. Tylko praca, która niszczy i odbiera dzieciństwo niewinnej istocie... Nie dziwi więc dlaczego to właśnie ten wiersz pojawił się w cyklu Blake'a o nazwie "Pieśni niewinności".

chimney sweeper

Przedstawiona obok ilustracja to mniej więcej wygląd, jaki w tym czasie miało opisane i narysowane przez Williama Blake'a dziecko. O ile atrybuty takie jak długie szczotki nie wydają nam się czymś dziwnym, o tyle trzymana przez chłopca w prawej ręce chusteczka ukazuje już to, co postarałem się opisać powyżej. Konieczność wchodzenia do różnych wentylacyjnych została częściowo za czasów Blake'a zniwelowana. Aby w pewien sposób stłumić wyrzuty sumienia związane z wykorzystywaniem małych dzieci, podjęto decyzję przymuszającą ich szefów do zakazu pracy w niedzielę. Brudne dzieciaki raz na tydzień uczęszczać miały na zajęcia edukacyjne, próbowano je uczyć czytania, a przede wszystkim starano się wychować w wierze chrześcijańskiej. Szkółka niedzielna była więc częściowo tym, czym pozostaje do dziś w powszechnym rozumieniu tego słowa - nauka w ten sposób nie dawała zazwyczaj wymiernych efektów i dzieci te często nadal nie potrafiły czytać i pisać, a jedynie recytować nieliczne frazy z "Biblii" czy śpiewać pieśni religijne. Dopiero w 1864 r. uchwalono "Akt regulacji kominiarzy", który pod karą 10 funtów zakazywał wykorzystywania dzieci do odtykania kominów. Promykiem nadziei dla takiego dziecka była jedynie możliwość awansu - po skończeniu 12 lat można było zostać pomocnikiem kominiarza (tzw. journeymanem), co w niezbyt klarownej perspektywie otwierało drogę do zawodu kominiarza.

"Gdy Kominiarczyk płacze z cicha, bledną kościołów ciemne ściany". Fragment ten, wywodzący się z innego wiersza Blake'a pod tytułem "Londyn", to kolejny dowód na wrażliwość artysty wobec wyjątkowo nierównego świata. To z tego także powodu we wstępie wspomniałem o mężczyźnie piętnującym zachowanie żony. Blake należał właśnie do takich ludzi, którzy nie raz występowali przeciwko temu, co opresyjne, a jednocześnie społecznie akcentowane przez ówczesny świat. Zobaczył bowiem właśnie taką sytuację, bodajże w 1792 r., i rzucił się z pięściami na karcącego małżonka, oczywiście przy uciesze zebranej wokół gawiedzi. Analogicznie parędziesiąt lat później zachowa się Nietzsche, który na widok woźnicy smagającego batem konia rzuci się na okrutnika. O ile jednak Blake był górą w swoim starciu, tak chorujący już wówczas Nietzsche otrzymał dość sporą liczbę kuksańców. Jak widać, nie zawsze wrażliwość popłaca...

Dla Blake'a opresyjność była wszędzie. Niedługo po stworzeniu cytowanego wiersza o kominiarczyku w "Zaślubinach Nieba i Piekła" napisał, że "jedno jest prawo dla lwa i wołu - ucisk". To miłe, że niektórzy artyści potrafili w tak rozczulający sposób pokazać fałszywość świata, w którym dane im było żyć. Nie musieli uciekać się do szokowania widza, jak zdarza się w sztuce obecnej, lecz potrafili prostymi słowami i umieszczonym obok rysunkiem wzbudzić poczucie wstydu wobec wobec przyzwolenia na brutalność i zło. Blake, który sam siebie traktował jako kaznodzieję czy nawet proroka, zrobił to w "Kominiarczyku" nad wyraz sugestywnie. I tylko w centrum wiersza zawarł kilka linijek o przychodzącym z niebios aniele, który ożywił zmarłe niewiniątka i wprowadzić do świata szczęśliwości. Niestety to był tylko sen małego Tomka... Chłopca, który jak się dowiadujemy w powstałych pięć lat później "Pieśniach doświadczenia" był za młody, by nawoływać na ulicach Londynu "Sweep! Sweep!" (Wymiatamy! Wymiatamy!). W zamian przez łzy płakał i mówił "'weep!" (dosłownie: łkamy), co tylko intensyfikuje wrażenie cierpienia, z jakim opisuje swe przeżycia dziecko.