sobota, 19 listopada 2011

Brytyjskie krainy rozkoszy

Parę tygodni temu na łamach bloga pojawił się post o Kukanii – mitycznej krainie, gdzie lenistwo, wypoczynek i łakomstwo było tym, czemu poddawali się mieszkańcy owego państwa (link). Kiedy w XIII w. pojawił się pierwszy zachowany do dzisiaj tekst na temat owego miejsca, nieznany autor (twierdzący wszelako, że wrócił do Francji, by pojechać tam raz jeszcze ze swoimi przyjaciółmi, lecz niestety zgubił drogę) informował też o niebywałej seksualnej frywolności mieszkańców Kukanii. Z łatwością odnieść to można do obecnego od dojrzałego średniowiecza coraz większego “oporu” niektórych warstw społecznych przeciwko normowaniu tak prywatnych spraw zarówno przez Kościół, jak i kazuistyczne prawodawstwo miast. Jak jednak wytłumaczyć literackie i artystyczne opisy stricte erotycznych krain w purytańskiej (mogłoby się wydawać) Wielkiej Brytanii XVII i XVIII w.? Cóż, niczym innym chyba niż wielką popularnością “literatury straganowej”, która nie stroniła od tematów rodzących wypieki na twarzy.
Weźmy sobie choćby pierwszy przykład z brzegu – książkę udającą przewodnik turystyczny pod nazwą “Nowy opis Merryland”. Na pozór można byłoby przypuszczać, że będzie to kolejna z kolonii czy zamorskich posiadłości, przedstawiona jako miejsce mlekiem i miodem płynące, nadająca się do zamieszkania i rozkręcenie własnego biznesu. Tak opisywano amerykańskie kolonie, niekiedy podnosząc tubylcze zagrożenie przy jednoczesnym zaznaczeniu, że właściwie nie ma się czego obawiać, gdyż bezpieczeństwo zapewnia lokalna milicja. Niemniej wystarczy otworzyć pierwsze stronice tego “przewodnika”, by zauważyć, że mamy do czynienia z rubaszną książeczką, ukazującą wymyśloną ziemię jako kobiece ciało. Występują m.in. takie nazwy topograficzne jak CLTRS i MNSVNRS, do których wystarczy dodać samogłoski, by stworzyć z nich łacińskie nazwy rozkosznych miejsc. O tym pierwszym autor (Thomas Streetser) w 1741 r. pisze, iż jest to “przyjemne miejsce, dające wiele radości Królowej Merrylandu, i jej głównym pałacem, czy raczej Siedzibą Przyjemności; na początku było niewielkie, ale gdy Królowa odkryła przyjemność, jaką daje, przy różnorodnych okazjach znacznie rozszerzyła granice pałacu”. Otrzymujemy zatem opowieść o dziwnym świecie, nad którym góruje drugie łacińskie określenie – wzniesienie, z którego rozpościera się widok na całą krainę. Całość zaś dopełnia rozległy las, dzielący się na Przyjemność Różnorodności i Odmienność Połowów (zapewne ze względu na jego przeznaczenie, z którego ponoć mieszkańcy, jak i sam narrator skrzętnie korzystali). W oddali majaczą zaś dwa inne wzgórza (BBY), co prawda bezpośrednio nie graniczące z Merrylandem, ale zwykle uznawane za przynależące do tej krainy.

Kapitan, który odwiedził Merryland nie był jedynym, który dostąpił wizyty w tej krainie rozkoszy. Już pół wieku wcześniej, w 1684 r. Charles Cotton postanowił opublikować swoje dziełko na temat Bettyland, gdzie przyrównał mężczyzn do rolników. Jak łatwo się domyślić, bycie farmerem wymaga dopełniania rozlicznych obowiązków, nawet gdy operuje się na tak urodzajnym gruncie. Jest to jednak zarówno wymagające, jak i rozrywkowe, bo jak twierdzi autor “jeśli mężczyzna stworzy ten dół i umieści w nim choćby cal jakiegoś mięsiwa, to ogarnie go taka pożoga, że zgłupieje na tyle, by myśleć, iż piekło jest ponad ziemią”. Cóż, ja – facet z miasta, nie mam pojęcia, po co zakopywać mięso w ziemi, ale może to była jakaś ówczesna forma robienia kompostu… W każdym razie tego rodzaju czynności, jak przestrzegał C. Cotton musiały być dokonywane w regularnych odstępach czasu, by przyniosły wymierne korzyści. Pisarz poradził nawet, by rośliny podlewać co noc, niekiedy nawet i dwa razy w ciągu doby. W przeciwnym razie bowiem może pojawić się inny ogrodnik i wówczas farmera czeka mniej więcej rok posuchy i zgryzoty. Jak nic przypomina to nastrój polskich dostawców zboża po zobaczeniu cen w punkcie skupu…

Skoro jednak o kwiatach mowa, to ponoć niektórzy rolnicy już je posiadali. I tak z publikacji “Geranium” z 1789 r. dowiadujemy się, że Drzewo Życia, jakie posiada niejaka Susan, należy podlewać. Autor postanowił więc pochwalić się swoją roślinką o tytułowej nazwie, co do której byli zgodni, że ma nietypowe właściwości: rozkwita i opada, by rozkwitnąć potem na nowo. Susan odpowiada zatem, iż podobne niebywałe rośliny musiały skusić Ewę i Adama, by odkryli fakt swojej nagości. Analogiczną historię odnaleźć można w “Mimozie” powstałej dziesięć lat wcześniej, gdzie zwraca się na niebywałą zdolność adaptacyjną męskiej roślinki. Potrafi bowiem rosnąć i rozwijać się na różnych szerokościach geograficznych i niezależnie od klimatu. W pewnym stopniu zbliżone informacje znajdujemy u C. Cottona odnośnie Bettyland, gdzie autor przestrzega przed możliwością natknięcia się na różnego rodzaju glebę. Raz jest ona sucha i piaszczysta, przez co wymaga częstszego podlewania, a innym razem może przybrać nietypowy kolor – od kredowej bieli aż po czarnoziem. W każdym jednak wypadku nadaje się do “ogarnięcia”, chociaż i tak zaskakiwać może różnorodność pokładów w tej glebie, np. u góry pasmo jaśniejsze, a potem ciemniejszy brąz. Zwłaszcza te karaibskie grunty uznawane są za dość wyczerpujące – ich uprawa może trwać nawet dzień i noc, trzeba zakasać rękawy (a jeszcze lepiej ubrać krótkie szorty) – a i tak istnieje możliwość, że nie w pełni zaspokoi się potrzeby tychże ziem. W tym zakresie łatwiej poradzić sobie z terenami azjatyckimi, które nie są zbyt wymagające i wystarcza im tylko częściowa “opieka” w tym zakresie.

Wróćmy jednak do Merrylandu, bo kapitan opisując tę krainę dotyka (także dosłownie) kilku innych tematów, jak choćby pewnej mitycznej ziemi HYM. Tego miejsca narrator nie widział, niemniej podaje za innymi badaczami, że istnieje znaczna kontrowersja w tym zakresie. Jedni bowiem stanowczo odrzucają istnienie takiego czegoś, a inni z pełną gorliwością przekonują, że tam byli i widzieli cudowności tego miejsca. W pełni odpowiada to ówczesnej brytyjskiej literaturze medycznej XVIII wieku, gdzie także kwestionowano istnienie błony i jej powszechność występowania u kobiet. Drugim problemem, na który natknął się kapitan były Antypody czyli męska wersja krainy Merryland. Co prawda dostrzegł, że niektóre statki zawijają na te ziemi, to jednak postanowił się tam nie udawać. Zwykle bowiem w literaturze brytyjskiej tego czasu pisano, że tego rodzaju zachowania bardziej odpowiadają włoskim i hiszpańskim kolonistom.

Na fali odkryć geograficznych kapitana Cooka stworzono liryk o dość podobnie nazywającym się kapitanie (Cock). Powstałe w 1741 r. dziełko “Podróż do Lete” opatrzono nawet mapą krainy, której centrum stanowi wąska zatoka przypominająca nieco norweski fiord.
Już sama nazwa krainy odwołująca się do rzeki zapomnienia, którą pokonywały antyczne duże zmarłych do Hadesu, świadczy o tym, czego mógł spodziewać się dowódca statku “Urokliwa Sally” wpływając w zatokę o postrzępionym pobrzeżu. Innym natomiast pomysłem na przedstawienie wyjątkowości kobiecego ciało było przyrównanie ich do instytucji. W tym wypadku Brytyjczycy nie grzeszyli romantyzmem i z obecnej perspektywy kobieta jako fabryka albo bank nie wydają się być trafionymi komplementami. Już bardziej urocze jest nawiązanie do antycznego toposu mężczyzny jako kobiecego więźnia usidlonego przez jej piękno i przyjemność, jaką potrafi mu sprawić. Robert Burns w 1793 r. przestrzegał zatem, by nie stać się nowym Arystotelesem, który mimo niebywałej wiedzy poddał się urokom pysznej Phylis. I tak w “Balladzie o Szkotach” autor pisał, że pewny element kobiecego ciała przypomina loch. Umieszcza się w nim wałkoni, którzy występują przeciwko obowiązującemu prawu. Tam jednak odzyskują pokorę i po pewnym czasie zaczynają płakać nad swoim zachowaniem, miękcząc swe serca. Pozostaje się tylko zastanawiać, kiedy w Polsce wprowadzą takie więzienia – wreszcie resocjalizacja przestępców byłaby stuprocentowa (zamiast się wieszać w kącikach sanitarnych). Tylko, czy wtedy nie wzrośnie przestępczość, bo każdy chciałby do takiego więzienia się dostać?