poniedziałek, 7 listopada 2011

Św. Krzysztof i łowcy skarbów

Nieco ponad rok temu skrobnąłem na Halloween posta na temat psiogłowców (kynocefali), a więc stworzeń, które - jak uważano w średniowieczu - miały zasiedlać rubieże Europy. Zgodnie z legendą jednym z psiogłowców miał być św. Krzysztof, który jednak dostąpił Boskiej łaski i mógł przyjąć ludzkie ciało (link). Jednakże nie jest to jedyna ciekawa historia związana z tym świętym. Czas więc zaprosić Czytelników w małą podróż po Węgrzech i w ogóle centralnej Europie, by pokazać dlaczego św. Krzysztof stał się patronem łowców skarbów.
Św. Krzysztof od końca średniowiecza uznawany był za jednego z Czternastu Wspomożycieli. Nie dziwi zatem, dlaczego jego wizerunek pojawił się w późnobarokowym kościele poświęconym tym świętym. Bazylika w Vierzehnheiligen planowana była od początku jako monumentalny kościół pielgrzymkowy. Wzniesiona w latach 1743-1772 w oparciu o plany Johanna Balthasara Neumanna stanęła na miejscu starszego XV-wiecznego kościoła. A wraz z nią ów ołtarz, wykonany w latach 1767-1768, przez prześwietnego (moim zdaniem) Johanna Michaela Feichtmayera i Johanna Georga Üblhöra (nie ma to jak mieć trudne do wymowy nazwisko ;D). Jak widać, przedstawienie to nie różni się wiele od wcześniejszych. Św. Krzysztof nadal nosi na ramionach Dzieciątko, a w rękach trzyma kostur. Co jednak nas interesuje, to fakt, jak go postrzegano w XVIII w. i co zmieniło się od czasu, gdy wizja cystersa z pobliskiego Langheim stała się praprzyczyną wzniesienia tej świątyni.
Przyjrzyjmy się zatem legendzie. Pewnego jesiennego dnia 1445 roku mnich udał się na polanę i tam zobaczył płaczące porzucone dziecko. Podszedł więc do niego, ale nim zdążył je objąć, znikło. Jakiś czas później cysters zawitał w to samo miejsce i wizja się powtórzyła. Jak na wścibskiego faceta przystało (a może będąc już świadomym, że na tym polu działają jakieś nieziemskie moce) pojawił się tam po raz trzeci i wówczas ujrzał czternaścioro małych hasających dzieci, z których to znajome powiedziało, że są czternastoma wspomożycielami i proszą o budowę kaplicy, w której mogliby pomagać ludziom. W ten sposób rozpoczęła się wielka późnośredniowieczna kariera św. Krzysztofa, która wykroczyła poza samą bazylikę w Vierzehnheiligen i uczyniła z niego jednego z najczęściej przedstawianych świętych w rycinach okresu przedreformacyjnego.
Zupełnie inaczej na św. Krzysztofa zapatrywano się już kilkaset lat później, gdy powiązano go z łowcami skarbów. Z łatwością tę ewolucję można prześledzić w oparciu o ówczesną literaturę powstałą na terenie obecnych Węgier i Słowacji. XVII-wieczna "Księga wiadomości", która jest jednym z najważniejszych tekstów na temat łowców z tego okresu (niekiedy w Polsce też tłumaczona jako "Księga wiedzy") jeszcze nic nie mówi o św. Krzysztofie, zaś osoby parające się tym zajęciem oddaje pod opiekę Chrystusa i Michała Archanioła. Analogiczna publikacja z ok. 1770 r., która zachowała się w Koszycach, koncentruje się już na osobie św. Krzysztofa, poświęcając mu przydługą modlitwę na 60 stronach spisaną po niemiecku. Nie jest to jednak modlitwa do św. Krzysztofa, bo książka przechowywana obecnie w Bibliotece Archidiecezjalnej w Esztergom zawiera w sobie elementy w kilku językach. Obok więc niemieckiej modlitwy jest też łacińska i węgierska, które razem zajmują 50 stron. Po co jednak święci mieli mieć styczność ze skarbami? Z jeszcze późniejszej publikacji dowiadujemy się, że skarby strzeżone były przez piekielne stwory, których imiona się zachowały. Raz diabła pilnującego skarbów zwano Terofilem, a innym razem Terosiusem. Poszukiwanie skarbów traktowano zatem jako swoistą "psychomachię", w której po jednej stronie stała Trójca Święta, często Matka Boska i św. Krzysztof, a po drugiej upadłej anioły.
Łowcy skarbów nie poprzestawali jednak tylko na wsparciu z niebios, a czasem gotowi byli paktować z duchami działającymi "po ciemnej stronie mocy". Tak ponoć uczyniło kilku mieszkańców Gyoru, którzy zawarli umowę z szatanem. Obie strony chciały jednak siebie przechytrzyć, toteż gdy przyszło do odnalezienia skarbu użyli książeczki do nabożeństwa (w tym zawierającej modlitwę do św. Krzysztofa) i odgonili samego władcę piekieł. Pozostały im jednak magiczne przedmioty, które dostali od nieczystego. Jako że skarb wydał im się za małym łupem, postanowili skorzystać z tych przedmiotów i obalić Habsburgów (hmmm, typowi Węgrzy...). Za to jednak zostali pochwyceni i poza koniecznością zapłaty grzywny, zobowiązano ich do wzniesienia pomnika poświęconego Michałowi Archaniołowi, który w Gyorze stoi do dziś.
Jeśli zatem ktoś chciałby odwiedzić Gyor, to pomnik ten  z 1764 r. powinien dostrzec na południe od kaplicy św. Władysława. Jest ona zaś o tyle istotny, że wyraźnie inspirowany jest innym ważnym przedstawieniem walecznego anioła, który zamieszczono w portyku kościoła pw. Michała Archanioła w ówczesnej stolicy imperium habsburskiego.
Ogólnie zatem można przyjąć, że poszukiwaczom skarbów modlitwa do św. Krzysztofa potrzebna była z tej prostej przyczyny, że wierzono, że pozwala ona kontrolować i odpędzał złe duchy pilnujące skarbów. w tym kontekście interesująca wydaje się historia z Gunzburga, jaka miała miejsce w 1773 r. Przy poszukiwaczach znaleziono manuskrypty w swej treści dalekie od przyjmowanych zarówno przez katolicką, jak i protestancką ortodoksję. Co prawda nie było w tym nic dziwnego (takie rzeczy zbierali m.in. Goethe i Wunderlich), to jednak poszukiwacze w ramach pokuty musieli klęczeć na rynku i zarzekać się, że nigdy z nich nie skorzystają. Na terenie Rzeszy pojawił się jednak jeszcze jeden mit. Ponoć odmówienie tych długaśnych modlitw skutkowało po pewnym czasie pojawieniem się ducha w ludzkiej formie, który przynosił z zaświatów 99 tysięcy dukatów! Jak widać zatem nawet najbardziej zatwardziałe grzeszne serca przekonać można do modlitwy, gdy wiąże się to z korzyścią dla tychże grzeszników.
Św. Krzysztof nie był jedynym, którego w XVIII w. powiązano z poszukiwaniem skarbów. "Rynek" potrafił w tym burzliwym okresie wojen wchłonąć wiele zaginionych lub porzuconych majątków, toteż liczne masy parały się tym - wydawać by się mogło na pozór - prostym zarobkiem. Stąd też uważano, że opiekę nad poszukiwaczami sprawuje nie tylko rycerz aniołów i ten, który nas swoich barkach nosił Chrystusa, ale także św. Gertruda z Helfta oraz św. Cyprian. Ta para świętych jednak bardziej popularna była na terenie monarchii austriackiej, nie zaś na północ od Alp.
Żeby jednak nie być gołosłownym, na zakończenie posta czas na fragment jednej z najkrótszych modlitw, z jakich wówczas korzystano (żeby nie było - uprzedzam, by nie korzystać z tego w domu i pod nieobecność rodziców):
"Przywołuję was, wszystkie duchy i posiadacza wszystek skarbów, które święty Krzysztof mi ofiaruje, z pomocą słońca i księżyca, pięciu ran i przecudnej krwi najświętszego Pana Jezusa Chrystusa, z pomocą pierwszego człowieka - Adama, przez Boga stworzonego, w imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. Amen. My, , przywołujemy Cię, święty Krzysztofie! Wielki i święty męczenniku, patronie ubogich, wspomożycielu udręczonych i porzuconych, w imię Boga Ojca, i Syna Odkupiciela, i uświęcającego Ducha, przywołujemy i przywołujemy cię wszystkimi słowami i czynami, któreś uczynił na tym świecie".
OK, drogi Czytelniku - jeśli jednak nie posłuchałeś mojej rady i zabrałeś się za wypowiadanie powyższych słów, rozejrzyj się, czy wokół nie ma jakiegoś garnuszka ze złotymi monetami. Jeśli nie, to czas poszukać tęczy ;)

PS. W miniony weekend w polskim Internecie dość dużą popularność odniosła informacja o twarzy diabła na fresku Giotta w Asyżu. Część Czytelników prosiła mnie o napisanie czegoś na ten temat, niemniej by móc  obiektywnie się do tego odnieść potrzebuję nieco więcej czasu. Niemniej zaglądajcie na bloga, bo liczę, że do końca tygodnia się z tym wyrobię.