niedziela, 31 października 2010

Św. Krzysztof i psiogłowcy

Dziś Halloween, więc Czytelników (i Czytelniczki) postraszę hybrydami psów i ludzi. A o tym, że takie "istniały", wie zapewne każdy, kto choć trochę interesuje się sztuką średniowieczną. Psiogłowcy (czyli po łacinie kynocefale) żyć mieli na rubieżach ówczesnego świata. Już na tak istotnym dziele, jak Mapa z Hereford - mapie świata (mappa mundi) z ok. 1300 r. (link) widzimy, że pojawiają się takie niezwykłe stworzenia, jak jednonodzy ludzie, sinfksy czy gryfy. A budziły one grozę i rozpalały wyobraźnię ówczesnych społeczeństw. Powiadano, że psiogłowcy są drapieżnikami - żywią się mięsem psów, a i człowiekiem nie pogardzą. Czas więc nieco bardziej naświetlić tę tajemniczą "rasę" i jej pochodzenie.

psiogłowcy z nikobarów

Maître de la Mazarine, jeden z bardziej znanych autorów miniatur działający na przełomie XIV i XV w., stworzył manuskrypt, w którym przedstawił średniowiecznych odkrywców i ich perypetie. Ów manuskrypt powstały w latach 1410-1412 i znajdujący się obecnie w nieprzebranych, przepastnych zbiorach francuskiej Biblioteki Narodowej, przedstawia m.in. podróże Odoryka de Pordenone i Marca Polo. Ten pierwszy, franciszkański misjonarz udał się w 1296 r. z misją do Azji, gdzie zwiedził nie tylko kraje Lewantu, ale także Indie i Chiny. Jako jeden z pierwszych Europejczyków spotkał się z Dalajlamą, o czym nie zapomniał wspomnieć w spisanych przez Wilhelma z Solagna notatkach z podróży. Dzieło znane jako "Itinerarium" (albo "Księga dziwności świata") stało się szalenie popularne, bo oto nagle rozszerzyło znacznie horyzonty ludzi tamtego czasu. Chiny, Indie i Mongolia jawiły się jako kraje o bogactwie dużo większym niż to, jakim dysponowali ówcześni europejscy monarchowie. Te właśnie sceny przedstawił Maître de la Mazarine w swoich miniaturach. Jedna z nich to właśnie wizja opisywanych przez podróżników psiogłowców, którzy mieli mieszkać we własnym królestwie na wyspach Nikobarach. Dzięki temu wyjaśniła się zagadka, nad którą głowili się średniowieczni uczeni już od wielu pokoleń. Bowiem istnienie kynocefali nie budziło wówczas większych wątpliwości, problem jednak polegał na tym, że odkrywano coraz to nowe  terytoria, a psiogłowców nie znajdowano. Odoryk "wyjaśnił" tę sprawę.

Wróćmy jednak do mapy z Hereford, by w ten sposób pokazać, jaka była wiedza o świecie zwierząt i nadzwyczajnych stworów około 1300 r. Na tejże mapie pojawiają się dziwne postaci, które dziś spotkać można jedynie w grach komputerowych. Jest m.in. Marsok opisany jako transformująca się bestia, faunowie, sfinks, bazyliszek, kwiat mandragory oraz jednorożec. Pojawiają się gigantyczne mrówki, których przeznaczeniem ma być ochrona złotych piasków, ale także zwierzęta rzeczywiście istniejące, jak salamandra, nosorożec, małpy, strusie i skorpiony. Tak więc widać już na pierwszy rzut oka, że przeciętni ówcześni "badacze" nie odróżniali stworzeń, których istnienie było wiarygodne od tych o wiele bardziej fantastycznych. Być może podstawą ku temu była legenda o św. Krzysztofie oraz "List o psiogłowcach" frankijskiego mnicha z IX w., Ratramnusa.

św. krzysztof - kynocefal

Przedstawiona obok ilustracja to XVIII-wieczna rosyjska ikona, ale korzystająca z typu ikonograficznego, który pojawia się już w okresie największego rozkwitu Bizancjum. Ów święty, który uzyskuje Boskie błogosławieństwo to św. Krzysztof - ten sam, którego setki przedstawień powtarzają się na grafikach przełomu średniowiecza i renesansu na zachodzie Europy. Legendy jednak w ramach kościoła katolickiego i prawosławnego różnią się znacznie. O ile nie zmienia się fakt, że św. Krzysztof miał być większy od przeciętnych ludzi, to jednak chwila jego nawrócenia opisana jest inaczej. Na zachodzie miał zostać chrześcijaninem w chwili, gdy niezmiernie ciężkie Dzieciątko Jezus podczas przeprawy przez rzekę, którą się trudnił, powiedziało mu: "Nie tylko świat niosłeś na plecach swych, ale też tego, co go stworzył". Z kolei w kościele wschodnim, gdzie kult św. Krzysztofa popularny jest już od V w., ów męczennik miał urodzić się najpierw jako dziecko psiogłowców lub przynajmniej ojca mieć z tej "rasy". Jednakże dzięki Bożej łasce jego ciało i głowa otrzymały człowieczy wygląd. Z tych to przyczyn na ikonach prawosławnych św. Krzysztofa przedstawia się często jako pół-psa, pół-człowieka (choć akurat na tej ikonie bardziej jego twarz przypomina mi pysk konia). Dalszy ciąg hagiograficznej opowieści jest już bardziej zbieżny - św. Krzysztof miał mieć kostur (kij), który niespodziewanie zakwitł. Postanowił więc się nim pochwalić i wstąpił do armii rzymskiej, gdzie przekonywał innych żołnierzy o potędze Boga (według nomenklatury dawnego reżimu: "siał ferment"). Tym, co jednak jest szczególnie istotne to fakt odmiennego rozumienia w obu kościołach imienia Krzysztofa, a więc "christophoros" - "niosącego Chrystusa". Dla łacinników była to podstawa legendy o przeprawie z Dzieciątkiem, dla prawosławnych zaś oczywiste nawiązanie do określenia, jakie nadawano tym chrześcijanom, którzy przyjęli Komunię. Skąd jednak pomysł, by św. Krzysztof miał ciało psa? Tutaj poglądy historyków są różne - jedni wiążą to z postacią Anubisa i Hapiego, inni z podobnymi przedstawieniami jeszcze z czasów starożytnej Grecji. Dla nas bardziej istotne jest to, jak starano się wytłumaczyć ich istnienie.

O tym, że psiogłowcy istnieli miały zaświadczać legendy o św. Andrzeju i św. Bartłomieju, którym przypisywano głoszenie Dobrej Nowiny w państwie Partów. W "Mieście Boga" św. Augustyn idzie krok dalej. Nie wierzy w ich istnienie, ale zakłada, że jest to możliwe, choć mało prawdopodobne. Skoro tak, i postaci te mają ludzkie ciało, to muszą należeć do "wspólnoty ludzkiej", a więc wywodzić się od Adama. Ergo mogą być zbawieni. I tą oto wątpliwością z szesnastej księgi swojego największego dzieła rozpoczyna spór ciągnący się przez całe średniowiecze. Św. Izydor z Sewilli, pierwszy encyklopedysta tego okresu, twierdzi, że skoro psiogłowcy są dzicy, to zachowują się jak zwierzęta, a więc nie mogą liczyć na życie wieczne. Paweł Diakon dodaje ponadto, że pili ludzką krew i pożerali się nawzajem, gdy nie udało im się upolować jakiejś ofiary. Dopiero IX-wieczny skandynawski misjonarz Rimbert postanowił odwołać się do "autorytetu" w tych sprawach i wysłał swoje zapytanie do jednego z największych ówczesnych ośrodków myśli intelektualnej - klasztoru w Corbie. Rimbert obawiał się, że w Skandynawii, uznawanej wówczas za dosłowny "koniec świata", natknie się na te dzikie stwory. W końcu raz już miały zrobić krzywdę misjonarzom. Wieść niosła, że dziadek św. Merkuriusza wraz z rodziną spotkali kynocefali. Dziadek przypłacił to życiem, zaś ojciec świętego cudem uratował się, gdy z nieba zstąpił anioł, uspokoił psiogłowców i, co więcej, zostali oni kompanami rodziny świętego.

psiogłowiec z kroniki schedla

Mnich z Corbie, Ratramnus odpisał z nieprawdopodobą powagą. Wykazał, że skoro psiogłowcy ubierają się w stroje, a więc mają poczucie wstydu, to są w stanie wybierać między dobrem a złem. A więc przyrównał ich do gigantów, cyklopów i innych stworzeń, które mogą liczyć na zbawienie. Jednakże nauki Ratramnusa nie miały większego wpływu na myśl scholastyczną średniowiecza - już w XI w. został oficjalnie potępiony na synodzie w Vercelli, ale nie za twierdzenia odnośnie psiogłowców, ale stworzoną przez siebie doktrynę transsubstancjacji (przeistoczenia). Z tych przyczyn kynocefale nadal budziły lęk i kolejny wielki encyklopedysta (XIII-wieczny Vincent z Beauvais) straszył, że "psiogłowcy zachowują się jak ludzie, a gdy są nastawieni pokojowo, to są mili jak człowiek, ale kiedy wpadają w szał, stają się okrutni i odwzajemniają się ludziom". Pozwoliło to jednak utrwalić się pewnemu stereotypowi wyglądu psiogłowców. Umieszczona obok ilustracja to fragment strony z "Kroniki Schedla", jak zwyczajowo nazywa się "Liber Chronicarum" z 1493 r., norymberskie dzieło, które miało w swym zamierzeniu opisać całą historię świata od stworzenia do chwili wydania, a nadto zilustrować znane krainy i miejscowości. Dokonali tego wspomniany Hartmann Schedel, który odpowiedzialny był za warstwę tekstową pracy oraz największy ówczesny grafik norymberski Michael Wolgemut, znany przede wszystkim jako nauczyciel młódego Albrechta Dürera. Przedstawiony kynocefal to właśnie jedna z postaci w tej księdze. Widać, że żyje trochę nie po "cywilizowanemu", skoro nie nosi butów oraz odziany jest w zgrzebne ubranie. Zarazem jednak nie jest nagi, co wskazuje, że wydawcy byli raczej za określeniem psiogłowców jako istot ludzkich. W tym miejscu warto więc wspomnieć, że na Mapie z Hereford psiogłowcy są nadzy i wcale się tego nie wstydzą, tylko rozmawiają ze sobą bez zażenowania... (link).

Żeby nie było - psiogłowcy nie istnieją. Ale sam problem, czy coś jest istotą ludzką czy nie, spędza sen z powiek wielu ludziom. I nie mówię tu o problemie "in vitro" czy aborcji, który "uaktywnia się" w okresach kampanii wyborczej, lecz o nowoczesnej kwestii, eksponowanej bardzo w filmach na Halloween. Pytanie jest proste: czy zombie to ludzie? Wiemy, że nie istnieją, ale jeśli na skutek jakiegoś uwalniającego się z laboratorium wirusa, takie istoty powstaną, jak je traktować? Bo przecież łączy je z psiogłowcami tak wiele - dzikość, zagrożenie jakie sprawiają... No cóż, widać, że w pewnym sensie musimy sobie odpowiedzieć na podobne pytanie, co ludzie średniowiecza. A póki co, może lepiej zabrać się za Halloweenowy odcinek serialu "Walking Dead"?