czwartek, 28 października 2010

Najdrapieżniejsza kobieta w malarstwie

Halloweenowych postów ciąg dalszy. Dziś postaram się napisać coś ciekawego na temat mało znanego obecnie artysty, który specjalizował się w przedstawianiu kobiet w okresie przełomu XIX i XX w. Jak wiadomo czas fin de siècle'u i żywych tendencji dekadenckich sprzyjał przypisywaniu kobiet demonicznych cech zarówno w literaturze, jak i sztukach wizualnych. Wampirzyca u Muncha wgryza się w szyję swojej męskiej ofiary, która dała się zwieść jej długim rudym włosom i seksownemu obliczu. Słabość "płci brzydkiej" wykorzystuje naga kobieta w "Szale uniesień" Podkowińskiego, gdzie męski widz zaznaczony jest jako ujeżdżany przez nią ogier, toczący pianę z pyska. Podobnych obrazów jest bez liku. Jednak moim zdaniem najbardziej przerażająca jest współczesna Meduza ze skrzydłami na obrazie Alberta-Josepha Pénot - daleka poprzedniczka współczesnej Batwoman.

batwoman-AlbertPenot

Na pierwszy rzut oka nie jest tak źle - ot taka sobie młoda naga kobieta ze skrzydłami nietoperza. Nieraz widzieliśmy coś podobnego. Skuta Angelika z obrazu J.-A.-D. Ingresa ("Roger uwalniający Angelikę" z 1819 r.) jawi nam się w podobnej pozie. Na obrazie Ingresa młoda dziewczyna także eksponuje wszystko, co ma w sobie najlepsze, a jej dłonie przytwierdzone są do skały pilnowanej przez smoka. W przypadku Pénota kobieta idzie krok dalej - nie tylko organizuje cały obraz, ale wręcz przytłacza go swoją tajemniczością i drapieżnością. Jej wyciągnięte dłonie przypominają rzucanie zaklęć przez wszechmocną wiedźmę czy wykonywanie szamańskich rytuałów. Grozę potęguje też tło, wzburzone niebo, ciemne chmury oraz fakt, że znajdująca się w tej dziwnej pozie postać unosi się w powietrzu. Jest więc pewnym stadium pośrednim między człowiekiem a nietoperzem, chimerą, hybrydą, o wiele potężniejszą od przeciętnej jednostki. Skołtunione włosy rozwiewane przez podmuchy wiatru powodują, że odbiorca ma wrażenie, iż postać ta kontroluje niemal wszystkie żywioły. Ucieleśnia więc nie tylko erotyczne marzenia, ale co gorsza uzyskuje nad widzem nadnaturalną przewagę. Skrzydła są symbolem jej złowieszczej natury, a włosy wskazują, że potrafi ona wręcz "opleść" swoją ofiarę wokół palca. O takich to istotach żyjący wówczas wiedeński psychiatra Otton Weininger pisał: "Kobiety nie mają ani istnienia, ani jestestwa, nie istnieją i są niczym". Do tego dodał także, że "mężczyzna nisko stojący stoi tedy jeszcze nieskończenie wysoko ponad kobietą najwyżej stojącą". Widać tego drugiego zdania Pénot już nie podzielał, skoro kazał swej postaci lewitować i patrzeć na odbiorcę "z góry".

Gabriela Matuszek, jedna z najlepszych historyczek literatury zajmujących się przełomem XIX i XX w., bardzo lakonicznie i trafnie opisała to zjawisko. Zarazem dochodziło do demonizacji kobiety, jak i jej idealizacji. W ten sposób przenoszono ją w sferę metafizyczną (transcendentalną), zaś połączenie kobiety z demonem pozwalało zatrzeć tę granicę sennych marzeń i koszmarów na rzecz wyuzdanej niekiedy cielesności (cały artykuł pt. "Kultura contra natura?" z "Dekady Literackiej" z 1997 r. można znaleźć tutaj - link).  Przedstawiona obok nietoperzyca z obrazu Pénota powstałego prawdopodobnie w 1890 r. jest właśnie takim symbolem. Element pogranicza świata realnego i metafizycznego to nie tylko skrzydła tej harpii czy syreny, ale także specyficzna poza. Ujęcie, w którym kobieta opiera się na jednej nodze jakby kroczyła, przez długi czas zajęte było dla postaci alegorycznych, symbolizujących cnoty czy konkretne cechy charakteru. Tutaj cała kobieta jest jednym wielkim symbolem - przekraczającej wszelkie granice żądzy destrukcji wnętrza widza.

Odwołanie się do harpii jest tu szczególnie istotne, gdyż stwory te rozpalały ludzką wyobraźnię już od wieków. Uznawano je za piękne, a już na pewno "pięknowłose". Skrzyżowanie kobiety z ptakiem dopiero z czasem przekształciło się na skutek pomylenia z Gorgonami w brzydkie istoty. Kolejne pokolenia dodawały szpony, ostre skrzydła i inne części ciała, które wskazywały na to, że kontakt z harpiami raczej nie należał do najprzyjemniejszych. Powiązano je też z syrenami, o których cechach była mowa kilka postów niżej. Albert-Joseph Pénot poszedł krok dalej i stworzył swoją własną wizję uskrzydlonej postaci kobiecej.

Ów malarz to niezbyt znany artysta, o którym warto więc co nieco powiedzieć. Urodził się w 1862 r., zmarł zaś w 1930 r. Był uczniem Gabriela Ferriera, od którego prawdopodobnie nauczył się trudnej techniki malowania kobiet. U obu tych artystów pojawiają się bowiem przedstawicielki płci zazwyczaj pięknej w pozach co najmniej "egzotycznych", ale też bardzo demonicznych. Węże (u Ferriera w "Salammbo" z 1899 r., a u Pénota w "Wężu" z 1905 r.) zwiastują niebezpieczeństwo, z którym przedstawione kobiety zdają się być mniej lub bardziej obeznane. Obaj byli też Salonowymi artystami, którzy świetnie radzili sobie w tym schyłkowym okresie fascynacji sztuką "akademicką". Pénot otrzymał np. w 1908 r. trzeci medal na paryskiej wystawie. Tak więc fakt, że w chwili obecnej nie mieści się w kanonach malarstwach wytłumaczyć chyba można tylko tym, że jemu współczesnymi byli tacy nowatorzy jak Cezanne, Picasso czy Seurat.

albert-joseph-penot-1923-le-reflet-rouge

Pénot wrócił do tego pomysłu raz jeszcze, tym razem w 1923 r. "Czerwone odbicie", bo taki tytuł nosi ukazany obok obraz, po raz kolejny przedstawia lewitującą kobietę. Tym razem jednak nie trzyma ona wyciągniętych rąk, nie rzuca klątwy na widza, lecz raczej unosi się w przestworzach potęgą swej wyjątkowości. Artysta pozbawił ją także tych czarnych skrzydeł, ale nadal utrzymał rozwiane włosy. Malowidło to przedstawia już więc kobietę nieco przyjemniejszą, nie tak upiorną, ale wciąż "nieziemską", jeśli chodzi o jej cechy. Jak bowiem wytłumaczyć to, że wraz z tajemniczą szarfą oplatającą jej nogi, znajduje się ona na pograniczu ciemnej otchłani i równie upiornej czerwonej łuny. Kłęby dymu albo wzburzone chmury - widz pozostawiony jest z tym zagadnieniem bez odpowiedzi. Może więc przedstawiona postać ma coś na sumieniu, jakiś pożar trafiący ludzki świat i odbierający życie, a artysta po prostu nam tego nie przedstawił? Pojawia się zatem po raz kolejny ten sam problem i widz przeczuwa, że za tą kuszącą cielesnością kryje się "drugie dno", ból, cierpienie, rozpacz. Sama zaś stylistyka pracy jest już na wskroś nowoczesna. Widać bowiem, że Pénot w swym dziele ewoluuje w kierunku surrealizmu, przy czym ów "głębszy" od rzeczywistego świat kreuje nadal przy pomocy akademickich środków.

Batwoman, postać ze świata komiksów o herosie z Gotham City, na pewno nie była inspirowana analizowanym na wstępie obrazem. Ale ma z nią wiele wspólnego i jest to nie tylko fakt, że tytuł obrazu Pénota z ok. 1890 r. to "Kobieta - nietoperz". Obie te postacie wydają się niedostępne, obie kryją się za maską. O ile w przypadku bohaterki serii DC Comics tę niedostępność podkreślono w ten sposób, że w ostatnich latach uczyniono z niej lesbijkę zamiast kontynuowania wątku o jej próbach rozkochania w sobie Bruce'a Wayne'a, to Pénot poszedł w zupełnie innym - stricte artystycznym - kierunku. Świat oddany wręcz został pod władanie tej pięknej, ale i drapieżnej istocie. Warto się przyjrzeć sposobowi malowania. Im bliżej górnej krawędzi obrazu, tym pociągnięcia pędzla są mniejsze, tło bardziej szczegółowe, chmury rozpoznawalne. Na dole zaś mamy do czynienia właściwie z monolitem kolorystycznym, prawie żadnymi szczegółami i taki sposób pokrywania farbami płótna "wchodzi" wręcz na nogi postaci. W ten sposób widz odnosi wrażenie, że kobieta - nietoperz wyłania się z tej ciemności, to ona ją konstytuuje. Niewiasta więc jest niejako cielesną intensyfikacją tej nieprzeniknionej czerni, a być może nawet metafizycznej pustki. Maska zaś to wbrew pozorom pełna grozy twarz przedstawionej postaci. Diabelskie, wyzywające spojrzenie, które wymusza zajęcie określonej postawy wobec widza. Kobieta rzuca mu wyzwanie, ale sama (jak na obraz przystało) nie chce się poddać jego odpowiedzi. W swym wrażym spojrzeniu pozostaje nieugięta i chyba z tego powodu obraz ten ma swoją renomę w środowiskach osób lubujących się w "ciemnej" muzyce czy sztuce.

Moim zdaniem ten obraz bardziej przeraża niż przedstawienia wampirów, kobiet - modliszek odgryzających głowy (i inne członki) swoich kochanków czy innych prac modernistycznych. Bo oto mamy do czynienia z dziełem "zupełnym", w którym ofiarą staje się sam widz. To on najpierw podejmuje się niebezpiecznej czynności oglądu pracy, by wreszcie bezsilnie odwrócić wzrok. Czarnowłosa pozostaje zaś w tej samej pozie i rzuca urok czy klątwę na kolejnego odbiorcę w procesie, który trwa już około 120 lat. To moim zdaniem jeden z największych walorów sztuk zarówno wizualnych, jak i literackich czy muzycznych - odbiór każdego człowieka jest inny, ale zawsze równie szczery i niezależny.