wtorek, 27 marca 2012

Ekomiasta i droga ku przyszłości

Ostatnio dał mi do myślenia fakt, że najpóźniej 12 marca tego roku liczba ludzi na świecie przekroczyła 7 miliardów. Siedem bilionów takich samych stworzeń razem tworzących niespotykaną w przypadku innych gatunków sieć powiązań... i liczba ta stale rośnie. Cóż tej gigantycznej wspólnocie jestem w stanie dać ja - zapracowany koleś z trudem radzący sobie z dwiema wizjami swojego życia, niepotrafiący zdecydować w jakim kierunku podążyć, co z kolei przekłada się na średnio 3-4 godziny snu na dobę. Takie pytania zapewne nie jeden raz zaprzęgną do pracy moje szare komórki, ale pewnie chociaż część Czytelników stawia sobie podobne pytania. Na ile jesteśmy wyjątkowi i ile możemy dać innym. Jak żyć? (o to już pytano nawet "wszechwiedzącego" premiera, który nie potrafił udzielić odpowiedzi) Częściowo taką odpowiedź próbują dać współcześni architekci i urbaniści, pokazujący jak wielkim zagrożeniem i wyzwaniem jest postępująca degradacja środowiska. To spod ich desek kreślarskich wyszły plany przekształceń istniejących miast lub stworzenia "na surowym korzeniu" nowych struktur miejskich, które w mniejszym stopniu lub w ogóle nie będą obciążać naszą planetę. To im też poświęcę dzisiaj kilka słów, bo niektóre z tych pomysłów choć godne pochwały, ocierają się niekiedy o granice absurdu. Zanim jednak do tego dojdziemy, sięgnijmy w przeszłość do znanej koncepcji miasta-ogrodu Ebenezera Howarda, która jako pierwsza w tak wielkim stopniu wskazała na potrzebę przybywania w przyjaznym, naturalnym środowisku.
Przedstawiona obok ilustracja ukazała się w wydaniu z 1900 r. książki "Jutro: Pokojowa ścieżka do rzeczywistej reformy" (pierwsze wydanie było z 1898 r.), ale szybko zmieniono tytuł na ten pod jakim obecnie jest znana - "Miasta ogrody jutra". Jak widać, miasta miały być pozbawione slumsów i dymu, co dość szybko przyniosła efekt urbanistyczny. Rok po pierwszym wydaniu książki E. Howard założył Stowarzyszenie Planowania Miast i Wsi, a już w 1903 r. Barry Parker i Raymond Unwin przystąpili do realizacji w Letchworth pierwszego miasta zaplanowanego zgodnie z założeniami E. Howarda. Organiczne były nie tylko przestrzenie miasta, ale i jego rozwój. Siedziby ludzkie miały być zgrupowane w centrum, otoczone tzw. pasem żywicielskim, gdzie uprawiano rośliny niezbędne do zaspokojenia potrzeb ludności. Gdy ludność centrum osiągnęła limit (w tym wypadku 12 tysięcy osób) miasto miało stworzyć miasto-satelitę, które oddalone o ów pas farm miało rozwijać się od początku. Całość zaś Howard planował skomunikować za pomocą kolei. Łatwo dostrzec, że plan ten był dość dopracowany, chociaż nie do końca - miasto satelickie miało mniej miejsca na farmy, a także na swój własny rozwój ograniczane innymi satelitami miasta centralnego. W ten sposób miasta te nie były sobie równe. Problemem też było uwzględnienie warunków geograficznych, niemniej akurat ten problem można dość łatwo ominąć.
Mi osobiście koncepcja ta kojarzy się z wcześniejszą, tzw. koncepcją Victorii opracowaną przez Benjamina Warda Richardsona. Wydał on w 1849 r. książkę "National Evils and Practical Remedies", a więc o tytule ewidentnie odpowiadającym ówczesnym tendencjom do odgórnego "uzdrawiania" społeczeństw, w której zaprezentował de facto pierwsze miasto "kapitalistyczne". Klasa najbardziej majętna miała zamieszkiwać w centrum, zaś robotnicy w slumsach zgrupowanych na obrzeżach. Centrum zaś dodatkowo podkreślała wyższa architektura niż ta przy rogatkach miasta, tworząc z niego swoiste 10-tysięczne panopticum. Pomysł Howarda jest więc odwrotnością tego rozwiązania, bo w centrum planował on umieścić budynki użyteczności publicznej - parki, biblioteki, muzeum, teatr i ratusz. Proekologiczny charakter tej koncepcji jest więc oczywisty: domy mieszkańców miały posiadać ogrody, zaś ludność szerokimi bulwarami i główną aleją docierać do oddzielonych od tej sfery miejsc pracy i fabryk. Całe miasto zaś otoczono linią kolejową, tworząc naturalną barierę przed jego rozrastaniem się.
Tym, co szczególnie istotne w przypadku Howarda jest fakt, że na różne sposoby rozumiano jego ideę. Projektanci zafascynowani tym pomysłem tworzyli coraz to bardziej skomplikowane plany, minimalizujące zagrożenia, jakich nie dostrzegał Howard. Stąd też kolejne miasta-ogrody jak niemieckie Hellerau (1907), katowicki Giszowiec (1907-1910), Woodbourne (obecnie dzielnica Bostonu) czy Canberra oddalały się powoli od pierwotnych rozwiązań, chociaż nadal starały się utrzymywać poszczególne sfery życia jednostki z dala od siebie, wiążąc przede wszystkim miejsca mieszkalne z zielenią miejską. Pluralizm tego rodzaju rozwiązań miał jednak swój pozytywny wydźwięk - w 1933 r. przyjęto wreszcie oficjalnie doktrynę, która nam wydaje się obecnie oczywista: Międzynarodowy Kongres Architektury Nowoczesnej (CIAM) uznał, że idealne miasto ma zapewniać jednostce słońce, przestrzeń i zieleń. Karta Ateńska, która wyznaczyła ramy urbanistyki i architektury na kolejne trzy - cztery dziesięciolecia, stwierdzała wyraźnie, że "po błędach ostatnich stu lat architektura musi znów służyć człowiekowi, musi porzucić ideowy pompieryzm, musi pochylić się nad jednostką i tworzyć dla niej urządzenia, które będą określać i ułatwiać jej życie" (cytat za: Magdalena Szczepańska, "Miasto-ogród jako przestrzeń zamieszkania, pracy i rekreacji", "Studia Periegetica. Zeszyty Naukowe Wielkopolskiej Wyższej Szkoły Turystyki i Zarządzania w Poznaniu", rok 2011, nr 6, s. 87).
Przedstawiona obok fotografia została wykonana w Zjednoczonych Emiratach Arabskich w styczniu tego roku, choć niestety nie przeze mnie ;( To tam powstaje miasto idealne naszych czasów. Przyświecający bajecznie bogatym szejkom cel to wydać około 20 miliardów amerykańskich dolarów do 2025 r., by stworzyć pierwsze miasto na świecie, które nie będzie emitować dwutlenku węgla do atmosfery ani nie będzie generować jakichkolwiek odpadów. Zwarta forma i nowoczesne technologie stworzyć mają nowy typ miasta, które będzie całkowicie samowystarczalne. Zewnętrzny mur spowoduje, że burze piaskowe (jak ta z najnowszej części "Mission Impossible") nie będą utrapieniem, a komunikacja miejska zastąpi jakiekolwiek inne pojazdy. Szachownicowa zabudowa, która mi osobiście z lotu ptaka przypomina plany niektórych założeń z czasów starożytnego Bliskiego Wschodu, wspierać będzie okresowe przewietrzanie głównych arterii, dzięki czemu atmosfera w mieście nie będzie nigdy "gęsta". Brzmi jak utopia? Było takich wiele, ale niektóre z tych elementów już są stosowane w innych ekomiastach. Po raz pierwszy jednak przy tak liczebnym mieście (50 tysięcy mieszkańców oraz 60 tysięcy dojeżdżających codziennie pracowników z pobliskich ekumen) urbaniści głowią się, jak zakomponować budynki, by do podstawowych usług od miejsca zamieszkania nigdy nie było dalej niż 200 metrów. Czy im się uda, przekonamy się już za ok. 2020-2025 roku, chociaż niestety ze względu na kryzys na kilkanaście miesięcy budowa została zahamowana.
Mnie jednak z całej koncepcji Masdaru najbardziej urzekła idea tzw. "Centrali" czyli obiektu, który pozyskiwać będzie energię słoneczną na swoje potrzeby. Energia ta napędzać ma maszyny, których oprogramowanie przesuwać je będzie w taki sposób, że same wzniosą pozostałe elementy budynku. Samobudujący się obiekt? Co by o tym nie mówić, jest to budujące ;) Zwłaszcza, że inne  miasta idealne (czy raczej komuny) wciąż nie mogą wyjść z fazy "inkubacji". Dotyczy to zwłaszcza najsłynniejszego z nich czyli Auroville. Znajdujące się w południowych Indiach miasto chwali się na swojej oficjalnej stronie (link), że "pragnie być wszechstronnym miastem, gdzie mężczyźni i kobiety z wszystkich krajów mogą żyć w pokoju i rozwijającej harmonii ponad wyznaniami, polityką i narodowościami. Celem Auroville jest zrealizować ludzką jedność". Jeśli wydaje Wam się, że to brzmi jak napis na tabliczce zawieszonej na drzwiach squatu, to spieszę wyjaśnić, że idea wyłoniła się w latach 60., a w 1968 r. Mirra Alfassa (zwana "Matką") oraz architekt Roger Anger stworzyli podwaliny pod tę futurystyczną wioskę.
W 1973 r. założycielka Auroville odeszła do krainy wiecznej medytacji i dopiero niedawno, bo w 2008 r. ukończono centralną świątynię w mieście czyli tzw. Świątynię Matki (Matrimandir). Obiekt z jednej strony kultywuje rolę jaką odegrała Mirra Alfassa uznając ją za "symbol Boskiej odpowiedzi na ludzkie potrzeby doskonałości" (cokolwiek by to miało oznaczać), a z drugiej nie przynależy do żadnej sekty czy kościoła. Każdy może tam rozwijać się duchowo (jako że praktyki i rytuały religijne są zakazane), a najlepiej czynić to poprzez ćwiczenia jogi integralnej. Na jodze się nie znam (chociaż kwiat lotosu w miarę mi wychodzi), ale czy rzeczywiście takie skoncentrowanie tego obiektu tylko na jednej ze szkół medytacyjnych nie narusza owej granicy awyznaniowości Auroville? Jeśli dodamy do tego fragmenty z Karty założycielskiej, że "Auroville ma być miejscem niekończącej się edukacji, stałego rozwoju i niestarzejącej się młodości", "by żyć w Auroville trzeba być pokornym sługą Duchowej Świadomości" oraz "Auroville będzie terenem materialnych i duchowych rozwojów żywego wcielenia aktualnej Ludzkiej Jedności", to mi osobiście przypomina to posługiwanie się niedookreślonymi pojęciami i alegoriami, jakimi niegdyś szafowano w trakcie rewolucji francuskiej. Całość zaś dofinansowana jest oczywiście przez UNESCO, a także z biletów i opłat od turystów. Na mieście cień jednak ostatnimi laty rzuciła afera z wykorzystywaniem przez mieszkańców (około 2 tysięcy ludzi z 44 krajów, głównie Indii) okolicznej ludności, w tym dzieci, a także twierdzenia założycielki Centrum Eon dla Kosmologii, Patrizii Norelli-Bachelet, której zdaniem w trakcie trwającej 37 lat budowy Matrimandir znacznie zmodyfikowano plan świątyni niezgodnie z ideą "Matki". Nie zmienia to jednak faktu, że Auroville jest ciekawym eksperymentem zarówno społecznym, jak i urbanistycznym, zwłaszcza że budynki stawiane są w ten sposób, by przypominały z lotu ptaka ramiona galaktyki spiralnej. Nie byłbym sobą, gdybym na koniec wrzucił jeszcze jednej łyżki dziegciu. Rozbawiła mnie bowiem metoda nasycania dobrą energią wody, która przecież zgodnie z teorią jogi, podobnie jak pokarm, potrafi oddziaływać nie tylko na ciało, ale i na myśli oraz uczucia. Aby więc była "lepsza", nasyca się ją puszczaną w tle muzyką Bacha oraz Mozarta. Jak dla mnie fenomenalny pomysł, by coś takiego wprowadzić do polskich sklepów dla złaknionych nowości yuppie oraz zafascynowanych Orientem ekologicznych aktywistów (tylko czy jest to wystarczający konsumencki target?).
Jak widać miasta ekologiczne, niektóre nadal czerpiące z idei ogrodu (Edenu, Arkadii?), to przyszłość, która wielkimi krokami nadchodzi i nadejść musi w związku z wyczerpywaniem się surowców naturalnych. Także "na naszym podwórku" pojawiają się już takie mieściny, które można nazwać ekomiastami. W Londynie rozwija się projekt BedZED skoncentrowany na ograniczeniu emisji dwutlenku węgla, w mojej rodzinnej Bułgarii pięć kurortów tworzy tzw. Ogrody Czarnomorskie pozbawione ruchu kołowego, w Saragossie powstało osiedle Ecociudad Valdespartera, a niemieckie Erlangen przestawiło się na energię słoneczną. To właśnie u naszych zachodnich sąsiadów znaleźć można najwięcej takich pomysłów. Do rozpoczętej tam rywalizacji miast o miano najprzyjaźniejszego dla środowiska nawiązała nawet Japonia, organizując u siebie podobny konkurs. Kluczowym jednak etapem rozwoju jest Freiburg, kończący nastawianie się na energię słoneczną i modelowe miasto Hamm z niezwykle wydajną elektrownią. Z metropolii zaś, to Hamburg wraz z pobliskim Harburgiem rości sobie miano "ekologicznego miasta", na naszych oczach przeobrażając tereny industrialne w granicach landu. Także na południu Słowacy nie zasypiają gruszek w popiele (który też można wykorzystać jako surowiec energetyczny). Żylina, kojarząca się głównie fanom piłki nożnej jako siedziba dość dobrze grającego klubu sportowego i miejsce urodzin Duszana Kuciaka, niedługo ma zakończyć budowę (dzięki środkom unijnym) dzielnicy czerpiącej energię ze źródeł odnawialnych. Najdalej jednak poszły rządy pozaeuropejskie - w Ammanie powstaje dzielnica na wzór nieskończonego jeszcze Masdaru, a w Chinach parę kilkusettysięcznych miast ma prawie nie emitować gazów cieplarniach i czerpać energię ze źródeł odnawialnych. Akurat w tym ostatnim wypadku trudno się dziwić - szacunki są takie, że za niecałe 40 lat 99% PKB w Państwie Środka kreowane będzie w miastach. To zaś doprowadzi pewnie do jeszcze większej urbanizacji...
Do czego owa idea ekomiast doprowadzi, ciężko przewidzieć chyba nawet urbanistom. Z jednej strony skupić się muszą na energetycznej samowystarczalności, z drugiej - tereny zielone zwiększają obszar miasta, co wymusza większe koszty energetyczne transportu, świadczenia usług i zaopatrywania w niezbędne surowce mieszkańców. Oby więc efekt tych zmian był taki, jaki wynikał z pism Cycerona, który do obiegu wprowadził pojęcie "drugiej natury" (użytkowanej przez człowieka) obok "pierwszej", a więc naturalnej przyrody. Gdy w renesansie zajęto się ogrodami, to nie sposób było nie odnieść się do tekstów rzymskiego mówcy. Jacobo Bonfadio i Bartolomeo Taegio wprowadzili w 1541 r. pojęcie "trzeciej natury", a więc tej, która w pewien sposób ucieleśnia obydwie wyżej wspomniane. Do niej też nawiązują twórcy ekomiast, tworząc z nich swoiste ekosystemy. Czas więc trzymać za nich kciuki, by wreszcie był to ekosystem, o jakim marzą filozofowie i urbaniści od starożytności.