sobota, 3 marca 2012

Alfons Mucha i jego wizja historii Słowian


Mało które dzieła sztuki ukazują zapatrywania ideologiczne artystów, jak te które powstały w celach stricte propagandowych czy politycznych. Oczywistym jest, że wiele prac często musiało powstawać na przekór skrywanym poglądom danego malarza czy rzeźbiarza (czego przykładem są choćby dzieła powstające w okresie rewolucji francuskiej i bolszewickiej, a także w Europie środkowej i środkowo-wschodniej po 1945 r.), stąd też oceniając poglądy artystów najlepiej korzystać z prac tych, którym celowo – mając do dyspozycji pewną swobodę twórczą – nadali ów specyficzny ideologiczny charakter. Nie inaczej było z Alfonsem Muchą, który po okresie wielkiej sławy, jaką dało mu wykonywanie plakatów i współpraca z Sarą Bernhardt, powrócił w 1910 r. na stałe do Pragi, by po raz kolejny tuż po I wojnie światowej podjąć się za granicą istotnych prac artystycznych. Jedną z nich było udekorowanie sali paryskiego ratusza w 1921 r. i w tym samym roku wydał także książkę „Historyczne obrazy narodów słowiańskich”, którą opublikowało muzeum w Brooklynie.
Choćby pobieżna analiza książki, która będzie przedmiotem naszego zainteresowania, wskazuje, że przede wszystkim koncentrował się on na dziejach Czechów, chociaż specyfika ujęcia wizualnego tematów i ich opisów sugeruje, jakby zdarzenia te w mniejszym lub większym stopniu dotyczyły całej ludności słowiańskiej, choć nie zawsze mogły przebiegać podobnie. W pewnej mierze zainteresowanie tym zagadnieniem wynikać musiało z polityki, jaką zajęły Stany Zjednoczone w okresie I wojny światowej, która wyraźnie prowadziła do rozbicia imperiów niemieckiego, habsburskiego i rosyjskiego w tym regionie i powstania państw względnie jednolicie zamieszkałych pod względem narodowościowym. Z drugiej strony A. Mucha mógł cieszyć się nadal sławą w USA, podczas gdy w Paryżu jego nazwisko straciło dość szybko na znaczeniu w kilka lat po słynnej Wystawie Światowej w 1900 r., kiedy to wykonał liczne dekoracje na jej potrzeby (za dekoracje pawilonu Bośni i Hercegowiny otrzymał srebrny medal). Zdawał sobie z tego sprawę już wcześniej, toteż w 1904 r. po raz pierwszy zawitał po drugiej stronie Atlantyku, gdzie nadal tendencje floralnej secesji traktowane było jako coś nowego i twórczego, uzyskując także kilka istotnych zamówień. Z drugiej strony jednak pobyt ten nie w pełni go zadowolił – artysta liczył na dużo większe zainteresowanie niż był w stanie zaoferować mu rynek amerykański, w pewnym stopniu jeszcze niedojrzały, by równać się z rynkiem artystycznym Paryża, Londynu czy Wiednia. Nie satysfakcjonowały go także wykłady, jakie dawał w Nowym Jorku, Filadelfii i Chicago, wyraźnie dając do zrozumienia, że realizuje się przede wszystkim poprzez sztukę.
Powrót do Pragi spowodował, że artystę witano jako jednego z najprzedniejszych przedstawicieli swojej generacji, a już na pewno jako najlepszego artystę czeskiego. Zresztą swojego pochodzenia malarz nigdy się nie wypierał, był z niego nieprzeciętnie dumny i rodziło się w nim poczucie, że swoją artystyczną działalnością może przyczynić się do zachowania kultury czeskiej, a może nawet uzależnienia tego regionu od monarchii habsburskiej. Warto jednak przypomnieć, że w owym czasie administracja Austro-Węgier celowo starała się wykorzystać spory pomiędzy poszczególnymi narodowościami, liczącymi na uzyskanie większej władzy w ramach monarchii trialistycznej czy federacyjnej, jak udało się to Węgrom w połowie lat 60.
Mucha zaczął więc realizować swoje zamówienia od prac w holu w Obecnim Dumie w Pradze. Uzyskując z czasem wsparcie bogatego przemysłowca Charlesa R. Crane’a (notabene w tym czasie także odpowiedzialnego za kontakty dyplomatyczne i handlowe z Chinami, a wcześniej wiele lat wspierającego Tomasa Masaryka i Pawła Miliukowa), miał właściwie nieograniczone możliwości przedstawienia dziejów Słowian na dwudziestu doprawdy monumentalnych płótnach. Temu też towarzyszyło wydanie wspomnianej książki, zanim jeszcze doszło do zrealizowania wszystkich prac. Ostatecznie zamysł, który nabrał pierwszych realnych kształtów w 1908 r., a zintensyfikowany został dopiero przed I wojną jako tzw. „Epopeja słowiańska”, ukończony został w 1928 r. Artystę czekał jednak srogi zawód – prace przyjęte zostały chłodno jako zbyt akademickie, przebrzmiałe w swym patosie i na krytyczny ich odbiór nie wpłynęło nawet ich dobre techniczne wykonanie i przekazanie narodowi czeskiemu w darze. Malarz zraził się tym, zwłaszcza że wcześniej w 1911 r. przedstawił już na wystawie w Pradze 11 malowideł z tego cyklu, a potem w 1921 r. niektóre z nich ukazano w Nowym Jorku i Chicago, gdzie także się bardzo podobały. Nadal jednak uważał, że jest w stanie poprzez swoją sztukę dać coś więcej narodowi, toteż jego ostatnie płótno wykonane przed śmiercią w 1939 r. nosiło tytuł „Słowiańska przysięga jedności”, jakby aspirując do porównywania go z podobnymi tematami jak podjęty przez J.-J. Davida czy liczne ilustracje przysięgi w Rütli.
Cóż ciekawego wyczytać możemy w owej publikacji towarzyszącej nowojorskiej wystawie obrazów z serii „Epopei słowiańskiej”? Mucha, podobnie jak inni artyści, w których środowisku się obracał (ze schorowaną wówczas S. Bernhardt na czele), kształtował swoją biografię, dodając trochę elementów, które już na pierwszy rzut oka, wydają się trochę naciągane. Czytelnik przewodnika po wystawie już na pierwszej stronie prezentującej biografię artysty dowiaduje się, że „zanim potrafił chodzić lub mówić, pamięta, iż leżał w swej przestronnej drewnianej kołysce i zapalczywie spoglądał na mieniące się światła rodzinnej choinki”. Ogólnie jednak opis życia artysta powoduje, że ukazany został jako zawsze stojący na pograniczu rzeczywistości i nad wyraz sugestywnego świata sztuki. I tak fakt, że został chórzystą w katedrze św. Piotra w Brnie (na wyraźną prośbę swojej matki) dopełniony został przez ciągoty młodzieńca, by jednak zająć się sztukami plastycznymi. Rzeczywistość była jednak nieco odmienna, gdyż z uwagi na mutację chłopiec nie był w stanie podołać niektórym wokalnym zadaniom. Już bliższe prawdzie były opisy biedy, jakiej doświadczał w trakcie nauki w gimnazjum, koncentrując się wówczas przede wszystkim na lekcjach rysunków. Czytelnika wręcz bawić może jednak opis tej biedy, w której talent artystyczny A. Mucha przejawiał się w zaznaczaniu kredą i węglem granicy kromki chleba, jaką mieli każdego dnia spożyć współlokatorzy. Z kolei niezwykle ogólnie opisano nieskuteczną próbę dostania się przez Alfonsa do Akademii Sztuk Pięknych w Pradze. Zwiedzający wystawę może przeczytać w przewodniku, że to jeden z profesorów zaproponował, by artysta zajął się raczej pracą urzędniczą (jako pisarz sądowy), co jednak nie zraziło malarza i postanowił zatrudnić się w wiedeńskim Burg Theater jako pomocnik dekorującego przedstawienia teatralne. Ostatecznie jednak także w tym miejscu Mucha nie zagrzał długo, bo w 1882 r. teatr spłonął (nowy oficjalnie otwarto w 1886 r. i dekoracje w nim wykonywał m.in. Gustav Klimt), toteż artystę po prostu zwolniono.
Wróćmy jednak do prac A. Muchy zamiast wytykać mu chęć przedstawienia siebie w jak najlepszym świetle ;) Przewodnik podaje, że to, co zwiedzający mogli oglądać w Nowym Jorku, jest wynikiem wieloletniego zamierzenia, które ukazać miało w sposób symboliczny „charakter i aspiracje narodów słowiańskich”. Co więcej poprzez historię artysta chciał także ukazać ewolucję tych narodów od czasów najdawniejszych (temu służyć miało przedstawienie kultu w świątyni Świętowida w Arkonie) do czasów najnowszych, ale ujętych dość idealistycznie. W tej pierwszej scenie, zakomponowanej jako rozgrywająca się w powietrzu walka między siłami Świętowida i Thora malarz ukazał, jak germańskie bóstwo pokonuje słowiańskiego boga. Z łatwością można zatem dostrzec, że to wojska z Zachodu ucieleśniają opresyjną siłę, podczas gdy padający w walce Słowianie bardziej skłonni są do pokoju, poświęcenia się wyższym celom, kulturze (takie znaczenie nadaje też pracy podtytuł "Kiedy bogowie ścierają się ze sobą, zbawienie jest w sztuce"). Zupełnie inaczej natomiast przedstawiono reakcję społeczeństwa rosyjskiego na ukaz cesarski z lutego 1861 r.,  w którym zniesiono poddaństwo na terenie Imperium Rosyjskiego. Artysta celowo ukazał ludzi jako niepewnych – z jednej strony cieszących się brakiem opresji, ale z drugiej nieświadomych tego, jak wyglądać będzie teraz ich życie, czym de facto jest wolność i jak ją wykorzystywać. Majaczący na drugim planie Kreml z uwypukloną katedrą św. Wasyla ukazano nieco schematycznie, podkreślając tym samym gęsto padający śnieg i mróz tłumaczący poskręcane ludzkie figury. Pozostałe trzy prace wystawione wówczas w Nowym Jorku ściśle już wiążą się z historią Czech i opisują ową „rewolucję religijną”, jaką zapoczątkował Jan Hus tłumacząc niezgodnie z doktryną Kościoła fragmenty „Pisma”. W pracy Muchy dostrzec można, że w pewien sposób idealizuje on tego doktrynera. Najpierw, korzystając z podobnego rozwiązania, jakie kilka dziesięcioleci wcześniej zastosował Jan Matejko w „Kazaniu Piotra Skargi” kontrastuje on płomiennego kaznodzieję, ręką podkreślającego swoją uniżoność i pobożność, z jego stanowczym stanowiskiem w kwestiach religijnych. Z drugiej strony zaś malowidła przedstawiono królową Zofię, ówczesną małżonkę Wacława IV, co podkreśla, że słowa praskiego kaznodziei przekonywać mogły nie tylko „maluczkich”, ale i sięgały dworu. Wyjaśnieniem tej sceny jest zdarzenie, jakie miało miejsce w 1412 r., gdy trzech młodych mężczyzn pod wpływem Jana Husa przystąpiło do badania cudu, jaki ponoć miał mieć miejsce w praskiej katedrze św. Wita. To wydawać by się mogło bezpieczne zadanie skończyło się jednak dla nich tragicznie, a całe miasto miało – zdaniem artysty – żyć w tym czasie w strachu, obawiając się rozruchów i tumultów. To zaś z czasem przekształciło się w legendę, iż wspomniane zdarzenie zwróciło większą uwagę na słowa kaznodziei.
Przedstawienie to jednak uzyskało na wystawie dodatkowy sens z uwagi na zamieszczenie go między ilustracją z dziejów Milica z Kromeriz a spotkaniem w Krizkach w 1419 r., gdzie husyci mieli jedną z ostatnich możliwości opowiedzenia się, czy chcą walczyć z wojskami królewskimi, czy jednak poddać się władzy Zygmunta Luksemburczyka. Ta pierwsza ilustracja jest o tyle intrygująca, że niezwykle rzadko w tradycji artystycznej podejmowano temat owego tajemniczego myśliciela religijnego, który w oczach A. Muchy wyprzedził nie tylko słowa  J. Husa, ale miał też w pewnym stopniu antycypować siłę kazań XIV- i XV-wiecznych dominikanów i franciszkanów. I choć teza ta ewidentnie nie daje się obronić historycznie (choćby działalność Arnolda z Brescii), to praca uzyskała przez to specyficzny, niekonsekwentny, religijno-świecki charakter. Jan Milic ukazany został bardziej jako otulona szatą sylwetka, stąpająca po rusztowaniu dopiero wznoszonego kościoła NMP przed Tynem w Pradze, co wiązać należy także z przekształceniem przez niego części miasta w "Nowe Jeruzalem". Różnorodne zaś pochodzenie poszczególnych postaci objawia popularność jego tez, dość znacznie wyolbrzymionych przez secesyjnego artystę.
Te kilka ilustracji wyraźnie ukazują z jaką łatwością można manipulować ukazywaniem historii i przenoszeniem jej na teraźniejszość. Z drugiej jednak strony Czesi przez dłuższy czas pozbawieni byli podobnego cyklu artystycznego, a z polskich rzadko kiedy w powszechnej świadomości występuje cykl stworzony przez przywołanego J. Matejkę, koncentrujący się przede wszystkim na czasach Piastów i Jagiellonów, gdzie jednak malarz dał upust swoim szowinistycznym zapatrywaniom i przedstawił m.in. scenę przybycia Żydów do Polski. To w tym upatrywał w pewnym zakresie upadku I Rzeczypospolitej, podczas gdy Musze przyświecał nieco inny cel – wskazanie wzajemnej koherencji dziejów Słowian z uwypukleniem roli Czechów kosztem bardziej licznych narodów. Nietrudno zatem zrozumieć, dlaczego cykl ten nie spotkał się z powszechną akceptacją. Choć dobrze wykonany, brakowało mu siły wyrazu, był – w mojej ocenie za mało polemiczny – a przez to zbyt koncyliacyjny. Z drugiej strony ukazywał dawne stulecia jako dość prostą linię rozwoju narodu od opresji z różnych stron (władza feudalna, Kościół) aż po wyzwolenie i mistyczne zjednoczenie wszystkich narodów słowiańskich. Takie zaś rozumienie dziejów, z uwagi na postęp nauk historycznych w porównaniu z przełomem XIX i XX w., nie zawsze spotkać się mogło z akceptacją jako zbyt upraszczające bieg historii. Z kolei mnie jako pół-Bułgara i pół-Polaka najbardziej podobało się ukazanie w tym cyklu bitwy pod Grunwaldem i cara Symeona...