wtorek, 19 lipca 2011

Indianie w oczach "niedzikiego" Zachodu

Ze "zmyślonego" pamiętnika kolonisty:
marzec 1856 r.
I wówczas, kiedy już pewien byłem oskalpowania, zjawił się Motyla Noga, wódz Czarnych Stóp, który zaprosił mnie na spotkanie, corocznie odbywane przez jego plemię, gdy natykało się na Indian szczepu Kudłate Torsy, przepędzających po preriach bizony. Obawiając się o swoje życie kiwnąłem głową, co potraktowane zostało jako zgoda i rad nierad udałem się do rozłożonego w tym celu wigmamu. Tam przed moimi oczyma jak spod ziemi wyrósł wódz drugiego plemienia "Winne Tur", co w języku Indian oznacza "silniejszy niż członek bizona", zaś Motyla Noga wyjął zza skórzanej przepaski fajkę pokoju. Gdzieś po drugim razie, gdy atmosfera zaczęła gęstnieć, zaś nasze płuca buchały żarem gryzącego dymu, pojawiła się przede mną ciemnowłosą squaw, która tańcząc przed zgromadzonymi w zapraszającym geście wyciągnęła do mnie swoją prawicę. Znów starając się uniknąć afrontu podążyłem za nią, a ona przedstawiła się, że nosi miano Ducha Czasu. Poszedłem więc z Duchem Czasu, i z tego Ducha oraz w tym Duchu zmorzyła mnie, bezbronnego, odurzonego fajką wędrowca z Bostonu, w swoim przestronnym tipi. To w wyniku tego przerażąjącego spotkania dziewięć miesięcy później powiła niemowlę, któremu przydano imię Clint Istny Łotr.

Czytając wspomnienia podróżników przemierzających połacie Ameryk aż do XIX w. natknąć się można na teksty bliskie tej wymyślonej przeze mnie historyjce. Konkwistadorom, kolonistom, wreszcie nawet rewolwerowcom, tereny zamieszkane przez Indian jawią się jako miejsce, gdzie dzień w dzień walczyć trzeba o przetrwanie, gdzie niczego nie można być pewnym, a rodzima ludność czyni wszystko, by tylko pognębić "białych". A jak to przejawia się w sztuce? Czy tam też Indianin jest tylko i wyłącznie dziki i zły, jak jedno z leśnych stworzeń w znanym czterowierszu?
 Jak wiadomo w okresie nowożytnym przedstawienia Indian pojawiają się dość często jako symbole Ameryki. Przykładowo w sztuce kontrreformacji, zwłaszcza mocarstwa w którym słońce nie zachodzi nigdy, poszczególne cztery znane kontynenty ukazywano w ustandaryzowany sposób. W Europie pokazywano władzę cesarza z rodu Habsburgów nad innymi monarchami, otaczając go duchownymi, którzy tym samym zyskiwali wizualne potwierdzenie swych misji na pozostałych kontynentach. Oczywiście nie była to jedyna forma rozwiązania tego tematu, ale stosowana w zwiększymi lub mniejszymi odstępstwami w sztuce Hiszpanii, Austrii, Włoch oraz Niemiec. Inaczej natomiast ukazywano pozostałe kontynenty, zostawiając sobie większą swobodę twórczą. Najpowszechniejszym rozwiązaniem było przedstawianie władzy nad kontynentami w podobny sposób, "podporządkowując" je niejako jednemu wodzowi, który pełniłby rolę zbliżoną do cesarza w Europie. Jest to o tyle dziwne, że w Europie powszechnie wiedziano, że taka instytucja nie występuje, zaś relacje polityczne między krajami Półwyspu Indyjskiego, Chin czy Japonii właściwie nie występują.
W tę koncepcję włączono nie tylko Azję i Afrykę (w tym pierwszym przypadku istotny wpływ na wytworzenie się idei jednego władcy mogły mieć informacje o Mongołach pozyskane przez Marco Polo), ale także Amerykę. Pomysł był zbliżony: dzikus odziany w liście (by nie pokazywać go nagiego), za to korzystający w pełni z dóbr natury i świata, w którym żyje. Złoto, przyprawy i minerały, jakie przywożono z Ameryki powodowały, że stawała się ona w odczuciu wielu Europejczyków odpowiednikiem Ziemi Obiecanej. Tę ideę wspierała zatem także sztuka, w której widoczne jest dążenie, by rozciągnąć władzę europejskich monarchów także i na te terytoria.
Indianie to jednak nie tylko postaci z ogromnych plafonów kościołów, pałaców czy budynków administracyjnych, ale także motywy dekoracyjne i heraldyczne trzymacze. Dobrym przykładem tego pierwszego jest załączona powyżej dekoracja z jednej z aptek w Lyonie. Powstała w pierwszych dziesięcioleciach XVII w. ściana regałowa przedstawia egzotyczną postać, która wydaje się stanowić przetworzenie tych wszystkich Dionizosów, Herkulesów i bóstw niższej rangi pojawiających się w sztuce nowożytnej. Istotne jest raczej w towarzystwie, jakich postaci umieszczono Indianina. Apteka Charite w Lyonie ma w swojej drewnianej dekoracji oczywiście postać aptekarza i zielarza, wspomnianego Indianina oraz inną postać z koszem roślin na głowie zakomponowaną w zbliżony sposób. Widać więc, że podkreślono przede wszystkim źrodła, skąd się biorą substancje, z których wykonywane są leki. Samo jednak ukazanie dwóch kontynentów (bo moim zdaniem tak należałoby interpretować także tę drugą postać) wskazuje, że apteka próbowała pochwalić się tym, że pozyskują rośliny z najbardziej odddalonych miejsc. Prestiżowy zaś charakter ściany regałowej podkreśla wreszcie wykorzystanie fajansu z Nevers dla wykonania pozostałych elementów.
W obecnym odczuciu pojęcie Amerykanie wiąże się przede wszystkim z rasą białą, a nie tubylczą ludnością terenu obecnych Stanów Zjednoczonych. Wynika to z faktu, że Kolonie po ogłoszeniu niepodległości wchłonęły szybko tereny Indian, tworząc ideę Dzikiego Zachodu. Jednak w XVIII w. pojęcie Ameryki wciąż było postrzegane inaczej i to właśnie ludność tubylcza stanowiła wizualny odpowiednik tego kontynentu. Widać to wyraźnie na tej ilustracji powstałej w 1782 r., znajdującej się w amsterdamskim Rijksmuseum. Indianin symbolizuje walczące o wolność Kolonie, ukazując zarazem bogactwo tych krajów, a alegoryczna kobieta w typie Demeter czy Minerwy - Niderlandy. Malowidło to (wbrew pozorom nie jest to rycina, lecz obraz wykonany w konwencji en grisaille) powstała zatem w nietypowym dość okresie i ozdabiała równie nietypowy dokument. Przyczyną jego wykonania było zawarcie traktatu o relacjach handlowych (oficjalnie zwanego Traktatem o Przyjaźni i Handlu), które de facto uniemożliwiał gospodarcze pokonanie Kolonii przez Wielką Brytanię. Mogące liczyć na niechęć wobec Albionu przejawianą przez Francję i Holandię, zbuntowane stany w ten sposób uzyskały możliwość większego zabezpieczenia swych interesów i zarazem na arenie międzynarodowej potwierdzono ich prawo do zawierania wiążących umów. Dziwić może jednak przedstawienie Indian, co sugerowało, że nieznany niderlandzki malarz starał się zasugerować, że umowę zawarto w imieniu całej Ameryki, a nie jedynie trzynastu stanów. W ten sposób nawiązał więc do walki o wpływu na rynku wokółoceanicznym toczonym przez Niderlandy w większej skali już od XVI w.
O westernie Dwight MacDonald pisał, że to "jedna z najbardziej miałkich i infantylnych form sztuki kiedykolwiek zrodzonych przez umysł Hollywoodzkiego producenta". O słuszności tego twierdzenia nie mi się wypowiadać (chociaż notabene jakie byłoby jego zdanie, gdyby obejrzał jugosłowiańsko-niemiecką wersję "Winnetou"), lecz warto zwrócić uwagi, że całego tego XIX-wiecznego zwrotu ku idei Dzikiego Zachodu nie byłoby, gdyby nie stała obecność nieprawdziwego wizerunku Indian w sztuce i literaturze nowożytnej. Przykładowo Owen Wister pisał, że Dziki Zachód to "ostatnia sprawiedliwa przestrzeń, gdzie rycerskość miała jeszcze szansę". To ten powieściopisarz wprowadził motyw finalny z bohaterem mierzącym się w pojedynku na colty ze złoczyńcą, zaś w tle oczywiście działania głównej postaci inspirowała obdarzająca go uczuciem kobieta. Nie to jednak warunkowo odbiór Indian, który to temat pod koniec XIX w. pojawia się już raczej w innym kontekście. Próbowano bowiem kolonializmowi nadać ludzką twarz, a nawet cel. Takim przykładem mogą być choćby słowa Samuela Purchasa, który w 1625 r. pisał o Ameryce, że Bóg zapewne nie chciał pozostawić tego terenu niezamieszkanym (sic!), podczas gdy tubylcy bardziej się po nim włóczą niż na nim mieszkają.
Widać zatem, że odmawiano ludzkich atrybutów Indianom, a jednocześnie poprzez sztukę tworzono zupełnie inny ich wizerunek. Niestety zgodnie z zasadą, że "kiedy kota nie ma, to myszy harcują", przekonywanie Indian do kultury europejskiej odbywało się bardziej brutalnie niż na terenie Europy czyniono to z ówczesnymi wrogami systemu społecznego. Przykładowo Pedro Acomilla w 1638 r. pisał, że jeden z kapłanów stosujących tortury dla krzewienia chrześcijaństwa "skręcił penisa Indianina tak bardzo, że złamał się w połowie, pozostawiając w dłoni duchownego jedynie bardziej wysuniętą partię członka". Dodatkowo przypisywano Indianom wiedzę i myślenie na poziomie dziecka. Z tego powodu np. w Arizonie mnisi nakazywali obowiązkowe uczestnictwo we mszy świętej i robili dokładne spisy, kto się pojawił, a jednocześnie (jako dzieciom) uniemożliwiali dostęp do Komunii świętej. Niemniej uczyli także elementarnych zasad higieny osobistej, co w przypadku Europy nowożytnej oznaczało bycie "sto lat za Murzynami" (jak wiadomo, kąpiąca się raz na kwartał Elżbieta I uważana była za mającą obsesję na punkcie higieny). I bynajmniej nieludzkiej eksploatacji Indian nie zmieniło przekształcenie tzw. "encomendero", które nakazywało właścicielowi pięćdziesięciu indiańskich niewolników wykształcić co najmniej jednego w hiszpańskim słowie i piśmie oraz nauczyć wiary katolickiej. Po raz kolejny więc w dziejach sztuki, ukazujące szczęśliwych Indian dzieła zafałszowywały rzeczywistość, pokazując ją taką, jaką chcieli widzieć czerpiący korzyści z podbitych kolonii.