wtorek, 26 lipca 2011

Ranking zapomnianych artystów #4 - Felix Gonzalez-Torres

Zapewne dla osób zajmujących się sztuką nowoczesną, wybór Felixa Gonzaleza-Torresa jako zapomnianego artysty może wydać się dość dziwny, bo jednak jego sztuka jest dość rozpoznawalna i nieustannie budzi refleksje zarówno intelektualne, jak i estetyczne. A jednak podejrzewam, że w świadomości znacznej większości społeczeństwa nazwisko nie egzystuje jako powszechnie rozpoznawalne. Tymczasem sztuka tego postminimalisty może być fascynująca nie tylko dla tych, którzy oczekują od dzieł tego, by czymś ich "ujęły" (jak ja na przykład), ale także tych, którzy ciekawi są, gdzie przebiega granica między sztuką wysoką a komercyjną, między sztuką a kulturą wizualną, obrazem a plakatem reklamowym. To właśnie billboard stał się podstawą dla stworzenia, w mojej ocenie, dzieła bardziej wyjątkowego niż niektóre szeroko omawiane reklamy "Benettona".
Z różnych względów nie jestem w stanie przedstawić ilustracji, o której teraz będzie mowa, więc co bardziej twórczym Czytelnikom polecam wykorzystanie "oczu wyobraźni", a tym którzy z wyobraźnią mają kłopot mogę podesłać link do fotki: link. Billboard "Untitled" z 1991 r. to żart artysty z całego dorobku reklamy, marketingu, PR-u i paru innych dziedzin sprzedawania produktów i usług. To bowiem praca w znacznej mierze wyjątkowa, pokazująca granice między tym, co dopuszczalne w przestrzeni masowej a tym, co z niej zostało wykluczone. Zastanówmy się zatem, co mądrzejsi ode mnie historycy sztuki piszą na temat tej pracy, by dostrzec jej specyficzny charakter. Joan Gibbons w książke "Art and advertising" podaje, że pracę tę analizować należy w kontekście miłości do zmarłego partnera. Poczucie utraty różnych sfer życia wydaje się zatem najpełniej objawiać tam, gdzie ten kontakt jest najbliższy, gdzie ciało jednej osoby wnika w ciało drugiej, a więc w łóżku. Czy jednak to wystarcza do analizy tejże pracy?
Przyjrzyjmy się więc temu, jak późną wiosną 1991 r. dzielnice Nowego Jorku ozdobione zostały dwudziestoma czteroma enigmatycznymi billboardami. Dziś jeden z nich oglądać można w nowojorskiej MoMA, ale zastanówmy się, jak odbierać je można było dwadzieścia lat temu. Ni stąd, ni zowąd 16 maja 1991 r. przy ulicach i skwerach Manhattanu, Queens, Brooklynu i Bronxu umieszczono gigantycznych rozmiarów fotografie rozgrzebanego łóżka. Cóż te billboardy mogły znaczyć? - mógł pytać samego siebie spoglądający na nie nowojorczyk. Podpowiedzią mogłyby być strategie reklamowe. Jedna z nich przecież składa się z co najmniej dwóch obrazów: pierwszy, nietypowy, przyciąga uwagę, ale wyjaśnia o co chodzi w reklamie. Posługuje się bądź niestandardową ilustracją, bądź też nietypowym hasłem, co powoduje, że o kampanii reklamowej zaczyna się rozmawiać. Dopiero potem, po kilku tygodniach, w miejsce tego billboardu bądź spotu reklamowego zamieszcza się nowy, którego treść nawiązuje do poprzedniego, uzupełniając go lub wyjaśniając. W takich reklamach teasingowych często zdarza się też, że to dopiero druga "część" wyjaśnia, jaki produkt się reklamował. Czy jednak tego mógł oczekiwać oglądający billboard?
Nie da się ukryć, że billboardy to jedna z najciekawszych form amerykańskiego przemysłu reklamowego. W XIX w. karierę robiły tzw. mamooth posters - większe niż w innych krajach plakaty, składające się z czasem kilku kartek. Stany Zjednoczone też jako pierwsze na większą skalę zaczęły wykorzystywać takie reklamy, w których na dość znacznej powierzchni papieru prezentowano jeden produkt. Niebagatelny też wpływ na to miał rozwój technik typograficznych, które powodowały, że w Nowym Jorku czy Cincinnati powstało kilka drukarni specjalizujących się w tworzeniu takich plakatów. Nadal nie wyjaśnia to nastawienia odbiorców, a przede wszystkim nie odpowiada na pytanie, czy tak widoczne "romansowanie" z reklamą nie powoduje utraty walorów artystycznych przez odnoszące się do niej dzieła.
Idźmy jednak krok dalej. Odbiorca mógł spojrzeć na taki billboard i na pewno zaskoczony był faktem, że nie ma w nim produktu. Reklama bez produktu jest właściwie bezcelowa, jak bowiem inaczej mogłaby zachęcać do jego nabycia. Widz staje zatem przed billboardem w sytuacji można powiedzieć "spragnionego odbiorcy" - oczekuje czegoś od tejże pracy, a jednocześnie pewnie łapie się na tym, że gdyby była to zwykła reklama, to nie miałby w stosunku do niej żadnych takich oczekiwań. To jednak zupełnie inne zjawisko niż pójście do muzeum na wystawę nieznanego artysty czy na zachwalany przez znajomych koncert całkowicie obcego nam muzyka. Tam otrzymujemy pewne informacje już na starcie, dlaczego warto się pojawić, czego można oczekiwać i samemu się z tym zapoznając konfrontujemy to z naszą oceną. Jeżeli więc artysta spełnił nasze oczekiwania, to wychodzimy z wystawy czy koncertu zadowoleni, rozgłaszając wszem i wobec jak go postrzegamy. Z reklamą jest inaczej. Większość z nas nie chce reklamy, czyniąc wszystko co w ich mocy poczynając od instalowania ad-blocków w przeglądarkach po skakanie po kanałach w przerwie oglądanego serialu. I do tego właśnie zjawiska odniósł się Gonzalez-Torres, który pokazał nam plakat na tyle intrygujący, by wymusić na nim swoją uwagę.
Oto inna znana praca tego artysty, także pochodząca z 1991 r., która pojawia się w książkach pod różnymi tytułami, m.in. "Perfect Lovers" i "One will stop before the other". Wydawać by się mogło, że typowy koncept sztuki minimal lub nawet konceptualizmu. Były już triplikowane krzesła i inne przedmioty, mające nam ukazać współzależność rzeczywistości realnej, słownej i naszego subiektywnego postrzegania świata. Tym razem jednak Gonzalez-Torres wyskakuje z innym, fascynującym pomysłem. Zestawia ze sobą dwa zegarki uruchomione ponoć w tej samej chwili, które odmierzają identycznie czas. Czy zatem jest to zwykłe ready-made, jakich wiele w sztuce XX wieku? Moim zdaniem nie, bo choć identyczne, oba zegary świetnie się uzupełniają. Po cóż bowiem komuś dwa zegary? - zadaje pytanie Arthur C. Danto w najbardziej popularnej swojej książce o przekształcaniu piękna przez sztukę ostatnich dziesięcioleci. Pierwsza odpowiedź, która się narzuca, to zagadnienie "vanitas". Odmierzanie upływającego czasu i jego ulotność to właściwie klucz do umieszczania klepsydr w malarstwie i rzeźbie nowożytnej. A jednak tutaj mamy do czynienia z dwoma chronometrami, ich jednoczesnością, identycznością.
Nancy McCallion, mająca jeden z najcudowniejszych głosów w dziejach muzyki celtyckiej, wykonała w 1995 r. utwór "On We Go" (kto nie zna, może obejrzeć tutaj), którego początek stanowi historia o podstarzałym małżeństwie zastanawiającym się nad tym, że któreś z nich za niedługo opuści ziemski padół. Felix Gonzalez-Torres zadał to samo pytanie, ale w wersji wizualnej. Innymi słowy celem tej pracy jest zmusić widza do refleksji i zgadywania, któremu z dwóch świetnie do siebie pasujących zegarów wcześniej skończy się bateria. Który stanie i przestanie odmierzać czas, gdy drugi jak gdyby nigdy nic będzie musiał nadal wykonywać obroty swoich wskazów. I jak długo ten drugi zegar przetrwa bez tego pierwszego. Tego rodzaju pytań rodzić się może mnóstwo, ale warto zauważyć, co dzieje się w umyśle widza. Dzięki sugerującemu konkretną ścieżkę analizy tytułowi, widzowi dwa białe przedmioty zaczynają jawić się jako swoiste struktury upersonifikowane. Nadaje im ludzki, albo chociaż zwierzęcy charakter, przypisuje uczucia, zaczyna traktować je jako coś więcej niż zwykłe zegary jakich setki tysięcy znaleźć można na dworcach, lotniskach czy w szpitalach.
To samo Felix Gonzalez-Torres czyni z billboardem, od którego zacząłem dzisiejszego posta. Oto zwykła powiększona do rozmiarów reklamy fotografia łóżka, które nie zostało posłane. Coś co jest standardem bałaganu w moim pokoju (prawie zawsze nie chce mi się ścielić posłania, na którym sypiam), staje się symbolem pustki. Sam kadraż uwypuklający przestrzeń między poduszkami a zaciągniętą kołdrą dodatkowo tworzy pasmo pustej przestrzeni, co jest jednym z typowych wizualnych chwytów ukazywania niepełności obrazu. Owe wrażenie, że czegoś na tej fotografii brakuje, wciąga widza, który zmuszony jest skonfrontować swoje dotychczasowe doświadczenia wizualne (czyli: billboard jest reklamą, a reklama coś reklamuje) z tym, co jawi się przed jego oczyma. Zapewne większość widzów nie przeszła obok tych billboardów obojętnie właśnie z tego powodu. Oto bowiem reklama walczy o uwagę widza, prezentuje mu zwykle piękne kobiety (a rzadziej mężczyzn), świetny produkt, szczęśliwe twarze. Tutaj tego nie ma - billboard zdaje się "nie zwracać uwagi' na to, że wystawiony jest na widok publiczny, że coś ma robić, że przede wszystkim realizuje się w pewnej wyznaczonej konwencjami funkcji.
Ten kubański artysta, którego życie bynajmniej nie było usłane różami (mieszkał w sierocińcu, a potem chorował przez prawie dekadę na AIDS, co spowodowało jego śmierć w 1996 r.) odniósł się do czegoś więcej niż tylko sam problem pustki w życiu i porzucenia. Bo oczywiście można byłoby jego prace traktować w kontekście tego, czym żyło społeczeństwo amerykańskie przełomu lat 80. i 90. Problem wspomnianej choroby, która traktowana była jako powodująca ostracyzm epidemia (dopełnieniem różnicy stanowisk była przecież Oscarowa "Filadelfia" z 1994 r.), kwestia tożsamości gejów i lesbijek oraz tego na ile uczestniczyć mogą w życiu społeczeństwa bez obawy o dyskryminację czy wreszcie niestałość uczuć i nieszczerość w dobie rozpędzonego kapitalizmu Manhattanu... - w tym kontekście analizuje się wspomnianą serię billboardów z 1991 r. Osobiście jednak uważam, że w tej pracy zaklęte jest coś więcej, coś co najprościej można nazwać pytaniem do widza, do jakiego stopnia jest on gotów nadać tożsamość obrazowi i odnieść go do swojego życia. I tu moim zdaniem pojawia się geniusz, który powoduje, że Felix Gonzalez-Torres załapał się na ów ranking artystów, o których za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat nie będą wspominać książki o rozwoju sztuki...
PS. Przyznam się, że na poczet swojej pracy doktorskiej i pewnego artykułu staram się opracować koncepcję kontroli obrazów i "autorytetu", jaki im nadajemy. Od Felixa chciałbym zacząć, by pokazać, że nie jest ważny temat czy treść, by obraz nie tylko "żył" własnym życiem, ale też warunkował swój własny odbiór. Jeśli więc, drogi Czytelniku, uważasz, że gdzieś we fragmencie tejże koncepcji się mylę, to śmiało wrzucaj swoje uwagi do komentarzy albo odzywaj się w inny sposób.