sobota, 9 lipca 2011

Po co sztuce granice?

Na wstępie nie pozostaje mi nic innego jak przeprosić za to, że blog przez tydzień "leżał odłogiem". Pomimo wakacji, miniony tydzień obfitował w moim życiu w wiele obowiązków i niestety z bólem serca musiałem wstrzymać się pisania swoich mniej lub bardziej fascynujących przemyśleń. Aby więc osłodzić Czytelnikom ów niedosyt dzisiejszy post będzie o wiele dłuższy niż dotychczasowe. I to bynajmniej nie dlatego, że ma on zastąpić kilka innych wpisów, ale z uwagi na wczorajszy wykład W.J.T. Mitchella, który odbył się w jednej z sal Instytutu Historii Sztuki na UAM w Poznaniu. Z wielką radością w sercu oczekiwałem przybycia naukowca, którego uważam za jednego ze swoich metodologicznych guru. No i niestety zawiodłem się... Speech niewiele był o sztuce, chociaż być może wynikało to z faktu, że został skrócony z 1,5 godziny na nieco ponad godzinną wypowiedź. Temat zaś był interesujący, bo miało być o migracjach, prawie i obrazach imigrantów. Czyli dla mnie "bomba" jako historyka sztuki i prawnika oraz osoby, który na terytorium RP zamieszkuje stale dopiero od czwartego roku życia. Ktoś zaś chce posłuchać całego wykładu Mitchella, tego odsyłam to nagrania audio "Migration, Law and the Image: Beyond the Veil of Ignorance" dostępnego tutaj: link. Niestety jednak obraz i wideo stanowią istotny element tego, o czym mówił Mitchell, więc samo "słuchowisko" nie oddaje w pełni treści, którą chciał przekazać.
 Czemu się zawiodłem? Najłatwiej będzie skrócić wypowiedź Mitchella do węzłowych punktów jego wykładu. Problem wydawał się jasny - na ile wizerunek imigranta kształtowany jest przez prawo, a na ile przez inne czynniki. Zaczął więc od pokazania pierwszych przykładów takich wizerunków przywołując ich opis w "Biblii". To tam pojawia się m.in. nawołanie do niszczenia idoli ludów uprzednio zamieszkujących Kanaan (jako formy realizacji drugiego przykazania), ale także do wybijania wręcz do nogi przedstawicieli tych plemion. Przy okazji Mitchell zwrócił jednak uwagę na ciekawą rzecz. Dla niego drugie przykazanie to swoista norma prawna, której nikt nie mógłby nigdy zrealizować w pełni, skoro żyjemy w świecie, gdzie te obrazy są na każdym kroku. I oczywiście nie chodziło profesorowi o obrazy sensu stricto, lecz oczywiście o wszelkie artefakty wizualne. I tu nie sposób się nie zgodzić, że teza ta pozwala spojrzeć na izraelski zakaz obrazów z zupełnie innego punktu widzenia.
Niemniej problem ten to coś więcej niż jedynie kwestia przepisów przeciwko idolatrii. Na pytanie jednej z inteligentniejszych ode mnie doktorantek, Mitchell stwierdził, że dla niego obrazy są niebezpieczne, gdy ich liczba jest niewielka. Wówczas stają się one bardziej wyraziste, nadać im można więcej znaczeń, niektóre zaczynają istnieć nie tylko jako artefakty wizualne, ale jako symbole, tworzą mity i legendy. Jego zdaniem największym zagrożeniem jest ich powiązanie w ramach monolatrii czy monoteizmu. Tu też chylę czoła, bo sam mam podobne wrażenie ;-) By zatem wyjaśnić problem imigrantów, badacz zajął się problemem granicy, a więc tym, co stanowić będzie także dla mnie główny problem w dzisiejszym wpisie. W "Biblii" tą pierwszą granicą była rzeka Jordan, której przekroczenia dać miało Żydom prawo do uczynienia sobie tej ziemi wyłącznie sobie poddaną. Inne ludy zaś miały zostać wytępione lub przyjąć styl życia i żydowskie zwyczaje. Tym oto sposobem granica ta była czymś więcej niż granicą geograficznych krain - stała się granicą kulturową. A nastąpiło to poprzez określony przepis prawa.
I tu pojawiła się pierwsza moja wątpliwość, która narastała w trakcie całego wykładu. Co dokładnie czyni powstanie i zmianę obrazu imigranta? Odejdźmy sobie od Lacanowskiego "Obcego (Innego)" czy od "innego", o którym pisali Berger i Luckmann.Czy jest to prawo, które podaje konkretne cechy podmiotu włączając go w normę lub poza nią (jak słusznie zauważył swojego czasu Foucault) czy też są tego zupełnie inne przyczyny? A może są to zjawiska paralelne, a więc to kontekst konkretnej rzeczywistości decyduje o tym, że uchwala się takie a nie inne prawo. W przypadku Żydów problem jest jeszcze bardziej złożony. Jak wiadomo dla chrześcijan i żydów "Biblia" to bezpośrednio słowo Boga, choć nie zawsze jest ono takie, jakie przypisywalibyśmy miłościwemu stworzycielowi świata. Sam zaś "Pięcioksiąg" choć ponoć napisany przez Mojżesza, ulegał przekształceniom w późniejszym okresie, aż większość starszych ksiąg ustaliła swój oficjalny tekst prawdopodobnie podczas lub tuż po niewoli babilońskiej. Pytanie więc, co było pierwsze: jajko czy kura jest tutaj co najmniej na miejscu. Czy najpierw Żydzi ogniem i mieczem dostali nakaz zdobycia Ziemi Obiecanej, czy też dopiero trwające stulecia walki z Filistynami, Edomitami i innymi ludami spowodowały, że znienawidzono tych, którzy odróżniali się od Żydów wierzeniem czy sposobem życia.
Z różnych przyczyn nie jestem w stanie zamieścić tutaj ilustracji, które przywoływał Mitchell. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie, ale w zamian pojawił się Rembrandt (zamiast komiksu z jednej z amerykańskich gazet z Mojżeszem zstępującym z Synaju) i ta oto rycina Paula Robesona, która znalazła się w 1983 r. na wystawie "Das andere Amerika". Wykładowca przeszedł bowiem do tego, jak prawo kształtuje pojęcie imigranta, bo nie da się ukryć, że taka jest geneza tego pojęcia. Podstawą było przyjęcie, że w państwach liberalnych lub liberalizujących się prawo musi być jak najbardziej abstrakcyjne, a nie kazuistyczne. Tym samym tworzone są pojęcia, które właściwie nie istnieją jak "osoba fizyczna", "osoba prawna" czy "mienie". Z drugiej strony dookreślanie tych pojęć powoduje, że z jakichś powodów wyłącza się spoza konkretnej normy daną grupę. I tak, aż do czasów wojny secesyjnej wyłączano w USA spod nazywania "osobą fizyczną" nie tylko każdego "czarnego", ale także każdego, kto miał "czarnych" przodków, uzasadniając to tym, że skoro sprowadzono ich wbrew własnej woli na teren amerykańskiej ziemi, to trudno ich nazwać imigrantami. Byli oni więc podmiotami o niejasnym statusie. Z jednej strony oficjalnie nie było w Stanach niewolnictwa (od początku XIX w. sprowadzano na plantacje nie niewolników, lecz imigrantów, od których handlarze zobowiązani byli uiszczać podatki), a z drugiej tym ludziom odmawiano statusu imigranta.
Kolejnym przykładem tworzenia sztucznych barier był Berlin. Miasto to nieodłącznie kojarzy się z Murem Berlińskim - miejscem tak symbolicznym, gdyż właściwie ucieleśniało ono mgliste pojęcie "żelaznej kurtyny". To jednak nie mur przedzielił mieszkańców. Mitchell pokazał nam szalenie sugestywną fotografię z 1947 r., na której jakiś mężczyzna białą farbą malował w poprzek jezdni granicę między sferą angielską i prawdopodobnie radziecką. Zdarzeniu przyglądała się grupka berlińczyków, świadomych zapewne tego, że zimna wojna może zniszczyć ich pragnienia o spokojnym życiu po krwawej, przegranej przez Niemcy, wojnie. W tle zaś (po owej radzieckiej stronie) szła kobieta w białym stroju, jakby nic nie czyniąc sobie z tego zachowania innego mieszkańca stolicy. Symboliczny był to znak tego, że wówczas, tuż po wojnie, można było jeszcze wędrować bez większych przeszkód, bez sztucznej, wzniesionej pod osłoną nocy bariery. Jak słusznie podkreślił jeden z przysłuchujących się profesorów podczas dyskusji nie tylko sam rok wykonania fotografii miał swoją symbolikę, ale także kompozycja. Były w niej bowiem zawarte wszystkie trzy elementy wypowiedzi Mitchella: granica, prawo (obok wspomnianej grupki stała tablica informująca w trzech językach o początku strefy) oraz nachylająca się nad linią głowa malującego, ewidentnie sugerująca, gdzie tak naprawę odbywa się kształtowanie tej granicy.
Oto jedna z najbardziej przemawiających fotografii jakie znam, które dotyczą lat powojennych. Henry Ries w 1949 r. przedstawił z wnętrza sklepu ujęcie mieszkanek Berlina spoglądających na wystawę sklepu mięsnego. Oczywiście uważny widz dostrzeże, że postać po lewej stronie bardzo przypomina Marię Curię w ostatnich latach jej życia, ale nie to nas teraz interesuje ;) Cóż jest wyjątkowego w tej fotografii? Z jednej strony analogicznie jak w fotografii pokazanej przez Mitchella kontekst. Malowana przez mężczyznę w 1947 r. granica była symbolem. Bez odpowiedzi pozostaje, czy czynił to na wyraźne polecenie któregoś z rządów czy też spontanicznie (a może w artystycznym geście) manifestował swój sprzeciw wobec zbierających się chmur nad zjednoczonymi Niemcami. Przypomnijmy, że to co najmniej od czerwca 1945 r. Stalin wyrażał zalecenia, by stopniowo podważać pozycję Brytyjczyków w Niemczech. Jego zdaniem Amerykanie mieli wynieść się z terenów okupowanych w przeciągu roku lub dwóch, bo nie miało im opłacać się utrzymywanie takiej kosztownej strefy, zaś to Wielka Brytania była głównym zagrożeniem dla interesów ZSRR. Jak sam mówił rok później Niemcy muszą być sowieckie i komunistyczne i do tego nakazywał zmierzać przedstawicielom partii lewicowych. W 1947 r. sytuacja zaostrzyła się i wydać było, że żadna ze stron nie chce zrezygnować z Niemiec. Stopniowo ograniczono możliwości wywózki elementów fabryk przez radzieckie wojska, wymianę handlową, wreszcie doszło w czerwcu 1948 r. do blokady lotniczej. Czy więc zatem ów facet na fotografii nie działał na polecenie okupacyjnych władz i nie pokazywał, że nie nici porozumienia między Rosjanami a Brytyjczykami - że granica i w takiej nietypowej formie (w poprzez ulicy) musi powstać, bo taka jest wola mocarstw. Momentalnie zachodni berlińczycy stali się emigrantami w własnym mieście, podobnie jak dla nich obcymi stali się mieszkańcy Berlina wschodniego.
Przypomnijmy zatem kontekst blokady. Wielka operacja logistyczna polegająca na korzystaniu z trzech dozwolonych porozumieniami korytarzy powietrznych miała zapewnić środki miastu, które w czerwcu 1948 r. miało jedzenia i surowców na nie więcej niż miesiąc. Dwa korytarze przynoszące rzeczy pierwszej potrzeby i jeden dla samolotów powracających: 4700 ton produktów dziennie lądowało na berlińskich lotniskach. Czym jest więc fotografia Henry'ego Riesa? Moim zdaniem symbolem granicy. Granicy zupełnie innej niż malowana przez owego mężczyznę, innej niż przekraczany przez Izraelitów Jordan. To granica dwóch światów, w którym marzenia mieszkańców jednego z nich nie mogą zostać ucieleśnione i dlatego oni sami czują się w tym świecie imigrantami. Nie wiem, jaki był kontekst publikacji tej fotografii, ale ze sposobu jej kadrażu mogę pewną koncepcję stworzyć. Fotografię zamieszczono w grudniu 1949 r., na kilkanaście dni przed świętami Bożego Narodzenia. Było to ponad pół roku po oficjalnym zdjęciu blokady ekonomicznej, toteż wszyscy postarali się, by tym razem święta te opływały w produkty, które były niedostępne rok wcześniej lub racjonowane. Kobiety patrzą pożądliwie na dorodny salceson i w sumie nie ma się czemu dziwić. Kto pamięta kolejki do sklepów w czasach PRL-u czy choć kojarzy sceny z ówczesnych filmów dokumentalnych, wie że tego rodzaju rzeczy budziły często skrajne emocje wśród klienteli.
Tutaj mamy jednak do czynienia z dodatkowym ciekawym zagadnieniem. Część kobiet śmieje się, cieszy je fakt, że wreszcie będzie można zorganizować święta tak, jak powinny one wyglądać. Inne zaś lustrują wzrokiem towar, którego dotąd nie było. Najbardziej jednak sugestywna jest twarz młodej kobiety w centrum, fantastycznie uchwyconej przez reportera. Jej wzrok właściwie niewiele nam mówi - nie rozumiemy, czy cieszy się, czy zastanawia nad wyborem, czy też może nie ma środków, by pozwolić sobie na dostarczone smakołyki. I tu pojawia się ów problem granicy jaką staje się sklepowa witryna. My (w domyśle czytelnicy pisma, gdzie fotografia się znalazła) okiem reportera znajdujemy się po stronie sklepu i towar jest wręcz na wyciągnięcie ręki. One stoją zaś po drugiej stronie, nie widzimy wejścia, nie wiemy, od kiedy towar będzie sprzedawany ani za ile. Witryna jest więc czymś zbliżonym do Drzewa poznania dobrego i złego, a kobiety zaciekawionymi Ewami. To tam pojawia się moim zdaniem pierwsza granica - granica niedostępności. By coś poznać, trzeba to dotknąć, przebadać, ugryźć, w pewien sposób posiąść. Ewa i kobiety na ilustracji próbowały to posiąść wzrokiem i nie było to skuteczne. Dopiero ugryzienie dało Ewie wiedzę, co jest złe, a co dobre. Przekroczyła przez to wszelkie granice, jakich sobie nie uświadamiała - poznała dwoistość świata, swoją nagość i seksualność, poznała, że świat nie jest ogrodem szczęśliwości, ale bolesnym ziemskim padołem. Poczuła ból, ale i pewnej mierze, to co zwiemy dziś człowieczeństwem.
Jak zatem "posiąść" emigranta? Czy można tego dokonać jedynie poprzez stworzenie sztucznych granic między nami a "nimi". Granic, które może dostrzegalne (jak np. kolor skóry czy praktykowanie wyznania), ale granic, które właściwie niewiele różnią każdego człowieka. Albo raczej problem jest innego typu - w rozumieniu jaką istotę ludzką zwiemy "człowiekiem". Przypisujemy jej zwykle takie cechy jak konkretny sposób życia i zachowania, konkretny sposób mówienia czy myślenia i gdy ktoś w tej grupie się nie mieści, automatycznie staje się istotą obcą. Mitchell pokazał tu sceny wideo ukazujące relacje izraelsko-palestyńskie, gdzie pewien młody chłopiec stojący na granicznej warcie (jak wiadomo w Izraelu obowiązek wojskowy dotyczy obu płci bez wyjątku) mówi kamerzystom, że po drugiej stronie nie ma nic ciekawego, że żyją tam jedynie zwierzęta - że jedyną stacją, która powinna coś tam nagrywać jest Discovery. Oczywiście można obruszać się na te słowa, które są oczywistym kłamstwem, ale podejrzewać należy, że ów chłopak (zapewne młodszy o parę lat ode mnie) rzeczywiście tak myśli. Pozostaje mieć tylko przekonanie, że jego myśli nie oddają prawdziwych przekonań izraelskiego społeczeństwa i po prostu chciał popisać się przed kamerą. A jak jest po drugiej stronie muru, budowanego przez Żydów wokół palestyńskich osiedli?
Przedstawiony obok plakat (nieznanego mi autorstwa) powstał w 1982 r. w związku z wybuchem wojny izraelsko-libańskiej. Zakładając, że większość Czytelników nie zna arabskiego, czuję się w obowiązku zatem przytoczyć wszelkie napisy na tym plakacie. Górna linijka brzmi "Żydowscy najeźdźcy nie przejdą!", a poniżej "Zwycięstwo Palestyńczykom i Libańczykom". Co jest szczególnie istotne to miks w formie kolażu fotografii, ukazujący bestialstwo wojsk izraelskich. Wykorzystano więc chwyt fotoreportażu (rozwiniętego przez Sowietów w trakcie "wychwalania" budowy Kanału Białomorskiego, a eksploatowany powszechnie w trakcie wojny wietnamskiej). Z drugiej zaś strony napis bezpośrednio nawiązuje do francuskiego "nie przejdą", jakie przyświecało wojsku w 1916 r. w trakcie walk pod Verdun. Cały naród żył wtedy propagandowym hasłem, że oddanie choć piędzi ziemi wilhelmińskim Niemcom wiązać się będzie z upadkiem ostatniej linii obrony. Bohaterstwo obrońców Verdun i kilku pomniejszych twierdz spowodowało, że hasło to na stale wpisało się w propagandę XX wieku. Zaś sam gest wyciągniętej dłoni wykorzystywali właściwie wszyscy - od radosnych robotników i żołnierzy radzieckich, przez lewicowe bojówki w Ameryce Południowej aż po nazistów. Znaczenie plakatu jest zatem oczywiste - wróg nie ma co liczyć na jakiekolwiek zdobycze, ale przede wszystkim Żyd to ten, który czyni świat monochromatycznym, "szarym", pełnym bólu i przemocy. W środku zaś otoczeni, ale skłonni walczyć z czołgami Arabowie, dla których największą bronią jest ich własne oddanie sprawie.
Tego mi osobiście zabrakło we wczorajszym spotkaniu - pewnej wizji, iż nie tylko emigranci i imigranci podlegają wizualnej opresji. Moim zdaniem to nie prawo buduje taki wizerunek, ani też nie kultura wizualna. To raczej w ludzkiej świadomości, poszukującej uporządkowania, harmonii, własnej tożsamości zawsze tworzy się chęć wykluczenia pewnych zjawisk lub osób, której tej wizji nie dają się podporządkować. Dla rajskiej Ewy owo Drzewo było takim elementem z racji swej wyjątkowości z grona wszystkich innych roślin. Dla Mojżesza zagrożeniem były obrazy, które wizualnie "nazywały" to, co stanowiło wyjątkową tożsamość Izraelitów na Bliskim Wschodzie - posiadanie tekstu jako podstawy religii, księgi, która była zarazem zbiorem nakazów i zakazów prawnych i religijnych. Także sama wizja amerykańskich niewolników nie wymagała ingerencji prawa czy kultury. Dostrzegalna na pierwszy rzut oka odmienność koloru skóry wystarczała, by wyłączyć takie osoby z grona społeczeństwa - prawo tylko to sankcjonowało odwołując się do tej cechy. A Berlin i granica pomiędzy właściwie identycznymi ludźmi? Kiedy przejdziemy się obecnie ulicami Berlina, to granicy tej nie widać, a przecież gdyby była granicą realną musiałaby mieć wpływ na umysł jej mieszkańców. Granica ta była raczej granicą "na papierze" (choć de facto na murze) w przeciwieństwie do granicy, jaką stworzyło życie w komunistycznym reżimie i do dziś widoczne rozdzielenie między Osties i Westies (tak jak w USA między dawnymi Jankesami i Dixie).
Sztuce takie granice nie są potrzebne, podobnie jak i całej kulturze wizualnej. Operuje ona stereotypami, lecz nie definiuje tego, co pokazuje. Moim zdaniem to dopiero odbiorca dopełnia te prace. To on, jak słusznie podkreśliła przywołana na początku doktorantka, odnosi wrażenie, że obcuje z tym, co pokazane na ilustracji, a nie jedynie z ilustracją. To dla niego przedstawienie jest "realne", to jemu zdaje się, że patrzy na kobiety po drugiej stronie sklepowej wystawy czy że widzi, jak malowana jest biała linia na drodze. Wydaje mi się, że ten moment jest kluczowy i jest tym, co w sumie bliskie jest Mitchellowi - obrazy (artefakty wizualne) chcą tego, by uzyskać tożsamość przez to, że my nadajemy tożsamość temu, co przedstawiają. Kiedy więc pojawia się imigrant czy ktokolwiek spoza "grupy", nie pojawia się jako on sam, lecz raczej jako tylko jego reprezentacja - jako kwintesencja pewnych cech, o których tworzący wie, że widz skłonny jest temu imigrantowi przypisać. Musi więc istnieć pewne porozumienie (co najmniej nieformalne i nieuświadomione) między tymi dwiema osobami, by "znaczące" mogło być rozumiane jako "znaczone". A to porozumienie nie może budować się na prawie, lecz na strukturach o większym znaczeniu i sile oddziaływania. Być może taką podstawą jest ludzkie pragnienie rozumienia rzeczy dychotomicznie, dzielenia i w ten sposób "czynienia sobie poddanymi". I może jest to warte rozważenia, gdyby nie fakt, że niewiele to daje. Bo gdyby w tym oczywistym pragnieniu (stanowiącym pewnie ewolucyjne przystosowanie człowieka związane z rozwojem umysłu) szukać odpowiedzi na to pytanie, okazałoby się, że nadaje się ono także do innych pytań o naturę ludzkiego postrzegania rzeczy. A jak dobrze wiadomo, nie ma odpowiedzi absolutnej. Za wyjątkiem oczywiście "42" i tego, co przynieść nam może zaawansowana teoria strun lub teoria "E8"...