niedziela, 10 lipca 2011

Kobiece oblicza Chin

Przypuszczam, że większość Czytelników pamięta pierwszą wizytę Obamy w Chinach. Prezydent USA przyjechał po dość długim tournee po Indiach i innych krajach południowej Azji, pokazując tym samym najludniejszemu państwu świata, że Stany mają tam także przyjaciół i nie są tak uzależnione gospodarczo i politycznie od Chin, jak zdają się sugerować ekonomiści. Obama pominął dodatkowo w trakcie swej podróży Tajwan, co notabene zostało mu poczytane jako afront i symboliczny zwrot w polityce XXI w., nazwanego (przed kryzysem) przez Fareeda Zakarię "Post-American World". Co to ma wspólnego ze sztuką? Podczas jednego ze spotkań ze studentami celowo umieszczono w kadrze ubraną na czerwono ładną dziewczynę, która momentalnie ściągnęła na siebie uwagę mediów, które raczej rozprawiały o wyjątkowości azjatyckiej urody, a nie o treści odczytu (dla przypomnienia fotka Wang Zifei, ale już w innym stroju: link). Tym samym skorzystano z typowego chwytu propagandowego czy marketingowego - urody, by nie rzec piękna, które zdekoncentrować miało widza i zmienić być może jego negatywne nastawienie do komunistycznych Chin. Ja osobiście podejrzewać mogę, że stały za tym władze, choć oficjalnie to ponoć jej bogaty chłopak biznesmen wynajął agencję promocyjną, która załatwiła miejsce naprzeciwko kamery. Pozostaje zatem pytanie, czy w podobny sposób Chiny nie promują się w innych dziedzinach kultury wizualnej. I tu wreszcie pojawia się sztuka.
Oto Dongmin Lai, urodzony w 1957 r. artysta, współpracujący z Galerią Whiterock. Jego prace w chwili obecnej powoli zyskują coraz wyższe ceny na światowych rynkach, na które są w znacznym stopniu przeznaczone (malowidło obok pod tytułem "Elegancja (Dynastia Qing" "poszło" za 8 tysięcy dolarów). Ale nie po to jego praca pojawia się w tym blogu, by promować, co by tu dużo mówić, utalentowanego twórcę, lecz by pokazać na ile kobiece piękno i erotyka wykorzystane być mogą, by nadać komunistycznemu reżimowi "ludzkie oblicze".
Osobiście mam pewną tezę, dlaczego komunizm w Polsce czy w Europie ostatecznie upadł, aczkolwiek nie będę upierał się, że mam w tej kwestii rację. Kiedy spoglądam na dzieła wizualne wtedy powstałe czy reportaże, to przede wszystkim porusza mnie brak wolności ekspresji poszczególnych zachowań. Już od żłobka człowiek wpisywany był w konkretne role społeczne czy ekonomiczne, a każde zachowanie odbierane było jako zgodne lub niezgodne z ideologią. Pionierzy czy harcerze musieli nosić ustandaryzowane wdzianka, pilnie się uczyć, zwłaszcza ideologicznych wynurzeń, a potem w razie czego przywołując Marksa czy Stalina skrytykować "nieprawomyślnych" dorosłych. To było nie tylko kształtowanie "człowieka socjalistycznego" - to raczej system potrzebował ludzi, którzy o pewnych rzeczach nie powinni wręcz myśleć, bo tychże rzeczy w żaden sposób nie dawało się połączyć z narzuconą ideologią. Takimi sprawami był seks i erotyka.
Erotykę krytykowano, pornografia była zakazana, a seks oficjalnie dopuszczono na tyle, że bez niego nie byłoby szans na dalsze pokolenia, które miały już żyć w pełnym komunizmie. Wszelkie inne przejawy ekspresji, które były "nowe", traktowano nieufnie. Ileż to reportaży stworzono o butach na słoninie, zagrożeniu rodzącym się rockiem i twistem... by wreszcie w ułagodzonej formie dopuścić nowe pomysły na rozrywkę (sic!) w postaci piosenek Karin Stanek czy Maryli Rodowicz. Człowiek socjalistyczny nie był "zniewolony", on po prostu miał nie potrzebować wolnego czasu, w którym mógłby czynić rzeczy z innych powodów niż wyznaczone przez reżim. Z tych to przyczyn obgadywano na zebraniach wspólnot pracowniczych czy mieszkaniowych kto z kim spał zamiast skupiać się na bardziej istotnych rzeczach (o których i tak decydowano na wyższym szczeblu).
Lecz co to ma wspólnego z obecną chińską sztuką? Jeśli przyjrzeć się sztuce, które promuje Chiny poza granicami tego kraju, to można powiedzieć, że jest kilka form tej promocji. Pierwsze to odniesienie się do trwającej parę tysięcy lat tradycji jednej z najstarszych ludzkich cywilizacji. Zmienność Chin, walki, powstania i (oczywiście prawie że nieskalani złymi cechami cesarze) zaludniają filmy łączące spektakularne efekty specjalne ze scenami walki. Druga forma to nowoczesność. Niczym ZSRR w okresie międzywojennym, Japonia w latach 80. czy ostatnio także Arabowie, wielkie przedsięwzięcia pokazywać mają przemiany, budowę nowoczesnej utopii, "zasłaniając" tym samym wszelkie ludzkie problemy. Wreszcie czas na obrazy. Pierwsza grupa to dysydenci: artyści, którym reżim w mniejszym lub większym stopniu zezwala na tworzenie, bo przecież "opozycja" zawsze być musi, by przedstawiać kraj jako demokratyczny (vide najsłynniejszy z nich Ai Weiwei). Nie mniej istotni są jednak artyści, którzy trzymając się sztywnych form konwencji, idą w kierunku bardziej zachodnim i przez to także są korzystni dla władzy. Przykład Witalija Komara, kpiącego z socrealizmu, jest tu chyba najbardziej znanym przykładem. Trzeba malować w pewnej konwencji (czy to jest akademizm czy abstrakcja), by móc pokazać swój do niej stosunek.
Chen Chong Ping to inny także dość popularny chiński artysta, który upodobał sobie kobiety w wyszukanych tradycyjnych strojach. Z jednej strony można rzec, że to fascynacja folklorem, bogactwem każdej prowincji, które powodują, że coś z łatwością można zakwalifikować jako "chińskie". Urodziwe panie z liczną biżuterią albo w pełnym kostiumie wiejskim... - to wszystko musi się podobać za granicą, zwłaszcza gdy połączone jest z melancholijną, ale żywą kolorystyką. Chen Chong Ping zdaje się ukazywać świat, który odchodzi w przeszłość, ale też sugeruje, że to właśnie ten świat jest prawdziwą rzeczywistością Chin. I to wszystko bynajmniej nie sprawia pozoru fasadowości, lecz magicznej czy wręcz fantastycznej krainy, jaką staje się w umyśle odbiorcy Państwo Środka.
Czy do tego potrzebne jest piękno? Ciężko byłoby znaleźć kogoś, kto jakoś w większym stopniu psioczyłby na wygląd dwóch przedstawionych powyżej pań. Można więc zadać retoryczne pytanie, czy w ten sposób udało się chińskim artystom ukazać takie modelki, które w ujęciu Kanta odpowiadałyby temu, co piękne. Bo dla niego piękno miało być zależne od widza - jeśli powszechnie coś się podoba, jeśli widzowie oceniają to bezinteresownie i bezpośrednio, to tam szukał filozof podstawy dla przeżyć artystycznych. I nie da się ukryć, że takie przeżycia w przedstawionych malowidłach występują, nawet jeśli widz z łatwością dostrzega, że przedstawiony świat daleki jest rzeczywistości wiejskich Chin.
Moim ulubionym chińskim obrazem jest zamieszczona obok "Flecistka" autorstwa Xue Yanquan. Ta fantastyczna malarka ma w swoim dorobku nie tylko takie arkadyjskie obrazki, ale już także mocno zahaczające o erotykę, chociaż właściwie z europejskiego punktu widzenia równie niewinne co nagie postaci z pasteli Degasa czy prac Modiglianiego. Jako kobieta może sobie zatem pozwolić na więcej, przedstawiać ciało kobiece w całej okazałości, bez obawy, iż jakiś krytyk napisze o niej, że uprzedmiotawia to, co maluje na sztaludze. Wystarczy jednak spojrzeć na obraz obok, by zauważyć, że to, co przede wszystkim fascynuje widza, to nie tylko piękno flecistki i umiejętność, z której słyną zwłaszcza Chiny posługujące się dialektem mandaryńskim, ale pewna wyidelizowana wizja świata.
Dziewczyna przedstawiona została na tle, które równie dobrze udawać mogłoby góry chińskie, europejskie czy amerykańskiej. Jest przez to ponadczasowa, jest wręcz Madonną, którą na przełomie średniowiecza i renesansu także umieszczano na idealnym tle. Tylko, że zamiast Dziecięcia ma flet, a zamiast błogości spojrzenia - świdrujący widza wzrok, że nie tylko muzyki może się on spodziewać. Osobiście nie wiem, jakie jest znaczenie w chińskiej estetyce owej muzyki na tym instrumencie. Ale jeśli jest takie, jakie zdaje się sugerować azjatyckie kino i ten obraz, to można powiedzieć, że widz dostaje zaproszenie, by to przedstawienie "skonsumować". Niczym się zatem nie różni to od marketingu zawartego w dziełach sztuki, o którym swojego czasu pisał Berger na przykładzie obrazów Gainsborough.
Wang Yuqi to ostatnia artystka, o której chciałem dzisiaj opowiedzieć. Tym razem promocja Chin odbywa się w tej pracy na zupełnie innym poziomie. Sam tytuł już wiele sugeruje. "Rok psa" z 1995 r. wyjaśnia bowiem obecność pekińczyka obok dziewczyny. Konwencjonalnie obraz niewiele różni się od przedstawień nałożnic, mieszkanek haremu czy innych aktów, jakie powszechne były w Europie w XIX i XX w. Artystka wykorzystała ten pomysł i dodała do niego znaczenie, jakie Chińczycy przypisują psu. Jacy są ludzie urodzeni w roku psa, a jakie przede wszystkim są kobiety? To bowiem to pytanie powoduje, że dzieło to jest bardziej uwodzicielskie dla zachodniego odbiorcy niż Tycjanowska "Wenus z Urbino", gdzie także psina towarzyszy kobiecej postaci.
Pies bowiem ponoć lubi się odciąć od świata, od zgiełku i towarzystwa i przebywać z jedną osobą. Wiąże się silnie z ludźmi, stąd też jest świetnym powiernikiem tajemnic, a podobno nawet ze stoicyzmem (czy w tym wypadku konfucjanizmem) akceptuje to, co go spotyka. To jednak tylko jedna strona medalu. Oczywistym jest bowiem ładunek emocjonalny i erotyczny, jaki w tej pracy zamieszczono. I ten właśnie ładunek wyjaśnia fakt, że Chińczycy inaczej definiują mężczyzn i kobiety urodzone w roku psa. Tym drugim bowiem przypisują oprócz powyższych właściwości, także "ciemniejszą" naturę. Ponoć kobiety urodzone w roku psa (ostatnio to były lata 1982, 1994 i 2006 r.) są wierne (jak na psy przystało), ale za to uwielbiają flirtować z wieloma mężczyznami. Tym samym widz momentalnie zajmuje wobec obrazu dwuznaczną pozycję - czy jest owym "jedynym" tej kobiety, czy raczej jej zachowanie to ów flirt, wzbudzający zazdrość nieukazanej nam osoby. Zagadnienie jest jeszcze trudniejsze, bo jeśli już ów flirt zakończy się seksualnym sukcesem (lub ekscesem), to będzie on miał jedynie charakter jednorazowy. Widz nie posiądzie więc serca kobiety i będzie musiał zadowolić się jedynie jej ciałem. Pomińmy już na marginesie fakt, że ponoć zarówno kobiety, jak i mężczyźni są bardzo dobrzy w "te klocki". Cóż, chyba teraz powinienem zachęcić Czytelniczki z wymienionych wyżej lat do pisania na PM-ie ;) No, może poza tym z 2006 r. - te niech jeszcze kilkanaście lat poczekają...
Jak widać zatem na przykładzie tej czwórki malarzy, w Chinach można tworzyć sztukę, która ma duże walory artystyczne zamiast ścisłego trzymania się produkcyjnej konwencji, którą ucieleśnia choćby Han-Wu Shen. Jednakże pytanie brzmi na ile takie naruszenie konwencji mogłoby być skuteczne, gdyby dotyczyło innego tematu niż kobieca uroda. My bowiem przyzwyczailiśmy się do tego, że na billboardach mocno roznegliżowanie panie reklamują wszystko od sieci komórkowych po centra handlowe. Ale czy gdyby któryś z tych artystów poważniej zaryzykował i zaczął malować w podobny sposób mężczyzn lub chociaż włączył w swe prace więcej abstrakcji, mógłby liczyć na podobną pozycję w Chinach i na międzynarodowym rynku sztuki? Czy też może niczym XVIII-wieczni "oświeceni" czytelnicy powieści podróżniczych pragniemy wierzyć, że jest tam gdzieś świat bliski utopii, prostocie życia i pięknu, bo nie zawsze możemy te cechy znaleźć tam, gdzie zamieszkujemy...