środa, 10 sierpnia 2011

Oblubienica słońca

Głupio się przyznać, ale w całym tym nawale obowiązków zapomniałem o urodzinach mojej kumpeli z pracy, które miała wczoraj. A szkoda, bo widzieć uśmiechniętą twarz osoby, której składa się szczere życzenia, to przecież jeden z najprzyjemniejszych widoków. Ale cóż, co było, a nie jest... Niemniej obok jej urodzin nie można przejść obojętnie, zwłaszcza że zgodnie z tzw. horoskopem kwiatowym przypadło jej być nagietkiem, a kwiat ten jak wiadomo pojawiał się wielokrotnie w sztuce jako symbol Maryi i Vanitas. Nagietkowi, zwanemu też niekiedy "oblubienicą słońca", postanowiłem więc poświęcić dzisiejszego posta.
Przedstawiony obok biust kobiety stanowi bodaj najbardziej znane przedstawienie nagietka w historii sztuki. Charles Townley, wielki brytyjski XVIII-wieczny zbieracz antyków (to od niego pochodzi nazwa zbioru Marmury Townleya) w swoich kolekcjach posiadał ową rzeźbę, którą datuje się na mniej więcej lata 40. lub 50. I wieku naszej ery. Przedstawia ona Clytie, mniej znaną siostrę słynnej Dafne. Jak wiadomo, w greckim micie chodziło o to, że bóg słońca zakochał się w nimfie, która jednak nieczuła była na jego mniej lub bardziej wysublimowane zaloty. Uganiał się za nią tak bardzo, że Dafne poprosiła swojego ojca - pomniejsze wodne bóstwo, by w jakiś sposób ją uratował. Nie było w zwyczaju odmawiać synowi Zeusa, więc Penejos zamienił ją w roślinę (z czasem rzymscy autorzy zrobili z tego wawrzyn). Ech, gdyby wiedział, że jego druga córka pała tak wielką żądzą do Apollina...
Clytie w tym czasie niezmiernie cierpiała, widząc, że jej ukochany "leci" na jej siostrę, a nie nią samą. Nie poddała się jednak i kiedy konkurencja zaczęła zapuszczać korzenie, zdarła z siebie szaty, wystawiła się do słońca i bez chleba i wody przez dziewięć dni prezentowała swoje wdzięki Apollinowi. Prawdopodobnie jednak wdzięki nie bardzo odpowiadały bóstwu muzyki, bo nie zwrócił na Clytie swojej uwagi. Bóstwa ulitowały się jednak i dlatego zamieniły ją także w roślinę, tym razem w nagietka, o którym zwykło się mówić, że zwracał swoje płatki ku słońcu. Dopiero w ostatnich wiekach zaczęto Clytie przedstawiać jako inne rośliny, a dokładnie jako słonecznik lub heliotrop. Na przedstawionym biuście widzimy więc moment przemienienia całkiem urodziwej kobiety o klasycznej urodzie (jak na nagietki przystało) w ową roślinę. Aż dziw bierze, że Apollo mógł odtrącić tak pociągającą nimfę.
Wróćmy jednak na chwilę do horoskopu kwiatowego. Ów horoskop podaje, że nagietki są entuzjastyczne, wylewne i twórcze, a dodatkowo hojne i ekstrawaganckie. Coś, co świetnie pasuje do mojej koleżanki, to fakt, że posiadają szlachetność i dumę i oczekują tego, co mogą dostać od życia. Co do kwestii, czy napięcia emocjonalne i nadmierny wysiłek powodują u nich dolegliwości pleców i kręgosłupa, niestety nie dane mi się wypowiadać... Wróćmy jednak do sztuki. Jak wspomniałem na wstępie, nie tylko mitologiczne znaczenie nagietka jest istotne, bo pojawia się także jego specyficzne znaczenie związane z kultem Maryi. Powszechnie znanym faktem jest, że starożytne wierzenia odnośnie poszczególnych roślin i zwierząt przeniesione zostały do teologii chrześcijańskiej. I tak: Feniksa wiązano ze słowami zawartymi w "Ewangelii św. Jana" (J 10,17), gdzie autor księgi podaje słowa Jezusa: "Dlatego miłuje Mnie Ojciec, bo Ja życie moje oddaję, aby je znów odzyskać. Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja sam z siebie je oddaję", zaś ponoć analogicznie przeobrażającą się w ogniu salamandrę z cytatem z "Księgi Izajasza" (Iz 43,2): "Gdy pójdziesz przez ogień, nie spalisz się, i nie strawi cię płomień". Podobnie było z nagietkiem, który włączony został w tzw. grupę roślin maryjnych. Poprzez przypisywane mu umiłowanie promieni słonecznych stała się symbolem uzdrowicielskich możliwości Maryi. Jednocześnie też w niemieckim nosiła ona nazwę "oblubienicy słońca", co stało się podstawą dla tytułu dzisiejszego wpisu.
Umieszczony obok obraz to jeden z pierwszych, w których nagietkowi nadano znaczenie związane z ideą vanitas. Przedstawiona wiązanka kwiatów w wazonie stworzona została przez Lutgera tom Ringa młodszego, niezbyt istotnego artysty niemieckiego, urodzonego w 1522 r. w Münsterze i zmarłego w 1584 r. w Brunszwiku. Ukazane obok dzieło wykonane zostało w 1565 r. i przechowywane jest w muzeum w rodzinnej miejscowości. Fani kwiatów (czyli niestety nie ja) z łatwością rozpoznać mogą tutaj różne rodzaje goździków, jak i owe nagietki. Wydaje się więc, że znaczenie tego obrazu wynikać może ze specyfiki symboliki tych kwiatów. O goździkach pisało się, że związane są z Pasją Chrystusa i przez swój kolor nawiązujący do krwi odnoszą się do jego męki i śmierci na Krzyżu. Tak chociażby analizuje się "Madonnę z Dzieciątkiem" Leonarda, którą oglądać można w Luwrze, gdzie właśnie goździki wskazywać mają na przyszłe dzieje Zbawiciela. Czy więc w tym kontekście kilka opadłych kwiatków na dole ewidentnie sugeruje śmierć?
Pieter Brueghel starszy miał dwóch synów, którzy wybrali ścieżkę malarskiej kariery. Jeden z nich Pieter młodszy wielokrotnie kopiował dzieła ojca (notabene bardzo udolnie), a drugi poświęcił się zupełnie innym tematom. Jednym z nich jest ta praca nosząca tytuł "Martwej natury z girlandą kwiatów i złotą tacą" z 1618 r., którą oglądać można w Muzeum Sztuk Pięknych w Brukseli. "Purpurowy Brueghel", bo tak niekiedy go zwano, skupiał się przede wszystkim na precyzji każdego umieszczanego przez siebie elementu. Co ciekawe był też jednym z pierwszych, który wychodził w plener, co na większą skalę zaczęto praktykować dopiero w latach 30. i 40. XIX wieku. Kolejną właściwością wyróżniającą Jana z grona innych artystów był fakt, że de facto to on rozpropagował dwa nowe podgatunki sztuki - kompozycję kwiatową oraz pejzaż rajski (arkadyjski). W tym pierwszym przypadku podkreślić należy, że te obrazy są bardzo werystyczne i haptyczne (wręcz dotykalne), stanowiąc swojego rodzaju encyklopedię wiedzy na temat roślin. Często były to też rośliny rzadko widziane i importowane w Europie. Nawiązywał tym samym do tego, co pojawiało się już w sztuce holenderskiej wcześniej. To przecież Jan van Eyck w "Ołtarzu Gandawskim" przedstawiał rośliny, które mógł widzieć podczas swej dyplomatycznej podróży do Portugalii, a Hieronymus Bosch z kolei malował egzotyczne zwierzęta (o żyrafie było już na blogu tutaj).
Z ciekawostek przedstawionego obrazu Jana Brueghla starszego warto zwrócić uwagę na złocistą spinkę do włosów, zakończoną perłą. Umiejscowiono ją po lewej stronie obrazu, co wiązać można z ciekawym zwyczajem popularnym w Niderlandach w 1. poł. XVII w. (tak na marginesie, to dziś solenizantka zaskoczyła mnie swoją opaską na włosach). Otóż w nowożytnej Holandii kobiety "wolne" umieszczały spinkę po swojej lewej stronie, co pozwalało z łatwością rozpoznać, czy warto takie dziewczę podrywać, czy też niestety jest zajęta. W dniu urodzin dochodziło do zmiany umiejscowienia spinki na prawą stronę (w niektórych regionach czyniono odwrotnie). Można więc przypuszczać, że ta spinka wraz z pozostałą biżuterią powoduje, że obraz można traktować jako alegorię małżeństwa, zaś same drogie przedmioty oznaczać mogą bezcenne piękno. Także nagietki mają tu specyficzne znaczenie. Umiejscowiono je obok wprowadzonych dopiero do Holandii tulipanów, które przecież stały się z czasem przyczynkiem do powstania pierwszego kryzysu - jak próbuje nas przekonać jeden z bohaterów drugiej części "Wall Street". Tego rodzaju egzotyczne rośliny szczególnie upodobali sobie także zleceniodawcy Brueghla, którymi byli arcybiskup Mediolanu kardynał Federico Borremeo oraz para małżeńska: infantka Izabela Hiszpańska i arcyksiążę Albrecht. Możliwe więc, że fascynacja kwiatami nie była tylko cechą malarza, ale także jego zleceniodawców.
Jak widać nawet tak niepozorny kwiat jak nagietek znalazł swoje dostojne miejsce w obrębie sztuki. Tym samym nie pozostaje mi nic innego, jak takiego samego dostojnego miejsca w otaczającej nas rzeczywistości życzyć mojej koleżance. Tak więc spóźnione, ale nad wyraz szczerze: spełnienia marzeń i wielu powodów do radości, Kasiu!