piątek, 5 sierpnia 2011

Porwanie Europy czyli o imigrantach

Urodziłem się w mieście nad Maricą. A przynajmniej tak tę rzekę nazywają Bułgarzy, bo w Grecji ma ona nazwę Evros, zaś w Turcji Meric. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie wiadomość, którą podają media od kilkunastu godzin o tym, że Grecy (wzorem oddzielających się Izraelczyków od mieszkańców Palestyny i Okręgu Gazy) postanowili zbudować wielką przeszkodę przed falą nielegalnych emigrantów z Turcji. Ogólnie chodzi borykającemu się z kryzysem rządowi o znalezienie tematu zastępczego, a ksenofobia i emigranci jest zawsze na miejscu. Tym więc oto sposobem rozpoczęto już od paru dni tworzenie rowu na ponad 100 km ciągnącego się wzdłuż rzeki od granicy bułgarsko-greckiej aż do ujścia (link). Pojawia się więc proste pytanie: "po co?", a dodatkowo u Czytelników tego bloga - co ma z tym wspólnego sztuka? Jak zwykle na to drugie pytanie, będę chciał Was przekonać, że wbrew pozorom dużo.
Celem ponoć greckiego rządu ma być ustrzeżenie się przed turecką "inwazją" zarówno w osobowej, jak i militarnej wersji. Jak podają oficjele w minionym roku do Grecji przedostało się 128 tysięcy imigrantów, a w ciągu ostatnich czterech lat - nieco ponad pół miliona. Czyżby kraj Homera i Kawafisa był aż tak mlekiem i miodem płynącym, że każdy chce się tam osiedlać? Nie mi odpowiadać na te pytania, ale osobiście nie wierzę statystyce. Pewnie znaczną część tej liczby stanowią Niemcy wykupujący sobie domy letniskowe czy osoby przenoszące swoje miejsce oficjalne zamieszkania, by skorzystać z całkiem korzystnego greckiego systemu podatkowego... Ja jednak zajmę się sztuką, bo na tym znam się lepiej niż na arkanadach europejskiej polityki. A tak na marginesie: to od Maricy (Evros) pochodzi nazwa Europa. Czyż to ironia losu, że po 2500 lat od ukucia tej nazwy, może się owa rzeka stać symbolem sztucznych podziałów jednoczonego kontynentu?
Na załączonej obok ilustracji widać jak wyglądali owi emigranci i uchodźcy w XVIII w. Gdański artysta Daniel Mikołaj Chodowiecki przez niemieckich historyków sztuki uznawany jest za ich krajana, zaś polscy wielokrotnie podkreślają to, że ów malarz, a zwłaszcza świetny rysownik, czuł się raczej Polakiem. Był synem hugenotki i ten fakt ma dla pokazanego obrazu istotne znaczenie, bo przedstawia on hugenotów opuszczających przed represjami Francję. Skupmy się więc na tym, jak wielkie cierpienie i zniechęcenie maluje się na twarzach ukazanych postaci. Na pozór scena bliska jest scenom rodzajowym, z jakich słynie malarstwo końca XVII i całego XVIII wieku. W jednym miejscu chłopiec popędza bacikiem konia, a w innym jakiś mężczyzna opiera się na wozie w dobytkiem przedstawionej rodziny. Sam kadraż równie dobrze zastosować można byłoby do ukazania sielskiej scenki w lesie czy zilustrowania mitologicznej sceny.
A jednak obraz, który oglądać można bodaj w zamku w Weimarze (chociaż głowy nie dam), porusza widza pewną zadumą, którą uzupełnia sam tytuł. "Hugenoccy uchodźcy" bezpośrednio odnoszą się więc do biografii artysty, ale i dostrzegalnego z łatwością zjawiska. Sytuacja bowiem hugenotów we Francji pogarszała się nieustannie i bynajmniej nie została rozwiązana na przełomie XVI i XVII w. Ludwik XIV w 1685 r. odwołał "Edykt o tolerancji" Henryka IV, ale przede wszystkim polityka antyhugenocka miała miejsce za czasów Ludwika XV. W 1724 r. zmieniono prawo do tego stopnia, że właściwie bycie hugenotą we Francji równało się totalnym wykluczeniem z ram społeczeństwa. Kaznodzieje i księża mieli być skazywani na karę śmierci, reszta protestantów na dożywotnie galery, a kobiety ogolone i dożywotnio więzione w kraju. Już nawet zgon nie chronił przed opresjami. Jeżeli ktoś na łożu śmierci odmówił sakramentów, to nawet jeśli wyzdrowiał, nie mógł cieszyć się spokojnym życiem. Ci, którzy wyszli z choroby, skazywani być mieli na dożywotnią banicję, a ciała tych, którzy jednak pożegnali się ze światem, powłóczone za koniem. A tak na marginesie, to nowo narodzone dzieci chrzcić trzeba było w ciągu 24 godzin od porodu, bo inaczej konfiskowano majątek rodziny. Eufemistycznie mówiąc: nie dziwię się, że w latach panowania Ludwika XV ponoć około 500 tysięcy osób z  powodów represji religijnych opuściło Francję.
Najbardziej z tym problemem zmierzyć musieli się Holendrzy, którzy przyjęli 85 tysięcy osób, przy czym część z nich wyjechała dalej do kolonii, zwłaszcza do Afryki południowej. Na Wyspy Brytyjskie dotarło kolejnych 70 tysięcy osób, a duża część dotarła do Szwajcarii (skąd pochodziła matka Daniela Chodowieckiego). Już mniejszym "wzięciem" cieszyły się dalsze kraje - do Danii i Szwecji wyjechało łącznie tylko 2 tysiące osób, a w Rosji pojawiło się parę rodzin, które wsławiły się potem w polityce lub w obrębie sztuki (jak ród Faberge znany z inkrustowanych jajek). Na teren obecnych Niemiec dotarło około 44 tysiące hugenotów, którzy osiedlili się m.in. w Brandenburgii. Poza więc wspomnianym artystą, do hugenotów mieszkających w kraju przyszłego zaborcy dodać należy choćby Franza Karla Acharda (odkrywcę metody rafinacji cukru z buraków) czy późnoromantycznego poetę Friedricha de la Motte Fouque (autora powieści "Undine", o której wspominałem już prawie rok temu w poście o różnych rodzajach syren - link). Jak widać poprzez te emigracje Francja wiele straciła, a tolerancję w tym zakresie wprowadzono dopiero w 1787 r., a więc tuż przed rewolucją.
Hugenoci nie byli jednak jedynym zmartwieniem władców "rozdrobnicowanej" Rzeszy. Prześladowania religijne miały bowiem także miejsce w południowej części, zwłaszcza w Salzburgu. Emigranci opuścili więc rodzinne strony i udali się do Augsburga, gdzie nie zawsze chętnie, witani byli przez mieszkańców kupieckiego i rzemieślniczego miasta. Ta rycina autorstwa Johanna Jacoba Baumgartnera, nie tak wybitnego jak Chodowiecki grafika, ale swojego czasu również "wziętego", świadczy też przy okazji o tym, na czym artyści wówczas zarabiali. Sam Baumgartner w 1727 r. stworzył np. serię rycin przedstawiających wymyślone przez grafika zdobienia idealnie dopasowane do broni i innych wyrobów tworzonych przez złotników i pracujących w srebrze. Nie dziwi więc, że tego rodzaju prace kupowano, by być na bieżąco z nową modą.
Przedstawiona rycina z 1732 r. odnosi sie do sytuacji, która zaogniła się w Salzburgu trzy lata wcześniej. Salzburg był miastem arcybiskupim, więc oczywistym było, że władający nim purpurat chciał pozbyć się wszelkich innych religii. Dotąd jednak koegzystencja odbywała się w miarę sprawnie, a protestantom, którzy nie obnosili się za bardzo ze swoją odrębnością, niewiele groziło. Istotnym zdarzeniem było jednak przydzielenie arcybiskupstwa Franzowi Antonowi von Harrach, który ściągnął do miasta jezuitów, a ci szybko ujawnili zakres penetracji środowisk przez wyznawców kościoła zreformowanego.
Rozpoczęto zatem akcję przysięgania wierności Kościołowi katolickiemu, czemu część protestantów ostro zaprotestowała twierdząc (słusznie), że narusza to postanowienia traktatu westfalskiego. Sama jednak pomoc powołanego jeszcze w XVII w. "Corpus Evangelicorum" niewiele dała, a już na pewno mniej niż 6 tysięcy wojaków niosących habsburskie sztandary. W wyniku tego 31 października 1731 r. (a więc w rocznicę wywieszenia tez Lutra) wydano patent emigracyjny, który pod wpływem dyplomatycznych interwencji zmieniono kilka razy, ale i tak zobowiązywał protestantów do opuszczenia kraiku. Z pomocą przyszły więc lokalne miejscowości, jak właśnie Augsburg, który przy okazji trochę zarobił na kierującej się do miasta społeczności uchodźców. Wynikało to z faktu, że król pruski Fryderyk Wilhelm I postanowił udzielić schronienia emigrantom, ale we wschodnich Prusach. Żeby zatem dowieźć uchodźców najpierw wielu z nich dotarło do Augsburga, by potem dostać się do Szczecina, skąd drogą morską przewieziono ich do Królewca. Nie dziwi więc, że lokalna propaganda pruska ów gest miłosierdzia wobec uchodźców potraktowała tak, jak widać to na umieszczonej obok rycinie.
Jak widać Europa ma wiele problemów z uchodźcami, ale jeszcze chyba nigdy dobrym pomysłem nie było ich wygnanie z danego miejsca. Tym, z czego powinniśmy być dumni jako Europejczycy, jest przede wszystkim umiejętność wczucia się sytuację drugiej osoby, tolerancja, budowa mostów, a nie kolejnych przeszkód we wzajemnym zrozumieniu. Czy więc Grecja swoim pomysłem z oddzieleniem się rowem od Turcji zmierza w pozytywnym kierunku? Moim zdaniem nie. Ale osobiście najciekawsze jest dla mnie, jak czuć muszą się ci Grecy, którzy mieszkają na wschód od Maricy, ale w tej partii państwa, od której tak bardzo reszta kraju chce się oddzielić. Mam nadzieję, że nie będą się czuli "gorszymi Grekami", ale moim zdaniem, to na co wpadł grecki rząd, to najlepszy sposób, by z jakiegoś terytorium zrobić "Grecję B"...