środa, 8 czerwca 2011

Miłość w czasach odbudowy

Tym razem nie będzie wielu obrazków, lecz za dużo cytatów, jako że przypadkiem wpadł mi w ręce artykuł Anny Szczepańskiej pt. “Miłość erotyczna w polskiej prozie produkcyjnej”, który znalazł się w wydanej w 2006 r. książce “Socrealizm. Fabuły – komunikaty – ikony”. Oczywiście jak tylko zobaczyłem tytuł tekstu, to nie mogłem przejść obok niego obojętnie, co w sumie nie dziwi jak na faceta stale poszukującego czystego uczucia. Ale do rzeczy… Przyzwyczajony do pełnych krzepy matek i nauczycielek końca lat 40. i początku 50., aż nie chciałem wierzyć w to, by w książkach o pobijaniu kolejnych pracowniczych rekordów znalazły się przejawy miłości. Bo jakże podobać się miałyby te, których właściwie jedynym zadaniem w sztuce było uzupełnianie mężczyzny w realizacji kolejnych gospodarczych planów? Kiedy jednak lepiej przyjrzeć się obrazom z tego czasu, to przed naszymi oczyma jawi się nieideologiczne pojęcie, niezbyt pasujące do haseł, jakimi szermowała ówczesna propaganda. Mówimy na to “uczucie”, bo rzadko przez usta przechodzi nam słowo “miłość”.

Standardem polskiego malarstwa jest dzieło Fangora “Postaci”, gdzie jak słusznie zauważyło kilka polskich wybitnych historyczek sztuki, to mężczyzna “wybiera” robotnicę nad kobietę lansującą się na modę dwudziestolecia międzywojennego (więcej na blogu Izy Kowalczyk, która prostymi słowami opisała świetny tekst Ewy Franus: link). Niestety takie podejście do kobiet i związana z tym ich standaryzacja, typizacja podkreślająca jedynie pewne, społecznie użyteczne cechy (pracowite ręce i równie pracowite łono), nie jest wymysłem polskim, lecz radzieckim, który zaszczepiony został po II wojnie w prawie całej Europie wschodniej i środkowej. Spójrzmy zatem na ilustrację obok, plakat Alfreda Pedersena wydany w 1951 r. w Berlinie z okazji Dnia Kobiet.
“Komunistyczne” święto (notabene moje ulubione w ciągu roku, bo można bezkarnie obdarowywać koleżanki kwiatami i dostawać za to buziaki) stało się tutaj przyczynkiem, by pokazać kobiety różnych ras. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że zwykle w takich sytuacjach stosuje się stereotypowe przedstawienia lub idealizowane. Tutaj mamy do czynie z tą drugą opcją – antyaryjska kobieta z dzieckiem (czyli już nie blondynka, jak w czasach III Rzeszy) ucieleśniać ma Europę, a ukazana obok Azjatka ewidentnie nawiązuje do socjalistycznego sojuszu z uciemiężoną Koreą. Ale przecież miało być o miłości…
Wspomniana na wstępie autorka przytacza fragment “Nowych czasów” Jerzego Pytlakowskiego z 1952 r. Autor, nagrodzony wcześniej za książkę na temat odbudowy fabryki Pafawagu, tym razem podjął się karkołomnego zadania (ponoć także dla czytelnika), by opisać wznoszenie Nowej Huty pod Krakowem. Jedna ze scen dotyczy sytuacji, gdy mężczyzna otrzymuje przydział na mieszkanie i o dziwo targają nim rozterki z kim ma zamieszkać. Toteż gdy urzędniczka spytała go, “czy wpisać go na jeden pokój z Magdą, Staszek poczerwieniał jak piwonia. – A co wtedy zrobi Stefan?”. Cóż, te męskie przyjaźnie: martwić się o kolegę w sytuacji, gdy deficytowego towaru w postaci mieszkania było wówczas jak na lekarstwo (warto przypomnieć, że gdy oddawano MDM wciąż wiele osób w centrum Warszawy mieszkało w samodzielnie stworzonych lepiankach czy chałupniczo wykorzystanym gruzie po bombardowaniach, z których własnym sumptem kreowali coś, co nazywano domem).
Czymże jest owa erotyczna miłość w okresie socrealizmu? Gdy czyta się wyrwane z kontekstu fragmenty powieści i opowiadań zdawać, by się mogło, że bohaterami targała homoseksualna frywolność. Oto przykład: “Rozstali się wzruszeni. Staszek czuł w sercu gorącą miłość do majstra Cypka. A Cypek myślał o Staszku równie wzruszony” (te same “Nowe Czasy”). Bo i też Nowa Huta, podobnie jak i inne flagowe projekty planu odbudowy kraju, stawały się miejscami kultowymi, dzięki płodnemu pióru ówczesnych artystów. Ba, nawet samo przystąpienie do odbudowy równać można było z bierzmowaniem, immatrykulacją czy inną formą wykazania się dojrzałością. Rodzi się jednak proste pytanie: gdzie w tym zadaniowym systemie pracy i życia społecznego miejsce dla kobiet i naturalnej kolei rzeczy, jaką było wiązanie się mężczyzn z kobietami (do czego też ustrój powszechnie zachęcał)?
Niektóre moje koleżanki twierdzą, że jestem mało romantyczny. Ale w porównaniu z kobietami czy mężczyznami z dzieł socrealizmu, trudno mi przydać wspomniane miano. Jak zachowywały się literackie kobiety przełomu lat 40. i 50.? “Objął ją zesztywniałą ręką. Zacisnęła mocniej powieki. Nagle pochylił się i pocałował gorące, spierzchłe usta. Nie broniła się, ale i nie oddawała pocałunków. Przycisnął rozdygotane usta do jej warg, zaciskając dłonie na ciepłym, wibrującym ciele”. Tym razem ten jakże sugestywny opis niezbyt urodziwej dziewczyny, tulonej przez niespodziewanie buchającego żądzą faceta wyszedł spod pióra Tadeusza Kowickiego, który sam przecież przez pewien czas pracował przy budowie Nowej Huty. Jeśli już jednak dochodziło do owych wybuchów czułości, to trzeba przyznać, że płeć męska jakoś niespecjalnie siliła się na oryginalność. Oto jak swoje zapatrywanie na świat opisuje mężczyzna w “Mądrych ziołach” Wojciech Żukrowskiego: “Zrozum, dla mnie miłość jest jak wiecha zatknięta na szczycie budowy, muszę najpierw robotę dociągnąć choćby do tego stanu, jaki mają tamci murarze”. Nie wiem, jak panie borykające się z problemami życia codziennego w świecie socrealizmu, ale ja na miejscu ukochanej wspomnianej postaci zrobiłbym duże oczy ze zdziwienia, obrócił na pięcie i szybko ulotnił.
Wydawać by się mogło, że socrealizm to epoka, w której kobiety są znacznie ograniczone przez nakazy świata. W sumie z perspektywy czasu można nawet odnieść wrażenie, że propagowana ideologia nie bardzo wie, co zrobić z kobietami, z tym, że seksapil jest ich bodajże najskuteczniejszą bronią, a one same często bardziej myślą o szczęściu w życiu rodzinnym niż o szybkim wzroście wydobycia węgla kamiennego w Stalinogrodzie. Co więcej, wciąż nie można było ich wprzęgnąć w system kontroli, jaki przecież stopniowo tworzony był w różnych zawodowych instytucjach. Z dziećmi udało się to zrobić w obrazie “W sprawie kolegi” Majera Apelbauma z 1951 r., gdzie widzowi ukazano wnętrze szkoły, a dokładnie prawdopodobnie pokoju nauczycielskiego. Oto przed ławą kadry mniej lub bardziej profesorskiej staje pionier i pionierka w stroju związkowym i nieodłącznym czerwonym krawatem. Za nimi zaś umieszczono chłopca o nieprzyjaznym grymasie twarzy – ot typowy hultaj, przyszły nieodłączny bohater komunistycznych seriali dla dzieci i młodzieży (tylko czemu musiał go zwykle grać młody Henryk Gołębiewski?).
Ówczesne malowidła stawiają więc kobietę przy narzędziach i pokazują, że praca na budowie czy na polu jest “trendy” i “sexy”. Przykładowo na jednym z ciekawszych moim zdaniem obrazów socrealizmu, Aleksander Stefanowski umieścił parę na rusztowaniu piętrzącej się ceglanej budowli. Kobieta rozsiadła się wygodnie, a umieszczony po jej lewej stronie robotnik podaje jej kanapkę i opisuje co dziewczę widzi swoimi piwnymi oczyma. Odbiorca dostrzega jednak coś innego. Kobieta, pomimo zawodu, w którym łatwo się pobrudzić, ubrała jednak czerwone sandały i czerwoną chustę, które w urokliwy sposób komponują się z bielą roboczych szat. Nawet zaróżowione policzki sugerują, że mamy do czynienia raczej z odwiedzającą mężczyznę narzeczoną niż pomocnicą murarza. Pójść na randkę na rusztowanie? Obawiam się, że to jednak mniej romantyczne niż dachy wieżowców czy filmowe urwisko, z którego widać całe Los Angeles.
W takim razie, skoro nie randka na dachu huty czy jakiegoś mieszkalnego molocha, może lepiej przyjść do niej do pracy. Tak uczynił chłopak na fotografii Stefana Żechowskiego pt. “Wiosna w PGR” z 1953 r. Tym razem na pierwszym planie mamy mleczarkę przelewającą biały płyn z konwi do kubków dla pracujących na roli. Dziewczyna ubrana podobnie jak postać z obrazu Vermeera różni się jednak kilkoma istotnymi szczegółami. Na pierwszy rzut oka widz zdaje się wątpić w fizjonomię mleczarki. Twarz ma prawie tak pucułowatą jak Regelinda z katedry w Naumburgu, a uśmiech sztuczny i wymuszony niczym uczestniczki wyborów miss. Wreszcie dziewczyna jakby celowo nie zwraca uwagi na to, że w lewym dolnym rogu obrazu wyłania się górna część ciała chłopaka z zawadiackim loczkiem, podpierającego brodę i spoglądającego rzewnym wzrokiem na mleczarkę. Widać zatem, że relacja między nimi jest co najmniej platoniczna, chociaż zachowanie kobiety sugeruje, że raczej jest to forma flirtu z jej strony.
Jak widać i w sztukach wizualnych, i w sztuce ustrój totalitarny dopuszczał miłość, trochę “prywaty”, wreszcie nieco przymykał oko na fakt, że jednak nie samą pracą człowiek żyje (ani wychowywaniem potomków). A jak oceniać mężczyzn miały owe podrywane kobiety? Jak napisał Marian Brandys (ten od “Śladów Stasia i Nel”) w “Początku opowieści”: “Że nauczasz za dużo – to prawda, że przy murarce byłeś ciamajda – to też prawda. Ale chłopak jesteś dobry i inżynier będziesz także dobry, to ja wiem”. Ech, a ja naiwnie myślałem, że kobiety doceniają w nas poczucie humoru i umiejętność prawienia czułych komplementów…