sobota, 21 sierpnia 2010

Małpa i kobieca niewinność

"Goryl". Tak faceci z brzuszkiem mojego pokroju czyli tzw. w-porywach-"piątki" (według oceny lekko wstawionej kobiety, gdy miała dobry humor) nazywają umięśnionych, przestojnych, owłosionych brunetów, którzy na lajciku wyrywają "ósemki" i wyżej. Tym razem jednak nie będzie o tym, jaka to płeć piękna jest niedobra i w ogóle, lecz o przemocy i niewinności - dwóch tematach stale obecnych w sztuce. A tematem do rozważań będzie znany plakat z okresu I wojny światowej, w którym jako goryla przedstawiono krwiożerczego, brutalnego Niemca.
Jak wiadomo nie ma lepszej propagandy niż propaganda nienawiści. Trudno inaczej niż w ten sposób "obłaskawić" śmierć, bezsens ciągłych ataków, utraty przyjaciół od zabłakanych kul i życia w koszmarnych warunkach w okopach. Wróg jawić się musi jako wcielenie zła, zaś indoktrynowany stać powinien po jasnej strony Mocy. Pomysł szerszego wykorzystania tego zjawiska po raz pierwszy na większą skalę wykorzystano w I wojnie światowej. Przedłużający się konflikt, konieczność zachęcenia coraz to nowych mężczyzn do zapisania się w szeregi wojska i podtrzymania ducha współpracy całego społeczeństwa sprzyjały temu bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. To wtedy w krajach anglosaskich rozwinięto ideę ukazania Niemców jako barbarzyńców, Hunów, następców tych, którzy w swym działaniu chcą zniszczyć kulturę sprzymierzonych państw. Jednym z najsłynniejszych plakatów tego typu w Stanach Zjednoczonych był plakat H.R. Hoppsa, gdzie wróg przedstawiony został jako goryl z pikielhaubą na łbie.
'Destroy_this_mad_brute'_WWI_propaganda_poster_(US_version) Dziki stwór trzyma w rękach niewinną bezbronną kobietę, która nie jest w stanie oprzeć się "zniewalającej" sile swojego oprawcy. Poddaje się jego woli, ale tym samym zachęca to widza do wyrwania jej z łapsk nieprzyjaciela. O tym, jakie cechy przypisać należy Niemcowi wskazują atrybuty i slogan, który wskazuje na dzikość i brutalność. Trzymana w prawej ręce pałka z napisem "Kultur" jest zaś odwołaniem do głoszonego przez niemiecką propagandę hasła wyższości swojego narodu nad popadającymi w coraz większą degrengoladę ludami Europy zachodniej. Widza do opozycji przekonać ma także zniszczony budynek w tle (miejsce przetoczenia się frontu i symbol dewastacji belgijskich oraz francuskich katedr), ale przede wszystkim fakt przekroczenia przez małpę "wielkiej wody" i wejście na nowy teren. Od razu więc widać, że widz ma poczuć bliskość zagrożenia - w znacznej mierze wydumanego przez propagandę Ententy. Po zdobyciu Europy Niemcy mieli zaatakować USA i stać się mocarstwem, które przejęłoby samodzielną hegemonię na świecie - takie złudne hasło wynikać ma z przedstawionego plakatu.
Poza tym od razu widać, że plakat skierowany jest przede wszystkim do mężczyzn. Notatki oficjeli w punktach rekrutacyjnych wskazywały, że faceci reagowali na informacje o krzywdzeniu kobiet, nawet jeśli były to wydarzenia sztucznie wyolbrzymione (jak ucinanie piersi Belgijkom na okupowanych terenach). Tak więc artysta zastosował metodę "kija i marchewki" - pokonaj wroga, dostaniesz kobietę, która będzie Ci wdzięczna do końca życia. A oczywiście nic nie ma o tym, że tak skomplikowaną metodę podrywu okupić można utratą płuc od gazu, nóg od szrapneli, rąk od granatów bądź całkowicie wyzionąć ducha i rozkładać się przez kilka miesięcy w zdradliwym belgijskim błocie.
Historyk sztuki jednak od razu widzi, że H.R. Hopps stworzył plakat z kompilacji ilustracji dwóch typów. Pierwsza to standardowy plakat cyrkowy, gdzie dzikie lub rzadkie zwierzęta zachęcać miały do odwiedzenia wesołego miasteczka. Goryle były chętnie do tego wykorzystywane, a ich dzikość wizualnie powiększana nie zawsze zgodnie z prawdziwym wyglądem trzymanego w klatce zwierzęcia. Z kolei kobieta to nie kto inny jak słynna Wenus Alexandre'a Cabanela, wystawiona na Salonie w 1863 r. Obraz, który obecnie stał się symbolem "płytkości" XIX-wiecznego akademizmu, był wówczas bardzo dobrze przyjęty i o dziwo mało kto wspominał, że jest to malowidło mocno erotyczne.
Wystarczy tutaj przytoczyć fragmenty z "Biblioteki Warszawskiej", ukazującego się w Kongresówce pisma poświęconego nauce, sztuce i przemysłowi. W obszernej relacji na temat Salonu w Paryżu podkreślono, że trzech wybitnych malarzy zabrało się za przedstawienie Wenus: Cabanel, Paul Baudry i Eugene-Emmanuel Amaury-Duval. O wspomnianym obrazie z pełną szczerością autora napisano, że uważane jest "za arcydzieło tegorocznej wystawy: w istocie doskonałości szczytu dosięga"!
1863_Alexandre_Cabanel_-_The_Birth_of_VenusUmieszczona obok Wenus skrytykowana została nie za zbytnią rozwiązłość, o czym wspomina się obecnie (Robert Rosenblum pisał, pewnie inspirując się Bergerem, że Wenus stanowi stadium pośrednie między antyczną boginią a nowoczesnym snem"), ale za obecność amorków! Słodkie szkraby stanowią jedynie dodatek dla filuternie spoglądającej na widza kobiety, a tu krytycy chcieliby się ich pozbyć. Argument byl oszałamiający, więc warto przytoczyć go dosłownie: "Obraz ten byłby rzeczywistem arcydziełem, gdyby nie girlanda amorków unoszących się w górze; wrażenie byłoby daleko większe i poetyczniejsze, gdyby bogini ukazała się sama jedna pomiędzy niebem a morzem, jako panująca nad niezmiennością". Ogólnie autor notatki z Salonu popisał się wielką admiracją dla dzieła - przyrównał zdrabne kształty Wenus do nimf Correggia. Jemu współcześni nie byli gorsi - londyński "The Art Journal" stwierdził, że malowidło Cabanela bliskie jest w swej maestrii "Psyche" Rafaela z Villi Farnesina... A jak powszechnie wiadomo włoski malarz był w XIX w. niejako stawiany w awangardzie wszystkich dotychczasowych twórców. Według londyńskiego pisma naga baba (bo to widać na załączonym obrazku) leżąca na falach niczym odaliska rozkładająca się na rekamierce ukazuje fakt, iż "Cabanel reprezentuje szkołę romanstyczną w ujęciu sensualnym: jest nad wyraz ekspresyjnym wyrazem ducha dominującego teraz w szkole francuskiej". Trzeba przyznać, że urocze są te recenzje obrazów salonowych...
O tym, że patrząc na pracę Cabanela mamy do czynienia z kiczem, nie trzeba teraz chyba nikogo przekonywać. Według naszych ocen taki obraz raczej nie trafiłby w chwili obecnej na wystawy nawet podrzędnej galerii. I choć wiele osób (jak np. Tomas Kulka, który w swej znanej książce "Kitsch and art" niechętnie uznał pracę francuskiego akademika za kicz) może mieć na ten temat inne zdanie, to jednak opinia z "Biblioteki Warszawskiej", że "w oczach jej i uśmiechu czytasz całą przeszłość mitologicznych zalotów" wydaje się z obecnej perspektywy co najmniej lekko naciągana.
Hopps użył więc tego, co będzie pojawiać się u współczesnych historyków sztuki poddających analizie dorobek II Cesarstwa i wspomniane malowidło. Najbardziej chyba po Cabanelu "pojechała" sobie Bailey Van Hook pisząc o "rażącym erotyzmie, pozie pin-up girl, zawadiackim wyrazie, bladej cerze i cukierkowej kolorystyce". W wyniku tego amerykański plakacista stworzył konwencję, w której kontrast młodej, obnażonej kobiety z brutalnym ucieleśnieniem męskiej siły stał się nad wyraz widoczny. I na tyle zapadł w pamięć odbiorców, że odwołano się do niego nieraz. W tym oczywiście w kultowym filmie o King Kongu z 1933 r., którego legendę całkiem niedawno próbował "skrzywdzić" Peter Jackson. Co gorsza dostał za to Oscary...
king kong 1933Dałoby się przywołać jeszcze kilka innych przykładów takiego połączenia, ale nie taki jest cel tego posta. Raczej istotne było dla mnie to, że kobieta w niebezpieczeństwie stanowi formę "wyzwania" dla mężczyzny, który nie wiedzieć czemu czuje się za nią odpowiedzialny. I właśnie taki prosty psychologiczny chwyt zachęcający odbiorcę do walki o status "samca alfa" wykorzystał Hopps w swoim plakacie.
Jaka z tego nauka dla facetów? Chyba tylko taka, że z niektórymi gorylami nie warto polemizować, bo może się to skończyć niefajnie. A dla kobiet? To co duże,  owłosione i dzikie fascynuje (tylko znowu bez skojarzeń!). Czasem jednak warto zwrócić uwagę na tych, którzy takimi cechami się nie wyróżniają. Bo można w nich znaleźć o wiele lepsze wnętrze i uśmiech dający rano energię, by poradzić sobie z trudami codzienności.